Polskie Stronnictwo Ludowe ma być może śladowe poparcie w sondażach – ale akurat w kwestii wychowania patriotycznego rację.
Różnica polega na tym, że akurat badania opinii publicznej się zmieniają, czasem z miesiąca na miesiąc, a ludowcy zwykle pozostają w nich niedoszacowani, bo wobec ankieterów wiejski wyborca zwykle jest nieufny, za to przy urnie nie ma kłopotu, jak prawidłowo oddać głos na swoich. Edukacja zaś to sprawa, gdzie zmiany i ich skutek liczy się w dekadach.
Kolejno liderzy PSL, najpierw w czwartek wicepremier i minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz, po nim zaś wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski symbolicznie w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, przestrzegli, że jeśli przygotowany przez ludowców projekt ustawy o wychowaniu patriotycznym przetrzymywany będzie w sejmowej zamrażarce – podobnie PSL przestanie wspierać przedłożenia koalicjantów.
Skomentować rzecz można wzniośle, że oświeceniowe reformy stanisławowskie zaczęły się najpierw od Komisji Edukacji Narodowej (1773 r.), a później dopiero przyszła pora na Konstytucję 3 Maja (1791 r.), której bez KEN zapewne by nie było. Albo całkiem przyziemnie: chodzi o to, byśmy nie okazali się ostatnim pokoleniem, które podobne historyczne analogie potrafi wynajdywać w pamięci, albo wręcz cokolwiek z nich pojmuje…
Wróg u bram, co mu przeciwstawimy
Wyczyny współczesnych barbarzyńców, w tym Ostatniego Pokolenia wielkimi literami pisanego, jak zakłócenie koncertu w Filharmonii i atak na Syrenkę warszawską – wandale nie wiedzieli być może, co ona symbolizuje, niewykluczone, że byli pewni iż ocieplenie klimatyczne, skoro jest półnaga – stanowią sygnał alarmowy. Co nie przeszkadza dobrym wujkom i ciotkom przebrzmiałej rewolucji z “Gazety Wyborczej” a nawet b. marszałkowi Sejmu Szymonowi Hołowni chwalić bojówkarzy z Ostatniego Pokolenia za… ideowość. Dziewczyny i chłopaki z Hitlerjugend też byli ideowi, zanim wespół z tatusiami z NSDAP i SS podpalili Europę, a potem puszczali z dymem nie tylko miasta, ale całe narody. Gdy współcześni barbarzyńcy słyszą ze starej Europy “herzlich willkommen” jak swego czasu od Angeli Merkel – kończy się to zadźganiem nożem, tradycyjnie narzędziem bandyckim, umundurowanego polskiego żołnierza, obrońcy zachodniej cywilizacji, na naszej wschodniej granicy. Taki los spotkał sierż. Mateusza Sitka.
Gdy wróg u bram – a jeszcze gorszy od protektora fałszywych imigrantów dyktatora Białorusi Aleksandra Łukaszenki okazuje się gruzujący ukraińskie miasta kremlowski satrapa Władimir Putin – do obowiązków ale i nakazów roztropności należy przegląd tego, co możemy mu przeciwstawić.
Patriotyzm genetyczny pozostaje mitem. Wielu dzielnych antykomunistycznych opozycjonistów miało rodziców w KPP. Syn “generalnego gubernatora” i nazistowskiego ober-mordercy Hansa Franka, Niklas przez lata w ramach “ruchu pokuty” przyjeżdżał do Oświęcimia, by grabić liście w zamienionym w muzeum dawnym obozie i bratać z Polakami. Za to autor wyjątkowo nienawistnej książki o KPN napisanej za rządów PZPR na podstawie esbeckich materiałów, Marian Reniak (pierwsze nazwisko: Strużyński) , wcześniej był bohaterem Kierownictwa Dywersji patriotycznej Armii Krajowej – i co z tego, można by spytać.
Umiejętności oddzielania dobra od zła wcale się nie dziedziczy, nie da się jej też wyprowadzić z życiorysu każdego z nas, niczym z matematycznego równania.
Zamiast absurdalnej debaty o przywróceniu poboru, bo obowiązkowa służba wojskowa patriotyzmu nie zastąpi (nie mieli kart powołania peowiacy wyzwalający Polskę w listopadzie 1918 r., nie miały ich nastoletnie Orlęta Lwowskie ani później dziewczyny i chłopaki z Szarych Szeregów), brak zresztą nawet pozorów zgody społecznej w tej sprawie – zasadne wydaje się budowanie sytuacji, w której młody Polak do obrony Ojczyzny z dobrej woli, a nie przymusu będzie się poczuwał.
Do tego jednak mogą nie wystarczyć rozlegające się na stadionach hasła. Co przyznaję, aczkolwiek sam kibicowskiego patriotyzmu wiele razy broniłem, niedawno komplementując krytyczne reakcje trybun na ucieczkę byłego ministra Zbigniewa Ziobry na Węgry przed sprawiedliwością, którą jeszcze niedawno w Polsce z racji urzędu zawiadywał. Vox populi vox Dei… Pierwsza tak silna republika opierała się jednak na zasadzie współdziałania: Senatus Populusque Romanus, Senat i Lud Rzymski… Warto przywoływać najlepsze klasyczne wzory, skoro o barbarzyńcach była już mowa, odwołać się do tych, co się od nich odróżniali. Zresztą rzeczonym hasłem posługiwał się zarówno Rzym republikański, jak Cesarstwo, jako herbową dewizą. Potęga wzięła się stąd, że nie było ozdobnikiem, lecz wyrazem wspólnej odpowiedzialności.
Ministra, co dużo mówi, czyta mało
Kiedy podczas interwencyjnej wojny koreańskiej zgarnięci do niewoli amerykańscy żołnierze po poddaniu ich “praniu mózgu” masowo przystawali na występowanie na konferencjach u boku komunistów i oskarżanie własnego kraju – w Stanach Zjednoczonych wzięto się za przywracanie do szkół lekceważonej wcześniej edukacji patriotycznej.
Polską z woli wyborców i z najmocniejszym mandatem w historii, wynikającym z rekordowej frekwencji przy urnach 15 października 2023 r. (74 proc) – rządzi teraz koalicja demokratyczna. Nie ma powodów, by monopol na patriotyczną narrację oddawała Prawu i Sprawiedliwości, którego prezes Jarosław Kaczyński, co słusznie każdego roku wypominają mu demonstranci przed jego willą “13 grudnia [1981 r.] spał do południa”. Za obozem demokracji, a przeciw autokratycznym zapędom pisowskim, opowiada się zdecydowana większość autentycznych pozytywnych bohaterów polskiej historii najnowszej: Jerzy Borowczak, który jako młody robotnik “po wojsku” zaczął o 6. rano 14 sierpnia 1980 r strajk w Stoczni Gdańskiej, Henryka Krzywonos (dziś Strycharska), która dzień później ustawiła swój tramwaj na rozjazdach przed Operą Bałtycką dając tym samym początek strajkowi generalnemu w Trójmieście. Lech Wałęsa, który kierował dziesięciomilionową Solidarnością i za sprawą podobnej liczby głosów został potem pierwszym pochodzącym z wolnych wyborów prezydentem wolnej Polski – i Zbigniew Bujak, który zawiadywał Związkiem zepchniętym do podziemia po 13 grudnia 1981 r. Z drugiej strony pamiętamy jak Roman Giertych jako zastępca Kaczyńskiego w rządzie i minister edukacji rugował z listy lektur Witolda Gombrowicza.
Już po dojściu do władzy koalicja demokratyczna w tej samej materii popełniła szkolne – nomen omen – błędy. Symbolizuje je decyzja “ministry” edukacji Barbary Nowackiej o wyrzuceniu z tejże listy lektur małego arcydzieła z racji poetyki science-fiction przemawiającego znakomicie do młodzieży: “Katedry” Jacka Dukaja, której brawurowa ekranizacja w reżyserii Tomasza Bagińskiego otarła się o Oscara. Nawet podwładni szefowej MEN pokpiwali z Nowackiej, że książki jak wielu innych nie przeczytała, do skreślenia wystarczył sam tytuł. Zresztą rzeczywiście jezuita jest tam bohaterem pozytywnym, ale to jednak nie redemptorysta…
Gorzej, że dylemat wydaje się przedstawiać zero-jedynkowo: wychowanie patriotyczne albo żadne. Herostrates był tylko szewcem, listy siedmiu cudów świata nie układał, ale jedną świątynię udało mu się podpalić. Lepiej wykształcona Nowacka rządzi resortem dwa lata, krócej niż tamten wysiadywał na swoim zydlu przy kopycie, ale już ma jedną Katedrę na rozkładzie. Kompatybilne z jej lekturowym wandalizmem okazuje się zdarzenie ze Starachowic, gdzie jedna z jej podwładnych na szkolne rozpoczęcie roku, powiedzmy po ludzku: 1 września, kazała wychowankom śpiewać: “W Dubaju w hotelu, na własnym weselu, jestem pijana, jestem pijana”. Problem nie w zgorszeniu publicznym, bo nie takie rzeczy dzieciaki w necie słyszą, lecz w tym, że szkoła jak widać lepszych wzorców kulturowych nie ma do zaoferowania.
W tym sensie projekt wychowania patriotycznego przywraca właściwy porządek rzeczy i proporcje, tak żeby wreszcie było skutecznie a nie śmiesznie. Przede wszystkim zakłada współdziałanie nauczycieli polskiego, historii i wiedzy o społeczeństwie, swoistą synergię tych przedmiotów. Przekaz niesprzeczny wydaje się nakazem chwili.
Gdy będą więcej wiedzieć, wybiorą Polskę
Inaczej bowiem utkniemy w chaosie i czytającym bryki zamiast Dukaja szesnastolatkom nie damy broni do ręki nie przeciw putinowskim czołgom tylko do obrony przed sieciowymi propagandystami Putina i Łukaszenki, wtłaczającymi do głów łatwe interpretacje skomplikowanych zjawisk. Drony nad Polską? Podesłali je sami Ukraińcy, żeby nas Polaków podstępem do wojny na wschodzie wciągnąć. A poza tym to ich zemsta za rzeź wołyńską. A skąd niby 16-latek ma wiedzieć, że ta ostatnia miała miejsce w 1943 roku i że dronów wtedy nie używano, nawet nie od rodziców, bo przecież i ich wtedy nie było na świecie, a w szkołach PRL jedno czy dwa zdania o UPA w podręcznikach odnosiło się do łun w Bieszczadach i śmierci gen. Karola Świerczewskiego (później długo królował na 50-złotówkach) w zasadzce pod Baligrodem. Kiedyś najlepiej oczytani z nas potrafili zacytować wiersz Wiktora Woroszylskiego, najpierw pryszczatego komunisty, potem sympatyka KOR: “Na południe od Baligrodu / na siedemnastym kilometrze / znów spotykamy się wrogu / i kule świszczą w powietrzu”, czasem po to, by pokpiwać z nagłych wolt przekonań autora. Aż najbardziej przenikliwy z nas, Leszek Moczulski, co nie tylko horyzont niepodległości pierwszy z oddali dostrzegł, miał odwagę spotkać się w drugiej połowie lat 80. ze Sławą Stećko, wdową po premierze separatystycznego rządu powołanego w Kijowie w 1941 roku, która jako nacjonalistka ukraińska była we Lwowie więźniarką polityczną III Rzeszy a celę dzieliła z Polkami z AK.
Ten więcej wart, kto więcej wie – głosiła telewizyjna reklama Encyklopedii PWN. Nie wiem, czy przez to więcej jej tomów się sprzedało. Pewne wydaje się jedno: nie mamy powodu, by wstydzić się naszej historii czy kultury. Gdy Polacy wiedzieć będą o niej więcej, w chwili zagrożenia wybiorą Polskę – jak w 1939 r. kardynał Adam Sapieha, późniejszy wychowawca przyszłego Papieża Karola Wojtyły, czy cywilny prezydent oblężonej Warszawy Stefan Starzyński, a obu oferowano szanse ewakuacji – a nie ucieczkę, którą splamili się wtedy Edward Rydz-Śmigły czy Felicjan Sławoj-Składkowski. O pierwszym z nich pamiętają tylko pasjonaci historii, drugi na wieki wieków pozostanie w świadomości zbiorowej patronem wiejskich szaletów, sprawiedliwie na miarę roli, którą odegrał.
Zanim skwapliwie potępimy młodzież na Legii, oklaskującą Janusza Walusia, zabójcę południowoafrykańskiego czarnoskórego komunisty Chrisa Haniego, teraz po odsiedzeniu w RPA wyroku za tę zbrodnię, moszczącego się na trybunie po prawicy Grzegorza Brauna – wypada się przez moment zastanowić, czy ktokolwiek dał młodym szansę, w szkole czy kulturze masowej nawet, żeby się dowiedzieli, za co Pokojowe Nagrody Nobla otrzymali po uśmierzeniu trwającego wiele pokoleń konfliktu przywódcy obu społeczności w Republice Południowej Afryki: czarnej większości – Nelson Mandela i białej mniejszości, co tej pierwszej władzę oddała – Frederik de Klerk.
Obecny projekt wychowania patriotycznego zakłada, że przynajmniej dokonania polskich noblistów młodzi poznają w szkole, a nauczyciele będą współpracować, by tak się stało rzeczywiście. Edukacja patriotyczna to nie szkolny przedmiot lecz program kształcenia obywatela: poszukującego a nie posłusznego. Kreatywnego i umiejącego odnaleźć się wśród wyzwań współczesnego świata, również tych, co wymagają wspólnej, zbiorowej odpowiedzi, bo jednostkowa nie wystarczy. Nie tyle PSL warto więc w tej mierze popierać, co zdrowy rozsądek. Zresztą fakt, że projekt lansuje partia dająca “ludzką twarz Koalicji 15 Października” – wielkiego zaskoczenia nie stanowi.
Ten więcej wart, kto więcej wie, to mądre hasło a nie tylko slogan reklamowy. I w tym sensie zgodzić się można, że wychowanie patriotyczne pozostaje ważniejsze od wszystkich innych przedłożeń ustawowych. Tamte mogą poczekać. Za to bez zgody w sprawie takiej edukacji daleko nie zajedziemy. Nie ma co uciekać od problemu, bo skończy się jak kiedyś ucieczką szosą na Zaleszczyki.