Duma bez uprzedzenia

0
15

Kolejny medal skoczka narciarskiego Kacpra Tomasiaka przedzielony takim samym osiągnięciem naszego rodaka z wyboru (wspólnego: jego i polskich władz) Władimira Semirunnego w  łyżwiarstwie szybkim – to świetny test, czy po latach dramatów od pandemii po falę uchodźców i zagrożenie dronowe – nie oduczyliśmy się przeżywania sukcesów. Zwłaszcza po smętnej klęsce polskiej ekipy w trakcie letniej olimpiady w Paryżu (2024 r.), kiedy nasz honor, jak na czas napięć przystało, samotnie uratowała żołnierka Aleksandra Mirosław, jedyna wówczas złota medalistka.

Jej zwycięstwo wtedy – po latach wyrzeczeń i zmagań – miało wymiar symbolu. Zwykła Polka, kiedyś pracująca za sklepową ladą, potem w szkole jako pani od wuefu, gdy ze sportu wyczynowego wyżyć się nie dało  – nie tylko zakasowała innych hojnie opłacanych i stale obecnych w mediach gwiazdorów, ale jeszcze dostała za to awans w swojej służbie. Podobny efekt co złoto we wspinaczce dla Lublinianki, obrończyni polskich granic, ma teraz srebro dla Rosjanina, który wybrał Polskę – chociaż więcej płaciły Kanada czy mający pod ziemią całą tablicę Mendelejewa Kazachstan.                              

Jak z marzeń pomysłodawcy nowożytnych igrzysk

Semirunnij zrobił to dlatego, żeby żyć normalnie. Co w wypadku sportowca oznacza walkę o medale, a nie udział po stronie agresora w wojnie, której nie popiera ani nawet nie rozumie. Gdy pomysłodawca odnowy starożytnych igrzysk, na czas których przerywano wojny, francuski wizjoner Pierre de Coubertin rzucał hasło “stadiony zamiast frontów” nie podejrzewał pewnie nawet, że mimo dwóch wojen światowych, jakim odrodzone igrzyska nie zapobiegły – tak pięknie ziści się ono w niemal półtora wieku później na stadionie lodowym we Włoszech, który Semirunnij wybrał zamiast stawiennictwa do poboru i okopów wojny napastniczej. 

To że medal zdobył w naszych barwach – to zaszczyt dla nas, którym warto się pochwalić. Z zasłużonym poczuciem dumy i bez uprzedzeń, jakim ulegają pozostający w mniejszości hejterzy.              

Podobnie darować można sobie złe emocje, jakie łączy się z przekręceniem na “Tomasik” nazwiska innego olimpijskiego bohatera przez pochodzącego z pisowskiego jeszcze nadania prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego Radosława Piesiewicza. Przyjąć najlepiej optymistyczną interpretację, że to ze wzruszenia a nie ignorancji język się prezesowi poplątał. Najlepiej odłożyć żarty na bok w tym wypadku a zajmowanie się prezesem na czas już po igrzyskach.                                                    

Olimpiady są dla kibiców, a w ich trakcie wszyscy nimi jesteśmy

Olimpiady są bowiem dla kibiców – również dla tych, co nimi tylko na ich czas się stają – i oczywiście dla samych sportowców, a nie oficjeli. Polacy pamiętają doskonale nawet jednorazowe wyczyny, które przyniosły nam radość, jak złoto montrealskiej olimpiady (1976 r.) w skoku wzwyż, niespodziewanie zdobyte przez dziewiętnastoletniego studenta prawa z Warszawy Jacka Wszołę, a kto wie, który partyjny działacz (wtedy jeszcze z PZPR, a nie PiS) piastował wówczas funkcję prezesa PKOl?  Za to porównanie inteligentnego okularnika Wszoły, który po latach, gdy tylko taka szansa zaistniała, został przedsiębiorcą – z seryjnie hodowanymi mięśniakami i cyborgami z ZSRR i NRD wiele mówiło już wtedy, o miejscu, jakie w świecie naprawdę zajmuje Polska pomimo żelaznej kurtyny. Stwarzało dysonans, zanim jeszcze wolnemu światu więcej jeszcze dał do myślenia wybór krakowskiego kardynała na stolicę Piotrową i strajk gdańskich robotników, domagających się praw od dawna w innych częściach globu respektowanych. Kibice, także ci, którzy dali się rodzinie i znajomym na zasadzie spontanu namówić, żeby w trakcie choćby jednego z konkursów zasiąść przed telewizorem – nie przekręcają nazwiska dwukrotnego już polskiego medalisty, jak czyni to prezes narodowej instytucji olimpijskiej.

Zapamiętali je doskonale. O ile srebro dla panczenisty z Rosji i Polaka z wyboru pozostaje istotnym przede wszystkim dla zagranicy znakiem i świadectwem polskiej otwartości – bo my sami przecież doskonale ją znamy – to podwójny sukces Kacpra Tomasiaka stanowi i dla nas świadectwo, jak wiele dokonać może Polak w wieku dziewiętnastu lat za sprawą talentu, pracy i wytrwałości. W tym wieku nie da się jeszcze – bo Konstytucja nie zezwala – zostać nawet wybranym do parlamentu. Ale można też, nie będąc influencerem od zmieniających się mód, ani celebrytą znanym z tego, że jest znany – zyskać nie tylko rozpoznawalność wśród rodaków, ale też szczerą i uzasadnioną wdzięczność z ich strony. Olimpiada potrzebna jest również po to, by nam samym unaocznić, że w Polsce nie brakuje wybitnej młodzieży, przy takiej właśnie okazji pokazującej swoje możliwości reszcie świata. I odnoszącej sukcesy w realu, jak to się teraz zwykło określać. 

Za czasów Edwarda Gierka ujmowano ten mechanizm hasłem “Polak potrafi”. Nie najmądrzejszym oczywiście, ale nie stanowiło to winy ani wspomnianego Jacka Wszoły, co miał wtedy tyle lat, ile teraz liczy sobie Tomasiak –  ani rekordzistki świata na średnim dystansie Ireny Szewińskiej czy boksera Kazimierza Szczerby, który na tej samej montrealskiej olimpiadzie nie zdobył wprawdzie złota tylko brąz, ale za to w półfinale nie tylko wytrzymał pełne trzy rundy ale walczył jak równy z równym z Ray’em “Sugar” Leonardem, później jednym z najsłynniejszych bokserów zawodowych  i uczestnikiem typowanego do miana walki stulecia  starcia z Panamczykiem Robertem Duranem. 

Teraz Kacper Tomasiak, dziewiętnastolatek z Polski jako bohater obu olimpijskich konkursów skoków narciarskich za sprawą własnego talentu i widowiskowości tej dyscypliny zrobił wiele, by obraz jego i naszej Ojczyzny skojarzyć z wolą walki i determinacją w dążeniu do celu. Suto wynagradzani PR-owcy nie muszą już szukać na siłę żadnego wirtualnego bohatera, ani rząd – męża kolejnej posłanki z partii sprawującej władzę dla rozgłosu w Kosmos posyłać.  Mamy sukces i nie zawahamy się go użyć, chciałoby się usłyszeć od Donalda Tuska, całkiem w stylu, w jakim kiedyś mówił o byłym już ministrze sportu. Tym bardziej, że olimpiada, o czym już była tu mowa, to nie czas dygnitarzy spierających się nawzajem, lecz jedynych może powszechnie uznawanych bohaterów, medalistów sportowych zmagań. Mamy  powód, by się cieszyć, że naszych – z urodzenia lub wyboru – wśród nich nie zabrakło.                

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 4

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here