czyli Dyplomatyczne korzyści z podziałów w kraju
W II wojnie światowej Polska, nominalnie przynależąc do obozu zwycięzców, straciła niepodległość najpierw za sprawą “dwóch wrogów” we wrześniu 1939 r, później wiarołomnych sojuszników, do których zaliczali się po układzie Sikorski-Majski również Sowieci, ale przede wszystkim Amerykanie, którzy im nas sprzedali w Jałcie. Dla Polaków to wiedza powszechna i potoczna. Teraz, po paru dekadach sprzyjającej koniunktury, stajemy w obliczu specyficznej sytuacji. Nasi sojusznicy zwalczają się nawzajem. W tym sensie lepiej, że prezydent sprzyja Stanom Zjednoczonym, a premier Unii Europejskiej. I że brak w głównym nurcie polskiej polityki otwartych zwolenników Kremla.
Akcja uprowadzenia przez komandosów z Delty zamieszanego w handel narkotykami dyktatora Wenezueli Nicolasa Maduro na chwilę tylko pobudziła nadzieje, że nasz amerykański sojusznik trwale staje po jasnej stronie mocy. Sam Donald Trump szybko wyprowadził z entuzjazmu tych, co go chwalili za powrót Ameryki do roli światowego dobrego policjanta. Zamiast Ukrainą, pomimo zobowiązań powziętych przez poprzednika, ale także wynikających ze strategicznego zapisu umowy budapeszteńskiej z 1994 r, kiedy to USA zagwarantowały Kijowowi nie tylko suwerenność, ale i całość terytorium w zamian za zdanie broni atomowej – Trump zajął się w publicznym dyskursie Grenlandią, przy czym za narracją w tej kwestii trudno nadążyć. Wiadomo, że nie respektuje nie tylko standardów dyplomatycznych, ale i konwencjonalnie pojmowanej logiki.
Z drugiej strony holenderski sekretarz generalny Sojuszu Atlantyckiego Mark Rutte w tym samym czasie publicznie oznajmia, że zachodnia Europa nie poradzi sobie w kwestiach bezpieczeństwa bez amerykańskiej pomocy. Co z kolei ma swoją logikę oczywistą i nieodpartą. Nieobliczalność alianta amerykańskiego dotyka wszystkie kraje NATO, nas jednak bardziej od innych – być może z wyjątkiem Danii, do której Grenlandia należy – bo znajdujemy się najbliżej frontu pełnoskalowej wojny w Ukrainie.
Wobec mnogości sprzecznych czasem impulsów i dwuznacznych deklaracji naszych sojuszników – kohabitacja w Polsce przynajmniej w wymiarze bezpieczeństwa kraju okazuje się walorem a nie ograniczeniem. Podział władzy pozwala bowiem na testowanie różnych rozwiązań przez premiera i prezydenta. Bez wzajemnych zobowiązań. Niepokoi natomiast nieobecność Polski w głównym nurcie wydarzeń międzynarodowych, w tym przy stole rokowań, gdy ważą się losy Ukrainy. Nie przez sympatię dla wschodniego sąsiada powinniśmy się tam znajdować, ale po to, żeby własne interesy zabezpieczyć. Nikt tego nie zrobi za nas.
W dyplomacji podejmowanie zobowiązań zbyt daleko idących często się mści. Przekonała się o tym Polska, kiedy po ataku terrorystów na Dwie Wieże World Trade Center (11 września 2001 r.) zaangażowaliśmy się w amerykańskie interwencje odwetowe w Afganistanie i Iraku. Chociaż kosztowały ofiarę krwi polskich żołnierzy, nie przyniosły obiecanych korzyści w postaci udziału polskich firm w odbudowie państwa irackiego, bo ta do dzisiaj nie nastąpiła. Wuj Sam sromotnie przegrał obie wojny interwencyjne. Z Afganistanu zrejterował, wybierając moment zmiany władzy u siebie, tak, żeby odpowiedzialnością nie dało się jednoznacznie obarczyć ani administracji Donalda Trumpa ani Joe’go Bidena. Decyzje o udziale Polski w obu egzotycznych wojnach podejmowali sprawujący wtedy pełnię władzy w kraju postkomuniści, pragnący zatrzeć ślady własnej przeszłości i związanych z nią geopolitycznych afiliacji.
Euroentuzjaści teraz też mają problem, skoro w Unii Europejskiej, choćby przy okazji układu zawartego z krajami Mercosur ujawniają się raczej zachowania sprzedajne (zdrada ze strony Włoch) niż solidarne. Z kolei ustanowienie trwałego systemu bezpieczeństwa europejskiego, które wymuszają zachowania Trumpa, wymaga czasu – a tego właśnie może zabraknąć. To bardzo symboliczne, że właśnie Donald Tusk, niedawny prezydent Zjednoczonej Europy, wciąż pretendujący do miana jednego z najpoważniejszych liderów UE – ogłasza realizację obrony przeciwdronowej w oparciu o pomoc Norwegii, a więc wprawdzie członkini NATO, ale państwa spoza Unii Europejskiej. Z wieloma jeszcze podobnymi paradoksami przyjdzie nam się zapewne zmierzyć. W tych warunkach nie wolno się zanadto przywiązywać do jednej tylko strategii czy koncepcji. Bo z dnia na dzień może się okazać boleśnie nieaktualna, niczym przywołane tu już raz Memorandum z Budapesztu, w którym – przypomnijmy – przed 32 laty Amerykanie i Brytyjczycy wspólnie zagwarantowali Ukrainie nie tylko niepodległość ale i całość jej granic.
Teraz prezydent USA Donald Trump z entuzjazmem zwykle raczej ośmiolatkom niż 80-latkowi przypisywanym, dekoruje ściany Białego Domu zdjęciami z własnego spotkania z Władimirem Putinem i sufluje Ukraińcom, jakie obwody powinni oddać agresorowi, ażeby trwały pokój uzyskać. Jankesi zachowują się niczym ich własne karykatury z radzieckiego pisma “Krokodił” z czasów rządów Leonida Breżniewa, który to magazyn satyryczny chętnie wtedy przeglądał obiecujący wprawdzie, ale niezbyt komunikatywny student prawa Uniwersytetu Leningradzkiego Władimir Putin.
Zaś w zachowaniach europejskich liderów powraca strach znany z lat 80. i ówczesnych obaw przed radzieckimi rakietami SS-20, kiedy niejeden z demokratycznych przywódców skłaniał się ku przyznaniu słuszności hasłu: “better red, than dead”, lepiej być czerwonym niż martwym.
W odróżnieniu od jednych i drugich, z całym naszym dla sojuszników szacunkiem – Polska na oderwanie od rzeczywistości, ani tym bardziej na paniczne zachowania nie może sobie pozwolić.
Za dobrze znamy historię, zbyt mocno nas ona doświadczyła i za blisko znajdujemy się frontu toczącej się wciąż wojny pełnoskalowej.