Sprawy dobra i zła są różnie rozumiane w różnych cywilizacjach. Możliwe, że w Chinach one w ogóle nie istnieją: dwie przeciwstawne zasady in i jang stanowią jedność i przechodzą jedna w drugą. Chińczycy nie muszą mieć dwóch świateł drogowych – czerwonego i zielonego, bo jedno zmienia stopniowo kolor i kierowca wie, za ile sekund się zmieni. Podobno te dwa pojęcia oznaczały pierwotnie słoneczną i zacienioną stronę góry, tej samej góry. Może zamiast dobre – złe powinno się mówić w Chinach korzystne – niekorzystne, pamiętając, że co wczoraj było niekorzystne, jutro może się stać korzystne. Dlatego chiński znak na kryzys kryje w sobie również pojęcie szansy, okazji.

W naszej cywilizacji dobro i zło znajdują się w stanie permanentnej wojny i mają swój wyraz osobowy w postaciach Boga i Szatana. Nie są bynajmniej równorzędne – w świecie stworzonym przez Boga dobro jest pierwotne, zło zostało wniesione do świata przez obdarzone wolną wolą istoty stworzone, zbuntowane anioły i ludzi.

Inaczej to wygląda, jeżeli przyjmiemy popularne stwierdzenie, że zło jest brakiem dobra. Znaczyłoby to, że świat jest kartą papieru, na której dobro musi dopiero odcisnąć swoją pieczęć. Bez tego sam papier jest zły – zło wobec tego jest pierwotne, to dobro wkracza na jego teren, jest agresorem. Taki pogląd głosił Luter, a za nim cała filozofia niemiecka.

Ksiądz profesor Guz bardzo przekonywująco pokazuje rozwój filozofii niemieckiej od Lutra do Hitlera. Jej cechą charakterystyczną jest wszechobecność zła, stawianie go przed dobrem, jako elementu pierwotnego.

„Zanim Bóg stał się Bogiem, musiał wpierw stać się diabłem – mówi Luter – a zanim prawda stała się prawdą, musiała być najpierw kłamstwem”.

Fajnie.

Mefistofeles Goethego, wyznawca tej samej szkoły filozoficznej co Hegel i Heidegger, mówi:

„Jam częścią części, która ongiś wszystkim była,
Jak częścią tej czynności, co światło zrodziła,
To dumne światło, które matce nocy
Dziś miejsca przeczy, znaczenia i mocy”…

A przecież ten rzekomo pierwotny żywioł zła jest siłą niszczycielską, jak mógł zrodzić z siebie dobro? Zło niszczy, tylko dobro buduje i tworzy.

Każda twórczość jest aktem idącym na przekór niszczycielskiej sile entropii. Nasz wielki Norwid sformułował prawo, mówiące, że „energia twórcza nie podlega prawu zachowania energii”. Twórczość jest zawsze tworzeniem czegoś z niczego: tak Bóg stworzył świat ex nihilo. Ale najpierw była myśl: „Na początku było Słowo” napisał święty Jan. Greckie logos można przetłumaczyć jako słowo ale także jako plan czy projekt. Właściwie Słowo to już jest rozkaz, sygnał do wcielania planu w życie, do rozpoczęcia prac budowlanych ale zawsze na początku jest myśl, to co niematerialne rodzi to co materialne. Już starożytny Heraklit powiedział „Zawsze i wszędzie to, co niewidoczne, rządzi tym, co widoczne”.

Tak i świat jako całość zawierając w sobie iskrę boskiej twórczości komplikuje się, rośnie i rozwija. Porównajmy świat bez istot żywych, później świat pierwotniaków z niezmierzonym bogactwem flory i fauny zapełniającej ziemię. Świat nie został stworzony raz na zawsze, jak uważali masoni-deiści, Bóg tworzy świat nadal i codziennie nad nim pracuje. I co więcej, wymaga, żeby człowiek z Nim w tym dziele współpracował. Zawsze miałem kłopoty z akceptacją przypowieści o talentach (czyli o depozytach pieniężnych), które Bóg ludziom powierza i o tym nieszczęśniku, który oddał tyle, ile wziął, a jednak został bezlitośnie ukarany. Co jest, przecież nic nie ukradł? Wytłumaczył mi to Claude Tresmontant:


„Jeżeli sens stworzenia polega na powoływaniu do bytu istot, które same mają być twórcze… jeżeli obowiązkiem istot stworzonych jest przynoszenie owocu [przypowieść o bezpłodnym drzewie figowym]; jeżeli… Jeshua potępia tego lub tych, którzy nie starają się o pomnożenie powierzonego im dobra i udzielonych darów – to rozumiemy, że dla istot stworzonych i powołanych do współpracy w dziele stworzenia istnieje ryzyko zatracenia, jak lękliwy człowiek z przypowieści o talentach, ukryć w ziemi to, co otrzymały i wcale tego nie pomnożyć. Mogą one zatrzymywać dzieło stworzenia”.
Claude Tresmontant, Nauczanie rabiego Jeshuy, Fronda 2008

Karol Darwin, głosząc swoją hipotezę ewolucji, sądził, że wyklucza ze świata potrzebę Boga, musiał jednak stwierdzić, że w przyrodzie działa siła, dążąca do doskonałości. Ślepa siła? Do doskonałości? Kto określa, co jest doskonałe? Stary Darwin musiał mocno zamykać oczy, żeby nie zauważyć ręki Boga.

Drugie prawo termodynamiki mówi, że w całym Wszechświecie obowiązuje zasada spadania na niższy poziom energetyczny. Pozostawione samym sobie fajki, ogniska, pożary i słońca gasną, różnice się wyrównują. Ziemia jest anomalią, działa tu proces przeciwny, zwany negentropią, tu z prostego powstają i są tworzone rzeczy coraz bardziej złożone.

Osiemnastowieczni masoni (tzw. deiści) przyznawali, że tak jak zegar jest dowodem na istnienie zegarmistrza, tak świat jest dowodem na istnienie Boga, ale ten Bóg, wielki budowniczy zegarów, zajął się potem czymś innym i albo buduje inne zegary, albo pojechał na ryby. Tymczasem ten zegar-świat nieustannie się zmienia, rośnie, komplikuje. Co nie znaczy, że entropia została z niego wyeliminowana.

Wprost przeciwnie, jest on polem nieustannej bitwy między siłami rozkładu a siłami pracy, twórczości. Twórczość to różnorodność, wynalazczość, entropia to znoszenie różnic i równanie wszystkiego ze wszystkim. Znosi się podział na mężczyzn i kobiety, wprowadzając kilka nijakich tworów pośrednich. W postępowych przedszkolach chłopcy mają chodzić w sukienkach i bawić się lalkami, a dziewczynki samochodzikami. W Stanach Zjednoczonych znosi się podział na toalety damskie i męskie, profesorowie i profesorki mają robić kupę w tych samych pomieszczeniach.

Rycerze entropii zwalczają kościoły, starając się je maksymalnie do siebie upodobnić (nazywają to z grecka ekumenizmem), zwalczają państwa narodowe, forsując na ich miejsce „społeczeństwo otwarte” na wszystkie śmieci, jakie wiatr historii niesie, zwalczają rodziny. Po drugiej stronie stoją obrońcy twórczości, porządku i hierarchii. Służący entropii mają ułatwione zadanie, ponieważ działają zgodnie z prawami inercji, jadą z góry, płyną z prądem, świat nie remontowany i tak popada w ruinę. „Porządek trzeba robić, nieporządek robi się sam” napisał Tadeusz Kotarbiński.

Ci drudzy walczą z prądem, a na dodatek synowie chaosu są zawsze lepiej zorganizowani i uzbrojeni. Porównajmy partie komunistyczne czy faszystowskie z Akcją Katolicką i kółkiem różańcowym. Właściwie po tysiącach lat tych dobrych powinno już nie być. Jeżeli są i wciąż trwają, to dowód niezbity, że otrzymują skądś wsparcie, konkretnie z góry. Każdy człowiek, świadomie lub nie, wybiera jedną ze stron. Nic nie robienie to nie jest neutralność, to jest, jak w przypowieści o zakopanym talencie, działanie na korzyść entropii. Nie ma bezstronnych obserwatorów, są tylko dwie siły, dwa sztandary: Chrystusa i Szatana.

Tropiciele spisków starają się od dziesięcioleci odkryć, gdzie mieści się sztab generalny ciemnej strony mocy. Komisja Trójstronna, Klub Bilderberg, Rada do spraw Stosunków Zagranicznych? Wszystko to i jeszcze dużo więcej, bo Główny Destruktor jako pierwszy zastosował organizację sieciową. Jak zamiast jednego czerwonego smoka mamy przeciwko sobie tysiąc czerwonych szczurów, to walka jest trudniejsza. I rodzi się straszna myśl, że nikt tym nie zawiaduje, że nie chodzi o budowę jakiegoś Nowego Porządku Świata (NWO), ale o rozwalenie ułomnego porządku istniejącego.

Vladimir Volkoff, pisarz francuski, wywodzący się z „białych Rosjan”, w powieści „Spisek” prowadzi swojego bohatera przez świat spisków i kontr-spisków, aż ten dochodzi do najważniejszego – organizacji Patriarchów i wreszcie w nagrodę za swoją dociekliwość zostaje dokooptowany do najwyższego kręgu jako trzynasty Patriarcha, po czym dostępuje zaszczytu rozmowy z samym Mistrzem, który mu tłumaczy, dlaczego został wybrany: „Bardzo uważamy, żeby wśród nas nie znaleźli się „prawdziwie wierzący”… Nie, my starannie dobieramy sobie facetów w twoim typie, którzy ze stopnia na stopień doprowadzani są w końcu do tego, żeby w nic już nie wierzyć. Tak jest pewniej. Nie przeraża nas trochę zepsucia, marzeń o potędze lub nawet lekko obsesyjnej antypatii. Ty, na przykład, masz lekkiego świra na punkcie walki z Rosją i to nam się nawet spodobało… bo we współczesnym świecie Rosja może stać się anty-nicością”.

Ale jaki właściwie macie cel? – pyta świeżo upieczony Patriarcha.

Oddawać cześć naszej patronce, świętej Entropii – odpowiada Mistrz śmiertelnie poważnie. I dalej wyjaśnia:


„Entropia krok po kroku prowadzi wszechświat do całkowitej jednorodności. To nie będzie zabawne, ale to się stanie i wszystkie siły, które się temu przeciwstawiają, zwane siłami negentropicznymi, to siły reakcyjne. Nie czujesz chyba powołania do bycia reakcjonistą, prawda? A mnie wydaje się dosyć przyjemne popychanie świata i historii ku otchłani. Zawsze należy grać po stronie tego, co nieuchronne”.

W powieściach Volkoffa nigdy nie wiadomo, gdzie kończy się fikcja, a gdzie zaczynają się podrzucane przez niego w tonie niezobowiązującym tajne informacje, ale oto podobną hipotezę jeszcze przed przejściem do obozu Michnika wysunęła profesor Jadwiga Staniszkis („Antropologia władzy”). Pyta ona, czy istnieje jeszcze ośrodek (lub ośrodki) zdolne do zmiany biegu procesów w skali światowej i dopuszcza możliwość, że takiej władzy już nie ma.


I że reprodukowanie się świata instytucji, tworzące wrażenie ciągłości, to skutek zakładania przez społeczeństwo istnienia władzy jako kantowskiego postulatu”. „Hipotetyczne założenie – pisze dalej profesor Staniszkis – że istnieje jakieś „centrum” … prowadzi do samoograniczenia i samodyscypliny, wydłuża horyzont czasowy decyzji i chroni przed chaosem. Być może taka koncepcja władzy (w której rozróżnienie na rządzących i rządzonych staje się fikcją, istnieją bowiem tylko ci drudzy i to oni utrzymują sterowność przez zakładanie istnienia tych pierwszych) jest jedyną realnością władzy we współczesnym świecie!”
Jadwiga Staniszkis

To kto tu rządzi? Może to banksterzy?

„To nie bankierzy rządzą globalnym systemem finansowym… To już system finansowy rządzi bankierami…” odpowiada Janusz Szewczak.

Wiemy, że nasz rząd nie jest samodzielny i musi się podporządkowywać mafii mało-inteligentnych i przez nikogo nie wybieranych biurokratów z Brukseli. Czy ci biurokraci są ciałem samodzielnym, decydującym na przykład o wpuszczeniu do Europy hordy barbarzyńców z innej cywilizacji? [Ostatni władca całego państwa rzymskiego Teodozjusz Wielki pozwolił na osiedlenie się w obrębie cesarstwa ludów germańskich, ale chociaż byli to w większości chrześcijanie, oznaczało to już i tak koniec Rzymu.] Na tym szczeblu kończy się nasza wiedza, bo o tym, kto rządzi biurokratami z Brukseli można tylko snuć spekulacje i jest to dziedzina jeszcze formalnie niezakazanych, ale już źle widzianych teorii spiskowych.

Gdyby wierzyć przypuszczeniom Volkoffa i profesor Staniszkis, poszukiwanie prawdziwego „rządu świata” jest utrudnione nie dlatego, że łatwiej się działa pod osłoną czapki niewidki, ale dlatego, żeby ukryć fakt, że żadnego rządu nie ma.

Mówi się, że światem rządzi pieniądz, ale już wiemy ponad wszelką wątpliwość, że ten pieniądz jest fikcją. Działa, póki w niego wierzymy. A wiara to, jak wiadomo, most bez filarów. Nazywa się go pieniądzem fiducjonarnym (od „fides” – wiara), albo „fiat money”, czyli „niech się stanie pieniądz, pieniądz na życzenie. Goethe w „Fauście” twierdzi, że to diabeł Mefisto wymyślił papierowy pieniądz, dziś musimy spytać, kto wymyślił pieniądz elektroniczny? Niewątpliwie jakiś super-diabeł. Ten pieniądz nie ma żadnego umocowania w realu i w każdej chwili może się ulotnić jak banknoty i inne fanty rozdawane przez Wolanda w „Mistrzu i Małgorzacie”.

Do diabła, czyżby nie było już pieniądza ani władzy? Przecieramy oczy, czyżby król był nagi? Tak długo nam wmawiano, tak długo sobie wmawialiśmy, że ubiera się u Prady? A tu nie tylko jest nagi, ale w ogóle go nie ma. Czy leci z nami pilot? Albo czy jedzie z nami kierowca? Kierowcy nie ma, hamulce nie działają, tylko muzyka gra i zajadając kanapki jedziemy coraz szybciej ku przepaści. To musi być straszna myśl, zwłaszcza dla naszych braci niewierzących, którzy myślą, że za przepaścią też nic nie ma.

Mniejsze zło w perspektywie większego dobra

Problem wyboru pomiędzy mniejszym a większym złem, to problem nieustannych kompromisów, jakie musimy w życiu stale podejmować. Nie da się bez nich funkcjonować, szczególnie w polityce. Zwłaszcza w polityce zawsze pozostaje wszakże kwestia nieprzekraczalnych granic, których nie wolno nam w kompromisach przekroczyć, jeśli nie chcemy przekreślić sensu naszego wyboru. Te nieprzekraczalne granice wytycza nam sens […]

Read more

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here