Kandydat jako zjawisko społeczne

0
173

Karol Nawrocki, chociaż straszy jak nikt inny środowiska demokratyczne, paradoksalnie wydaje się ucieleśnieniem liberalnego modelu kariery. Produktem czasów, kiedy nie pytano, skąd wziął się nasz pierwszy milion. Prosty chłopak ze skromnej rodziny, z blokowiska, w młodości – jak utrzymuje jego pokonany już rywal Sławomir Mentzen – chuliganił z kibolami na ustawkach “70 na 70” (mowa o liczbie uczestników po każdej ze stron: kto wywodzi się z inteligenckiego kodu, w obu tego słowa znaczeniach, więc nie wie, o co chodzi, niech zerknie na słynny film Patryka Vegi “Bad boy”), później zarabiając w hotelu spełniał różne życzenia gości, nie zaniedbując przy tym studiów. Aż jego wielką szansą stała się polityka.

Inny, bez porównania bardziej zasłużony gdańszczanin Lech Wałęsa radził swoim rodakom w tym ziomkom, żeby własny los brali w swoje ręce. Sugerując nie bez racji, że na nikogo poza tym liczyć nie mogą, chociaż zupełnie co innego obiecywał rodakom prospołeczny program pierwszej i dziesięciomilionowej Solidarności, tworzony w 1981 r. przez ekonomistów tej miary, co Tadeusz Kowalik, Ryszard Bugaj czy Stefan Kurowski. W niecałą dekadę później, inny ekonomista Dariusz Grabowski pytał na spotkaniu Regionu Mazowsze na Politechnice Warszawskiej ministra pracy w rządzie Tadeusza Mazowieckiego i dawnego założyciela Komitetu Obrony Robotników Jacka Kuronia, dlaczego zamiast nalewać bezrobotnym słynną zupę, co działo się w formie spektaklu przed kamerami telewizyjnymi, nie stworzy im szansy, żeby sami na ten talerz zupy zarobili. 

Tymczasem kolejny gdańszczanin w tej opowieści i następny po Mazowieckim premier solidarnościowego rządu Jan Krzysztof Bielecki oraz jeszcze jeden chłopak z trójmiejskiej opozycji Donald Tusk, który kiedyś w sierpniowy dzień 1980 roku przed bramą strajkującej Stoczni Gdańskiej wraz z pisarzem Pawłem Huelle i jeszcze paru kolegami ogłaszał zamiar powołania niezależnej organizacji studenckiej – założyli Kongres Liberalno-Demokratyczny, zapewne najmniejszą, jeśli o poselską reprezentację chodzi, partię rządzącą nowoczesnej Europy. W jej barwach masowo wjechali w pierwszych wolnych wyborach do parlamentu potrzebujący immunitetów praktycy gospodarki czasu przełomu ustrojowego. W efekcie więc hasło “milion nowych miejsc pracy” na wyborczych plakatach KLD złośliwie przerabiano, skreślając dwa ostatnie słowa i dopisując w ich miejsce jedno tylko: “afer”.

Wrażliwość społeczna nie zanikła jednak z dnia na dzień, działo się to stopniowo. Premier Bielecki wkurzył się setnie i zapewne szczerze w trakcie wizyty w zakładach mechanicznych Ursus, mówiąc do kamer telewizyjnych, a więc podobnie, jak Kuroń polewał zupę – że coś trzeba z tym zrobić i tak dalej być nie może. Ironią losu pozostaje, że ostateczny wyrok na markę Ursusa, którą próbował reanimować rzutki i znający się na rzeczy przedsiębiorca Andrzej Zarajczyk, wydała nie po latach nawet, lecz całych dekadach mająca usta pełne frazesów o Polsce solidarnej rządowa ekipa Prawa i Sprawiedliwości. 

Teraz Bielecki znajduje się wśród sygnatariuszy listu dawnych opozycjonistów, popierającego kandydaturę Rafała Trzaskowskiego jako alternatywę dla zagrożenia dla demokracji, jakie stanowi jego rywal w drugiej turze Karol Nawrocki, przedstawiany jako kandydat obywatelski, ale popierany w oczywisty sposób przez PiS. Zaś Tusk, po raz drugi w karierze u steru rządu, wyraźnie poglądy zmienił: popiera teraz polską wytwórczość i bankowość. Chociaż kiedy u zarania transformacji wspierał Wałęsę, ten goszcząc prof. Jeffreya Sachsa mniej interesował się zawiłościami programu, nazwanego później od nazwiska wykonawcy planem Leszka Balcerowicza, bardziej za to – aby rozmówca jak najszybciej pomógł sprowadzić  do Polski banki zagraniczne, bo przecież “mamy mnóstwo budynków bankowych”. 

Karol Nawrocki dojrzewał w czasach, kiedy nie pytano o pierwszy milion. I przekonywano, że fabryka warta jest tyle, ile nabywca gotów jest za nią zapłacić.

Nie wiemy, ile zapłacił rzeczywiście seniorowi za mieszkanie w Gdańsku, w umowie wpisano kwotę 120 tys zł, pewne jest tylko, że jako skromny wtedy urzędnik nie dysponował podobną kwotą. Nie był bogaty z domu. Nie miał skłonnych ją pożyczyć znajomych.

Zaś w trakcie rozmowy ze Sławomirem Mentzenem zobaczyliśmy, że Nawrocki, byle tylko przejąć większy procent wyborców tego konkurenta z pierwszej tury, niż aktualnie dają mu sondaże – gotów jest potwierdzić wszystko, co powie lider liberalnej przecież Konfederacji. Przy czym wykładnią tego liberalizmu w wypadku Mentzena pozostaje obietnica likwidacji wszystkich niemal podatków oraz towarzysząca jej zapowiedź, że ochrona zdrowia będzie w tej sytuacji finansowana “z pieniędzy”. Podczas gdy wizytówką popierającego Nawrockiego PiS wciąż pozostaje wprowadzony, kiedy partia ta była u władzy socjal: 500 plus czy czternasta emerytura.  

Kto choćby przez chwilę uwierzył w pisowską Polskę solidarną, w prospołeczne programy nie mającego pojęcia o gospodarce i nigdy nie pracującego na swoim Jarosława Kaczyńskiego – sam ma teraz za swoje.

Kandydatura Nawrockiego z jego znajomymi z półświatka, wyzuciem seniora z jego własności i serią tłumaczeń, z których kolejne zaprzeczają poprzednim, więc wszystkie nie mogą być prawdziwe – powinna ostatecznie pozbawić złudzeń tych, co w Prawie i Sprawiedliwości widzieli troskliwą partię żoliborskiej inteligencji. Ale nie oni zdecydują o wyniku wyborów z 1 czerwca.

Późna to zresztą iluminacja, bo przecież skoro ogromne kariery w PiS zrobili Antoni Macierewicz i Jacek Kurski, którzy przed ponad ćwierćwieczem rozbili partię Janowi Olszewskiemu, wcześniej pierwszemu premierowi, który po zmianie ustrojowej odzyskał dla nas wzrost gospodarczy (w kwietniu 1992 r. za sprawą ministrów finansów Andrzeja Olechowskiego i pracy Jerzego Kropiwnickiego oraz głównego doradcy ekonomicznego Dariusza Grabowskiego) – czerwona lampka alertu powinna zapalić się dużo wcześniej. Ruch Odbudowy Polski kierowany przez Mecenasa wydaje się zapomnianym już epizodem, ale okazał się ostatnią formacją, która zawarła “Umowę z Polską” – tak nazwano dokument programowy ROP – a nie ograniczyła się do łopatologicznego tłumaczenia wyborcom, co dla nich samych jest dobre. Jak po niemal ćwierćwieczu TVP pod wodzą tegoż Kurskiego czy TVN jako “nasza telewizja” Koalicji Obywatelskiej wedle znakomitej formuły wielkiego Andrzeja Wajdy, występującego wówczas, gdy ją wypowiadał nie w roli reżysera lecz członka komitetu poparcia Platformy.

Demokratyczni politycy ostrzegający teraz – w znacznej mierze słusznie – przed Nawrockim nie mogą ukrywać, że stanowi on produkt sytuacji, którą sami stworzyli, gdy pozostawali u władzy przed laty. I którą nadal przecież sprawują. Przerażające ludzi kultury czy dawnych opozycjonistów antykomunistycznych ogromne poparcie dla dosyć bezbarwnego przecież – jeśli ocenić go rzeczowo – Nawrockiego bierze się w znacznej mierze, skoro dwukrotnie już przewyższa notowania PiS w sondażach popularności partii politycznych – z zaniechań Koalicji 15 Października, zaniedbania przez nią realizacji obietnic złożonych przed tą datą.

Ci, którzy dopiero co zmarnowali efekty znakomitego obywatelskiego zrywu (udział w wyborach z 2023 r. aż 74 proc obywateli pozostaje niezmiennym powodem do dumy) apelują do nas o następny.

Jeśli ma to być wezwanie skuteczne, czego zresztą sobie i państwu życzę, bo wysoka frekwencja przy urnach da polskiemu prezydentowi, ktokolwiek nim zostanie, bezspornie mocniejszą pozycję w ważkich kwestiach międzynarodowych – apel ten musi się łączyć z rzetelną oceną całej polskiej transformacji ustrojowej. Tej, o której ekonomista Dariusz Grabowski powiedział nie bez racji, że nie określono nie tylko czasu jej trwania, ani nawet celu. 

Tym razem, jeśli demokraci mają wygrać, jak 4 czerwca 1989 r. albo 15 października 2023 r. – trzeba uprzednio jasno określić, dokąd zmierzamy. Potrzebna jest umowa z Polską, jak zapewne rzecz by określił niezapomniany i parę razy już tu przywoływany Jan Olszewski. Doskonale pamiętam, jak Mecenas, pomimo łagodności charakteru, zżymał się na odnoszone do czasów PRL określenie: opozycja demokratyczna. Słusznie, bo przecież innej niż demokratyczna opozycji wtedy nie było.                         

Teraz sytuacja okazuje się całkiem odmienna: to obóz demokratyczny – jeśli pominąć dekoracyjną bardziej i już kończącą się prezydenturę Andrzeja Dudy, zmurszałą Krajową Radę Radiofonii i Telewizji oraz… Instytut Pamięci Narodowej pod prezesurą Karola Nawrockiego – sprawuje niemal pełnię władzy w Polsce.

A władza to odpowiedzialność. Nie ma więc co się obrażać na społeczeństwo, że nie dorosło, wzorem zwolenników Mazowieckiego po jego porażce ze Stanisławem Tymińskim w pierwszej turze wyborów z 1990 r. Żeby uratować kandydaturę Rafała Trzaskowskiego, już wyprzedzanego w sondażach przez Karola Nawrockiego, demokraci muszą wiarygodnie opowiedzieć społeczeństwu, w jaki sposób zamierzają władzę – odpowiedzialnie właśnie – dalej sprawować. Nie tylko o prezydenturę tu chodzi. Skoro wcześniej czasu na taką rozmowę zabrakło, chociaż od objęcia władzy w grudniu 2023 r. minęło półtora roku – musi ona odbyć się teraz w trybie alarmowym.        

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 8

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here