Harmider dla 55 procent

0
77

Właśnie ta wielkość wydaje się kluczowa dla kampanii prezydenckiej, jak zapewne żadna inna wcześniej zdominowanej oprócz debat telewizyjnych przez wyniki badań opinii publicznej. Łączne poparcie dla Rafała Trzaskowskiego, na którego zamierza głosować 30 proc Polaków i Karola Nawrockiego, który zdążył do siebie przekonać 25 proc z nas sumuje się do 55 proc [1].

Oznacza to, że nie kończąca się opowieść głównych mediów, ograniczająca się do relacjonowania kampanii w kategoriach meczu czy ściślej serii potyczek między pretendentami z dwóch najsilniejszych ugrupowań, ostatnio dotyczących głównie kawalerki ”kandydata obywatelskiego” Nawrockiego, pomija w zupełności potrzeby informacyjne 45 proc obywateli, nie zawężających swoich preferencji do wyboru w ramach POPiS-owego duopolu.

Bukmacherzy i sędziowie

Zawiera się w tym rodzaj samospełniającego się proroctwa lub mylenia skutku z przyczyną. Media głównego nurtu prezentują kampanie dwóch kandydatów mających najwyższe poparcie w sondażach, a ci nim się cieszą dlatego, że są najczęściej pokazywani. I tak koło się zamyka. Błędne koło.

Słusznie ktoś powie, że w demokracji decyduje większość. Ale przy respektowaniu praw mniejszości. I ten większościowy format wyznaczają dopiero wybory a nie zawczasu wyniki badań opinii publicznej stanowiące, jak zaręczają socjologowie, wyłącznie fotografię poparcia społecznego aktualną w momencie, gdy się je przeprowadza. Podobnie jak o wynikach meczów decydują zawodnicy, wspomagani przez kibiców, a nie bukmacherzy, chyba, że mamy do czynienia z aferą jak niegdyś osławionego TotoCalcio we Włoszech bądź z sytuacją jak z kultowego filmu Janusza Zaorskiego z końca PRL ”Piłkarski poker”.

“Spółdzielnię”, znaną z tej właśnie opowieści filmowej o matactwach prezesów i sędziów (jedni i drudzy mają decydujący wpływ także na wybory w RP, o czym będzie jeszcze mowa), zawiązali wbrew pokazowej trybalnej wrogości wzajemnej Trzaskowski z Nawrockim. A ściślej ich sztabowcy. Wyszło to na jaw przy okazji pierwszej debaty, w Końskich, którą usiłowali ograniczyć do dwóch kandydatów tylko, co na szczęście się nie udało, bo zbuntowała się reszta, najskuteczniej marszałek Sejmu Szymon Hołownia. Świadomy zasady równości kandydatów oznajmił po prostu, że do Końskich jedzie, a jego śladem podążyła większość pozostałych pretendentów. A postawionemu przed faktem dokonanym uzurpującemu sobie gospodarskie prawa do nominalnie organizowanej przez TVP debaty Trzaskowskiemu pozostało zrobić dobrą minę do złej gry i wszystkich na nią zaprosić, skoro i tak już tam jechali. Podobnie w ”Piłkarskim pokerze” sędzia Laguna w nagłym przypływie przyzwoitości uznaje bramkę strzeloną prawidłowo przez Olka Groma. Chociaż burzy to nieco jego scenariusz. Ten Koalicji Obywatelskiej przewidywał wzmocnienie Trzaskowskiego i Nawrockiego, z którym łatwiej wygrać, kosztem Sławomira Mentzena i Szymona Hołowni, oraz wszystkich innych, co mogliby się do rywalizacji wmieszać.

Kandydaci spoza pierwszej dwójki też w kampanii nie zachwycili. Trudno uznać pomysł Magdaleny Biejat z czterodniowym tygodniem pracy za korzystny dla gospodarki. Niełatwo zrozumieć, czemu Hołownia tak ostro stawia kwestię asystencji osobistej. Ale pretendenci przez media lekceważeni znajdą usprawiedliwienie, że poza debatami telewizyjnymi nie mieli okazji, żeby się za swoimi projektami przebić. I znów koło się zamyka. 

A w sumie kandydaci spoza grona faworytów do drugiej tury zaskarbili sobie poparcie 45 proc. Polaków. Choćby z tego powodu na prezentację zasługują.

Zwłaszcza, że ożywczego ducha do polskiej polityki wnosili zwykle pretendenci do prezydentury spoza głównego układu międzypartyjnego, jak Jan Olszewski w 1995, w pięć lat później Andrzej Olechowski, Paweł Kukiz przed dziesięciu i Szymon Hołownia przed pięciu laty. Każdy stworzył później własne ugrupowanie. Wiele ich pomysłów i projektów pamięta się do dzisiaj. A kampanii nie prowadzili wet za wet, jak obecni potentaci. Wyjście tych ostatnich z podobnej logiki wydaje się trudne. Również ze względu na ubóstwo przekazu innego niż reaktywny, stanowiący bezpośrednią odpowiedź na słowa i działania głównego rywala. 

W Ameryce historycznego przełomu dokonał John Kennedy, kiedy poprawiając przygotowany tekst przemówienia, poskreślał wszędzie słowo ”wróg” i wpisał zamiast niego: ”przeciwnik”. U nas obserwujemy raczej proces odwrotny, co trwałe, bo da się też, choć to pretekst tylko, uzasadnić brutalizacją poityki międzynarodowej.  Nie chodzi tylko o podejście mocarstw do Ukrainy ani specyfikę USA po drugim zwycięstwie Donalda Trumpa. Niekorzystne dla nas zmiany zachodzą na Węgrzech i Słowacji, w Turcji i Rumunii. W Niemczech niepokoi urobek AfD, choć na szczęście do władzy jej nie dopuszczono.  

W takim nie tyle podzielonym co poszatkowanym świecie będzie się musiał odnaleźć nowy polski prezydent. Ale najpierw trzeba go w cywilizowany sposób wybrać. 

Mądrej głowie dość dwie słowie

Cena wymuszonej polaryzacji może okazać się wysoka. Napięcie eskalowane bez końca nie przyniesie dobrych efektów.

Dwubiegunowość bowiem diagnozują i leczą psychiatrzy, dla których jest to jednostka chorobowa. W ZUS można nawet na nią rentę dostać. To jedna z psychoz.

Na możliwe niebezpieczeństwa i wizje, jakiej biedy możemy sami sobie napytać, naprowadza nas kolejna niezrównana scena z ”Piłkarskiego pokera”, kiedy to przy ustawianiu wyników spotkań, choć wszystko już poukładane, pojawia się arytmetyczny problem: 

– Przecież to ostatnia kolejka ligowa – zauważa jeden z działaczy.

– Ostatnia? – dziwi się uprzejmie sędzia Laguna.

– Ale z ciebie s..syn – słyszy w odpowiedzi.

Oby z turami wyborów i wyrokującymi o ich ważności sędziami nie działo się podobnie.

Nie musi to od razu wyglądać jak w powieści Dariusza Kacprzaka ”Gra o Prezydenta”, gdzie osobnik, mówiący przez telefon z rosyjskim akcentem podkłada rozstrzygającemu o wyniku wyborów sędziemu wypełnioną dolarami torbę pod drzwi mieszkania. To political fiction przecież, jak gatunek określa sam autor.

Nie da się jednak ukryć, że zmiany wprowadzone do systemu prawnego przez PiS i ich korekty przez nową władzę wprowadziły swoisty dualizm. Przy niewielkiej różnicy głosów w drugiej turze można sobie wyobrazić sytuację, w której zwycięzcami ogłoszą się zarówno Trzaskowski jak Nawrocki, Andrzej Duda z powodu powagi sytuacji nie ustąpi z urzędu, a marszałek Sejmu Hołownia z tych samych względów przejmie uprawnienia głowy państwa. 

Wtedy mamy w Polsce czterech prezydentów. Realizacji tego karykaturalnego scenariusza, którego grozy wydają się nie dostrzegać politycy, skutecznie zapobiegnie tylko nasz masowy udział w głosowaniu.

W bliskiej nam strefie geopolitycznej wybory powtarzano już raz na Ukrainie dwie dekady temu, a praktycznie odbyła się jakby ich trzecia tura, kiedy służby prorosyjskiego Wiktora Janukowycza sfałszowały drugą. Z kolei w Rumunii dopiero co również z powodu domniemanej rosyjskiej ingerencji na dwa dni przed niedoszła drugą turą anulowano pierwszą i kazano obywatelom głosować jeszcze raz od początku, w dodatku na innych niż poprzednio kandydatów.

Powiedzenie ”nigdy więcej”, jak widać, nie tylko do wojny się odnosi.

Do prostodusznych polityków lepiej zapewne przemawia swojskie i ludowe: na psa urok.

A do naszej, wyborców, wyobraźni?

Z pewnością jedno tylko nie ulega wątpliwości. Im więcej nas będzie przy urnach, tym mniejsza okaże się groźba  ziszczenia się czarnych scenariuszy. Zdawaliśmy już raz podobny egzamin 15 października 2023 r, z dobrym dla Polski skutkiem. Nawet jeśli zawiodła nas kampania i nie spodobały się debaty telewizyjne, znajdujemy więc ważki argument za naszym udziałem w głosowaniu.

[1] sondaż Opinia 24 z 5-7 maja 2025

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 12

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here