Dorzucanie szuflą do kultury

0
36

To, co za PRL nazywano polityką kulturalną a dzisiaj sprowadza się do promocji poprzez odznaczenia, nagrody i dotacje –  wulgaryzuje się coraz bardziej, bo sprowadza do prostackiego wywyższania swoich. I coraz mniej obchodzi czytelników i widzów. 

Dawny rzecznik ROP Jan Polkowski dostał Orła Białego od poprzedniego prezydenta, chociaż bez trudu da się wskazać ze czterech nawet lepszych o niego poetów i bardziej zasłużonych opozycjonistów tylko z grona urodzonych w latach 50. (dla przykładu: Tomasz Jastrun, Antoni Pawlak, Zbigniew Machej, Bronisław Maj). 

Londyńskie czwartki literackie z hejterami

Patologię finansowania kultury pokazuje niedawna afera senacka, kiedy to pieniądze przeznaczone na promocję polskich artystów i pisarzy wśród Polonii zmarnowano na organizację spotkań z propagandystami bliskimi obecnej władzy: Klementyną Suchanow oraz Aleksandrą Sarną, autorką książek “Debil” (o byłym prezydencie) oraz “Alfons” (o obecnym). Gdy zrobiło się o tym głośno, pieniądze trafiły z powrotem na konto Senatu, co jego marszałek Małgorzata Kidawa-Błońska uznaje za zamknięcie sprawy, bo reprezentowana przez nią Koalicja Obywatelska chętnie rozlicza, ale innych, a nie swoich. Wytrawny cwaniak powie, że okazja czyni złodzieja. System dosypywania kasy sprzyja korupcji.       

W wypadku kultury dokładanie szuflą nie ma sensu, bo film i literatura od węgla różnią się zasadniczo. Co zaś zdumiewa rozdawców nagród – w Polsce wciąż działają pisarze i reżyserzy od nich niezależni z prostego powodu: sami potrafią na własnych książkach i filmach nieźle zarobić.

Nike czyli postępująca kapitulacja jurorów 

Spada prestiż nagród nie kojarzonych z mecenatem państwowym. Wymownym symbolem kapitulacji stało się przyznanie w tym roku Nike Elizie Kąckiej za “Wczoraj byłaś zła na zielono”, książkę tyleż zacną, co wcale nie literacką, czy wręcz nawet podobnych ambicji pozbawioną. To trochę tak jakby Jerzemu Owsiakowi wręczono Nobla z ekonomii za to, że udają mu się publiczne zbiórki. Co nie znaczy, że nie cieszyłbym się gdyby dyrygenta Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy uhonorowano kiedyś Noblem pokojowym, na którego pewnie bardziej zasługuje, co roku łapiąc chrypę od kwestowania na mrozie, niż wyróżniane nim organizacje wyspecjalizowane w tematyce uchodźczej, skupiające nieźle na tym zarabiających biurokratów.

Z Nike mamy taki problem, że ustanowiona kiedyś przez Agorę – Gazetę Wyborczą w sojuszu z Henryką Bochniarz – ta druga reprezentuje polskich przedsiębiorców w podobnym stopniu co dzisiaj tytuł Adama Michnika rodzimego inteligenta – w każdym razie nagrodę na wielkiej gali jesienią formalnie przyznaje się za rok ubiegły. Jurorzy, z których w miarę rozpoznawalny dla intelektualisty pozostaje tylko jedyny Radosław Romaniuk, znakomity biograf Jarosława Iwaszkiewicza, okazują się więc kryci: nie ich wina, tylko regulaminu, że przyszło im pominąć dwie wybitne powieści, jakie zdążyły się już w 2025 roku pojawić. “Null” Szczepana Twardocha o wojnie w Ukrainie oraz “Kandydat” Jakuba Żulczyka o kampanii wyborczej w Polsce to w porównaniu z fajną – tak trzeba ją nazwać bez ironii – książką Kąckiej to Mercedes albo BMW przy Dacii, ewentualnie Kia przy Omodzie, jeśli do europejskich produktów motoryzacji się nie ograniczymy.

Z Twardochem rzecz ma się tak, że Nike nigdy nie dostał: co wydaje się absurdalne z powodu jego rozpoznawalności i jakości jego prozy oraz obecności w nich ulubionych jurorskich tematów: śląskich odrębności i przedwojennego antysemityzmu, klimatów Warszawy lat 30. i tragedii Holocaustu zapewne najlepiej przez niego oddanej od czasów Władysława Szpilmana. Ale też można powiedzieć, że Twardoch do niczego Nike nie potrzebuje – i tak pozostaje przez publiczność literacką czytany i podziwiany. Za to dostał Nike swego czasu Marek Bieńczyk, kiedyś pisujący popularne kawałki o winie (nie tej egzystencjalnej, lecz zwykłym… winie czerwonym i białym) dla “Gazety Wyborczej”. Nie da się jednak uprościć wulgarnie i w typie pisowskich “środków musowego przykazu”, że Agora – Gazeta nagradza wyłącznie swoich. Kiedyś Nike uhonorowany został Jarosław Marek Rymkiewicz, dziś już nie żyjący, w końcowym okresie twórczości  znany z wierszy lizusowskich (jak oda do Jarosława Kaczyńskiego) albo otwarcie nienawistnych jak ten o białych rękawiczkach Donalda Tuska napisany po Smoleńsku. Co nie znaczy oczywiście, że nie zdarzają się Nike całkiem trafione i zasłużone jak w wypadku powieści Radka Raka o rabacji galicyjskiej Jakuba Szeli, odkrywczej i niepokojącej, a napisanej w formacie realizmu magicznego. 

Złote Lwy za najgorszy film Holland

Pisarze i tak mają dużo lepiej niż filmowcy. Przed rokiem Złote Lwy w Gdyni otrzymała Agnieszka Holland za “Zieloną granicę”. Gdyby to był nie felieton lecz sitcom, w tym momencie usłyszelibyście Państwo śmiech z offu. Czyż nie tak?

Gdyby nagrodę przyznano za rządów PiS, zewsząd słyszelibyśmy, że tak trzeba było. Dla dobra demokracji, wobec której kultura ma swoje zobowiązania.

Tyle, że żadna wyższa racja nie usprawiedliwia kręcenia złych filmów a tym bardziej nagradzania ich. 

Uhonorowanie obrazu tak marnego akurat za rządów Donalda Tuska zakrawa na pospolite lizusostwo.

I przypomina czasy, kiedy tam nad Zatoką Gdańską na siłę forowano “Ciemną rzekę” w reżyserii Sylwestra Szyszki wedle scenariusza Jerzego Grzymkowskiego o powojennej walce ze zbrojnym podziemiem, bo akurat przypadało 30-lecie PRL. Przeszło wtedy rozwiązanie salomonowe: Złote Lwy Gdańskie przyznano Jerzemu Hoffmanowi za ekranizację sienkiewiczowskiego “Potopu”, zaangażowana “Ciemna rzeka” zadowoliła się nagrodą główną, a tę specjalną przyznano do dziś uchodzącej za genialną “Iluminacji” Krzysztofa Zanussiego.   Przynajmniej wybór był szeroki, bo za Edwarda Gierka świetne kręcono filmy, nie tylko z tego powodu, że w miarę oświecona władza kasy na ich budżety nie żałowała. 

Dorzucanie szuflą zaczęło się w tamtych czasach i jak widzimy nie skończyło się wraz z socjalizmem i “polityką kulturalną PRL” (miałem nawet taki przedmiot na polonistyce warszawskiej, ale w burzliwych latach 80. jego zaliczenie otrzymywało się na podstawie frekwencji).                             

Agnieszka Holland ma swoje miejsce w dziejach polskiej kinematografii jako autorka wybitnych filmów: o śmierci ks. Jerzego Popiełuszki (“Zabić księdza”) i lwowskim kanalarzu ratującym Żydów podczas okupacji (“W ciemności”). Nagradzanie jej akurat za kiczowatą “Zieloną granicę” (pamiętamy scenę z termosem, nie jedyną w podobnej estetyce) zakrawa na wyrządzanie jej krzywdy większej niż ta, której dane jej było doznać od tak licznych hejterów określanych mianem skrajnej prawicy.   

Na pocieszenie wskazać można, że Paweł Pawlikowski Złote Lwy dostał w Gdyni dwa razy, za “Idę” (2013 r.) oraz “Zimną wojnę” (2018 r.), oba filmy wybitne, a przy tym docenione  w świecie: pierwszy z nich nagrodzono Oscarem jako jedyną do tej pory polską fabularną produkcję.

I znowu da się to sprowadzić na ziemię stwierdzeniem, że Pawlikowski działający w znacznej mierze za granicą krajowych nagród tak bardzo nie potrzebuje. Co nie znaczy, że wyróżniać trzeba byle co: o “Zielonej granicy” była już mowa i nie o racje ideologiczne w tym wypadku chodzi lecz ich nieuzasadniony prymat nad artystycznymi, co naraża gdyńskie jury na zarzut koniunkturalizmu. 

W czasach PRL nie dostał nad Zatoką Gdańską głównej nagrody (1985 r.)  film Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego o narkomanach, bo nosił niewłaściwy tytuł: “Jestem przeciw”. A czas był specyficzny, lata 80, instytucjonalna opozycja stała się faktem...

W starych dekoracjach

Wciąż poruszamy się w starych dekoracjach. 

A szufla pozostaje głównym rekwizytem.  Dotowanie przybiera postać znaną z niedawnych działań Senatu. A wobec braku zobiektywizowanych kryteriów (bo gdzie w Polsce znaleźć krytyka literackiego o pozycji jaką w Niemczech cieszył się Marcel Reich-Ranicki układający w swoim programie telewizyjnym hierarchie zaraz przekładające się na listy best-sellerów? – brzmi to bardziej jak żart niż pytanie retoryczne) nagrody przekładają się na sprzedaż, więc nie pozostaje bez znaczenia, komu i jak się je przyznaje.         

Zawsze znaleźć można konsolację w tym, że wprawdzie ceniony w kraju i świecie prozaik Twardoch obywa się bez Nike (ściślej otrzymał raz tę czytelniczą, ale to nagroda pocieszenia i surogat), ale jednak Olga Tokarczuk najpierw uzyskała tę najwyżej w kraju cenioną literacką nagrodę a Nobla dopiero później. I że poza znakomicie piszącym powieści praktykującym weterynarzem Radkiem Rakiem w gronie laureatów znaleźć można przez ponad ćwierćwiecze parę innych sensownych osób, jak poeta Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki. Chociaż przyznanie kiedyś Nike za autobiografię Karola Modzelewskiego stało się wyrazem bezradności, skoro nie dla polityków ją ustanowiono. Co więcej, miała być wzorowana na brytyjskiej nagrodzie Bookera: w tym miejscu sitcomowym obyczajem mógłby się pojawić śmiech z offu.       

Na początku bardziej dbano o pozory, roztropnie nagradzając kolejno Nike przedstawicieli odchodzącego pokolenia wielkich twórców: Czesława Miłosza, Stanisława Barańczaka i Tadeusza Różewicza.

Więcej statuetek Nike niż każdy z nich i tyle samo, ile uzyskała ich Olga Tokarczuk bo dwie (za “Biegunów” w 2008 i “Księgi Jakubowe” w 2015) ma pierwszy jej laureat Wiesław Myśliwski (1997 i 2007) pisarz co najwyżej poprawny ale żadną miarą wybitnym nazwać się nie dający.    

Wybawiał on komunistów z kłopotu w latach 80, kiedy to najwybitniejsi prozaicy jak Kazimierz Orłoś, Marek Nowakowski czy Janusz Anderman publikowali wyłącznie w niezależnym drugim obiegu poza zasięgiem cenzury. Wiesław Myśliwski wydał wtedy oficjalnie “Kamień na kamieniu”, więc – chociaż wcale w niej socjalizmu realnego nie zachwalał – oficjalni krytycy naprędce ogłosili tę grubą i nudną książkę arcydziełem i “chłopską epopeją” chociaż dystans między “laureatusem” a Władysławem Stanisławem Reymontem każdej osobie piśmiennej wydaje się dość oczywisty. Z pompowania Myśliwskiego w prasie oficjalnej powszechnie śmialiśmy się na warszawskiej polonistyce już przed czterdziestu laty.  Fakt, że w nowej Polsce powrócił w roli wiecznego laureata źle świadczy nie o nim samym (każdy pewnie stara się zarobić i być znanym) lecz o selekcjonerach.      

Znaj proporcję mocium panie… prezydencie

Rzut oka na laureatów Orła Białego też okazuje się pouczający. Pastwienie się nad Janem Polkowskim w 1992 r. nieudanym bo cztery sprawującym funkcję rzecznikiem rządu Jana Olszewskiego a potem autorem chybionej kampanii wyborczej Ruchu Odbudowy Polski (swoją rolę pojmował w ten sposób, że wydzwaniał do redaktorów naczelnych z donosami na ich podwładnych dziennikarzy, więc sympatii nie zyskał) nie ma w szczegółach sensu. Pewnie nie jakiś order zasłużył, ale dlaczego od razu najwyższy? Wiele mówi zestawienie takich laureatów Orła Białego jak Ryszard Legutko, Andrzej Nowak czy Bronisław Wildstein z wcześniej nagrodzonymi Stanisławem Lemem, Czesławem Miłoszem, Gustawem Herling-Grudzińskim oraz Wisławą Szymborską. Nie ma co pomstować niepotrzebnie: pierwsza nasza noblistka z literatury po przełomie z 1989 r. Szymborska Orła Białego jednak dostała, za to Nagrody Nike nigdy, chociaż laur ten ustanowiono w 1997 r, a wielka poetka żyła do 2012 r. Szymborskiej Nike nie przyznano, Rymkiewiczowi tak, co wystarczy za komentarz.             

W czasach poprzedniego ustroju po inteligenckich domach walały się egzemplarze prasy kulturalno-literackiej. Pomimo szalejącej cenzury nikt nie był w stanie nas zmusić do czytania w “Życiu Literackim” felietonów zasłużonego w walce ze zbrojnym podziemiem naczelnego redaktora Władysława Machejka (równolegle w drugim obiegu Stanisław Barańczak erudycyjnie zdiagnozował jego styl czy idiolekt, wprost pisaniem “machejkiem” nazwany) zamiast Wisławy Szymborskiej. Ani w “Literaturze” – do lekturowego wyboru Jerzego Putramenta zamiast dziennika Jerzego Andrzejewskiego, członka założyciela Komitetu Obrony Robotników.

Jeśli czytamy, to Mroza i Sienkiewicza

Po przełomie ustrojowym prasa literacka przeszła do historii, tracąc swoją funkcję drogowskazu dla czytelników. Pojedyncze tytuły utrzymywane są z dotacji, co nie zmienia, że w wypadku wielu z nich – dotyczy to “Twórczości” mało kto wie, że jeszcze wychodzą. Internet ich roli nie przejął, chociaż również renomowani twórcy radzą sobie w nim jak Szczepan Twardoch znakomicie.  Nie da się jednak uznać, że sieć buduje literacki rynek a tym bardziej tworzy literackie hierarchie. Pomimo niedawnego boomu edukacyjnego, którym zasadnie się szczycimy, statystyki czytelnictwa podają nam na wskroś alarmujące wskaźniki.     

Tylko 41 proc Polaków w ciągu ostatniego roku przeczytało choćby jedną książkę – wynika z badań Biblioteki Narodowej, ogłoszonych w 2025 r.

Częściej czytają kobiety (47 proc) niż mężczyźni (35 proc). Wbrew stereotypom – najwięcej młodzież w wieku 15-18 lat (54 proc), ale warto pamiętać, że przyczynia się do tego szkolny przymus lekturowy. Najmniej zaś – osoby po siedemdziesiątce (25 proc), chociaż wiele z nich to emeryci, co czasu na lektury mają teoretycznie więcej [1].   

Czyta co najmniej jedną książkę na rok ponad połowa mieszkańców miast o ludności powyżej  pół miliona (dokładnie 51 proc z nich) jak Warszawa, Kraków, Wrocław, Łódź i Poznań. 

Najpoczytniejszym autorem pozostaje twórca licznych thrillerów Remigiusz Mróz, po nim idą Harlan Coben, Jo Nesbo, J.K. Rowling oraz Henryk Sienkiewicz  [2].

Ten ostatni jako jedyny laureat Literackiej Nagrody Nobla w tym gronie. Z czego trudno budować dodatkowy argument, że rozdawnictwo nagród ma wielkie znaczenie dla kultury – Nike Mróz nie dostał wcale przecież – bo Sienkiewicza cenimy raczej za “Trylogię”, “Krzyżaków” i “Quo vadis” niż za miejsce na liście noblistów. Pocieszające się też okazuje, że próby odsądzania Sienkiewicza od czci i wiary przez zaciętych w tym zamiarze publicystów, z przypisywaniem mu rasizmu włącznie (co dowodzi, że autorzy tych ataków nie przeczytali nawet “W pustyni i w puszczy”) nie przyniosły efektu. Niezmiennie natomiast martwi to, że czytanie książek – mniejsza z tym, Mroza czy Twardocha – to dla większości Polaków zupełnie nie ich problem.   

[1] Barbara Maria Morawiec. 41 % Polaków czyta książki. Najnowszy raport o stanie czytelnictwa. Lustro Biblioteki lustrobiblioteki.pl z 14 14 kwietnia 2025  

[2] 41 proc Polaków czyta książki. Jest najnowszy raport o stanie czytelnictwa. Onet.pl z 22 kwietnia 2025

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 6

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here