Polscy przedsiębiorcy utrzymują państwo. Nie ufają politykom. Żywią i się boją – rzec można, trawestując znane hasło o chłopach

Organizacja zawodowa dziennikarzy wybiła się w latach 1980-81 na niezależność wobec władzy, ale dziś zupełnie się jej podporządkowała. W odróżnieniu od korporacji prawniczej, która rządzącym opiera się stanowczo. Solidarność zawodowa lekarzy pozostaje powszechnie znana. A przedsiębiorcy nie mają nadal reprezentacji, która powalczyłaby o ich interesy.

Gdy próbuje się być przesadnie pryncypialnym, zamiast Katonem można zostać Don Kichotem. Wojciech Czuchnowski od dłuższego czasu bezskutecznie stara się zawstydzić prorządowe Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Amicus Plato, sed magis amica veritas – wyłuszczał Arystoteles. Trawestując go podkreślę, że Czuchnowski jest moim przyjacielem, ale prawda przyjaciółką większą. A zdaje się ona wyglądać w sposób nieubłagany: zawstydzanie bezwstydnych nie ma większego sensu ani szans powodzenia. Świadczy o tym reakcja propisowskich stowarzyszonych na krytykę: żądają od „Gazety Wyborczej”, która tekst Czuchnowskiego wydrukowała sumy 50 tys zł, tym samym pokazując na czym żurnalistom partyjnym naprawdę zależy. Kasa, Misiu, kasa… – mawiał podobno trener Janusz Wójcik do prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej Michała Listkiewicza.

Co takiego strasznego napisał Wojciech Czuchnowski, że pisowscy korporanci potraktowali jego tekst niczym kolejną kumulację w Lotto?

„Kiedy PiS po raz drugi doszedł do władzy, SDP nie broniło dziennikarzy, wyrzucanych z publicznego radia i telewizji (..). SDP od wielu lat opanowane jest przez ludzi otwarcie wspierających PiS, którzy legitymacje dziennikarskie wykorzystują do działania w służbie tej partii. Ich znakami rozpoznawczymi są służalstwo i lizusostwo. To po prostu uzurpatorzy. Powinni stracić prawo do używania nazwy zarezerwowanej dla dziennikarzy” – wskazuje Wojciech Czuchnowski w felietonie „Stowarzyszenie Donosicieli Polskich” [1]. Przyjacielowi, z którym świetnie pracowało mi się dwie dekady temu w „Życiu” z kropką – mogę zacytować Gogola: owszem, Aleksander Macedoński był bohaterem, ale po co krzesła łamać?

Mija 13 lat od momentu, gdy podpisałem jako dziennikarz „Tygodnika Solidarność” zainspirowany przez Czuchnowskiego list protestacyjny przeciwko intrydze ówczesnego redaktora naczelnego tegoż „Tygodnika Solidarność” Jerzego Kłosińskiego, który wbrew stanowisku rzeczywistej prezeski SDP Krystyny Mokrosińskiej i prezesa honorowego Stefana Bratkowskiego przeforsował obrzydliwe oświadczenie potępiające nie Adama Lipińskiego z PiS, w rozmowie z Renatą Beger z Samoobrony handlującego stanowiskami w zamian za poparcie, lecz… dziennikarzy, którzy tę aferę ujawnili.

Równie paskudnego aktu delatorstwa nie popełnili nawet żurnaliści komunistyczni po 13 grudnia. Daniel Passent, Krzysztof Teodor Teoplitz, Marek Król czy Kazimierz Koźniewski tłukli kasę, brali przydziały na samochody, wygrzewali cielska na plażach Bułgarii i wyjeżdżali na zachodnie stypendia, ale nie rzucali się ochotniczo do potępiania autorów z drugiego obiegu. Donos Kłosińskiego na kolegów z branży, za który PiS po latach wynagrodził go na krótko zresztą posadą członka zarządu państwowego radia – oznaczał koniec wolnościowej tradycji SDP, organizacji, która w latach 1980-81 pod wodzą Stefana Bratkowskiego i Dariusza Fikusa uzyskała faktyczną niezależność od komunistycznej władzy, próbowała mediować w społecznych konfliktach, forsowała, czasem skutecznie rozwiązania ustawowe nie do pojęcia w innych demoludach, jak możliwość zaznaczania ingerencji cenzury – czyli po ludzku mówiąc miejsc, gdzie artykuł pocięto. Zapłaciła za to rozwiązaniem przez władze już w stanie wojennym [2].

Drugi, jeszcze gorszy koniec zafundowali jej też politycy – ale z legitymacjami dziennikarskimi. Z offu daje się tylko słyszeć niczym w sitcomie głośny rechot redaktora Tadeusza Samitowskiego z DTV, którego w 1981 r. SDP potępiło za podburzający i niezgodny z faktami reportaż o działaczach Solidarności z Olsztyna. Dziś podobne standardy rządzą podwładnymi Jacka Kurskiego. Ale kto ich potępi, skoro SDP zapisało się do tej samej sekty…

O bieżącej działalności pozostałych organizacji branżowych – jak Stowarzyszenie Dziennikarzy RP czy dziennikarzy katolickich nic mi nie wiadomo. Myślę, że świadczy to raczej o nich, niż o mnie. Zaś dokładnie w momencie, gdy z telewizji publicznej, znów przekształcanej w państwową pod marką „narodowej” masowo zwalniano najzdolniejszych dziennikarzy – branżowy niby, chociaż najchętniej czytywany przez recepcjonistki w agencjach reklamowych miesięcznik „Press” dał na okładkę nie mającego żadnego związku z tą historią Konrada Piaseckiego, co dowodzi, że… do publikatorów podobno własnych dziennikarze nie mają szczęścia tak samo, jak do własnych organizacji. Szewc bez butów chodzi, jak wiadomo. Ale też niełatwo wskazać wspólne interesy, które miałyby połączyć prezenterkę z TVN z reporterką jedynej w małym mieście gazety, zwykle bezpłatnej i wydawanej przez burmistrza. Albo autora tekstów z „Łowcy Polskiego” z redaktorem portalu internetowego, poświęconego wróżbiarstwu i zjawiskom nadprzyrodzonym.

Za to prawnicy stworzyli korporacyjne reprezentacje tak silne, że od trzech i pół roku opierają się aparatowi państwowemu za rządów PiS. Nie bez sukcesu, jeśli zauważyć, że niewielu sędziów, adwokatów czy radców z mocnymi nazwiskami zdecydowało się uczestniczyć personalnie w przedsięwzięciu prezentowanym przez rządzących pod marką reformy wymiaru sprawiedliwości. Prof. Jacek Majchrowski – człowiek wybitnie zdolny, ale jednak wykładowca akademicki i naukowiec, a nie praktyk z sądowej sali, o którym aplikanci opowiadaliby cieple anegdoty – okazuje się wyjątkiem potwierdzającym regułę. Zresztą już za Jerzego Buzka jako ambitny trzydziestolatek mój dawny kolega z Liceum Batorego zaczął swój romans z polityką, zostając pierwszym w historii wojewodą lubuskim, z czym radził sobie znakomicie.

Powszechnie znana pozostaje również solidarność zawodowa lekarzy. Nie złamała jej przed laty nawet zapowiedź brania ich w kamasze przez obecnego dyżurnego liberała i zatroskanego o los demokracji ulubieńca mediów opozycyjnych Ludwika Dorna, którego wyborcy PO nie wpuścili do Sejmu tej kadencji pomimo wysokiego miejsca na liście, potwierdzając tym samym obiegową opinię o własnej roztropności. Odpowiedzią na słynne „pokaż lekarzu, co masz w garażu”, autorstwa tegoż pierwszego wówczas facecjonisty z rządzącego PiS stała się niemal jednolita postawa opozycyjna. Ze smutniejszym wymiarem korporacyjnej solidarności medyków spotykają się od lat w Polsce ofiary błędów lekarskich. Próbował ich środowisko organizować fizyk Adam Sandauer, wywodzący się z KPN. Ale nikt nie chciał zeznawać przeciw kolegom z branży. Również radiolog, pielęgniarka czy ratownik, bo korporacyjna lojalność pomimo finansowego rozwarstwienia rozciąga się na całą służbę zdrowia, na wszystkie zawody medyczne.

Przedsiębiorcy własnej reprezentacji nie mają, chociaż historia transformacji ustrojowej dowodzi, jak bardzo byłaby ona im potrzebna. Wiele bowiem łączy prześladowanie przez urząd podatkowy piekarza z Legnicy Waldemara Gronowskiego za rozdawanie chleba biednym – z zakładaniem na lotnisku w Balicach kajdanek szefowi komputerowego Comarchu prof. Januszowi Filipiakowi z tego powodu, że miał złamać prawo pracy przy transferze zawodnika podległej mu Cracovii. Nietrudno dostrzec związek między prawdziwymi losami Romana Kluski, któremu państwowe instytucje zatruły życie i zlikwidowały firmy czy Andrzeja Voigta, długo trzymanego za kratami, choć oskarżenia się nie potwierdziły – z opowiedzianą w filmie „Układ zamknięty” Ryszarda Bugajskiego fikcyjną historią biznesmenów, nękanych przez kilkę wywodzącą się z dawnego ustroju, ale już w tym nowym odnajdującą się perfekcyjnie na fali populistycznych nastrojów i braku kontroli nad urzędniczymi działaniami. Film jeszcze zyskał na aktualności w obliczu symbolicznego sojuszu prokuratorów Piotrowicza i Ziobry – pierwszy, jak pamiętamy oskarżał opozycjonistów w stanie wojennym, a drugi polityczną karierę zaczynał w pierwszych częściowo wolnych wyborach w rodzinnej Krynicy rozdając ulotki Komitetu Obywatelskiego.

Z badań zleconych przez Business Center Club jeszcze gdy na czele rządu stała Beata Szydło wynika, że w ocenie 94 proc przedsiębiorców pisowska ekipa nie poprawiła warunków prowadzenia biznesu. Ponad 90 proc. obawiało się wprowadzania kolejnych niespójnych regulacji i niejasnych przepisów oraz liczyło się ze wzrostem kosztów zatrudnienia [3].

Wspólne – w oczywisty sposób – wydają się nie tylko zagrożenia. Istniejące organizacje nie spełniają roli realnego reprezentanta interesów środowiska. Polska Rada Biznesu czy Business Center Club skupiają raczej tych, których politycy Platformy Obywatelskiej, gdy rządzili, nazywali tłustymi kotami. Celebrytów i bohaterów telewizyjnych nagrań. A ilu przedsiębiorców może o sobie powiedzieć, że zna zaprzyjaźnionego dziennikarza, do którego w trudnej chwili zawsze może zadzwonić z prośbą o interwencję? Stowarzyszenia pracodawców nie ogarniają całego spektrum, bo wielu pracujących na swoim ma firmy jednoosobowe. Odpowiadają sami za siebie, nie zatrudniają nikogo. Często to dawni pracownicy, wypchnięci na przymusowe samozatrudnienie przez maksymalizujących zyski szefów.

Reprezentacja nie polega na tym, żeby błyszczeć. Nie chodzi o blichtr, organizowanie charytatywnych gali, sponsorowanie przedsięwzięć – lecz o ujmowanie się za przedstawicielami własnego środowiska, gdy tylko mają rację i na to zasługują, dbanie o jego interesy.

Zaś te pozostają konkretne, a nie mgławicowe. Polski przedsiębiorca traci ponad dwa razy więcej czasu na wypełnianie obowiązkowych kwitów i dokumentów niż biznesmen z Zachodu. Góra śmieci narasta jak w Neapolu, skoro pisowska ekipa produkuje co rok ponad 30 tys stron aktów prawnych. Nikt inny w całej Unii Europejskiej aż tyle papieru nie marnuje [4].

Polskie firmy prywatne zatrudniają – liczę wraz z właścicielami – 4,6 milionów ludzi, czyli co trzeciego pracującego rodaka. Polscy przedsiębiorcy dają chleb nie tylko sobie samym, ale 3,9 mln współobywateli i to bez wykonawców okazjonalnych zleceń. Wytwarzają 34,6 proc produktu krajowego brutto [5]. Wedle raportu Polityki Insight i Polskiej Rady Biznesu polscy przedsiębiorcy zatrudniają dwa razy więcej ludzi niż korporacje międzynarodowe u nas i płacą im lepiej niż firmy państwowe, inwestują też w Polsce więcej, niż firmy z zagranicy [6].

Autorzy raportu nie ukrywają, że „pierwsza faza kapitalizmu po zmianie ustrojowej w 1989 r. w Polsce zbudowała wizerunek polskiego przedsiębiorcy, który był postrzegany jako dbający głównie o własny interes” [7]. Krzywdzącemu stereotypowi pazernego buraka, noszącego białe skarpety do mokasynów zaprzeczają jednak teraźniejsze już dane. 40 proc polskich przedsiębiorców ma wyższe wykształcenie, w UE więcej biznesmenów z dyplomem jest tylko w Niemczech i trzech mniejszych krajach: na Litwie, Cyprze i w Estonii. Charakterystyczne też, że polski przedsiębiorca każdego tygodnia pracuje 7 godzin dłużej niż jego podwładni.

Żywią i bronią – mawiano kiedyś o polskich chłopach. Przedsiębiorcy żywią nie tylko swoich pracowników, ale poprzez podatki i składki – państwo polskie. Problemem pozostaje… kto ich obroni. Umowy przedsiębiorców z partiami politycznymi zwykle źle się kończyły. Być może jeśli praktyków polskiej gospodarki zawiodły formacje już istniejące, lepiej wyłonić własną. O tym już sami zdecydują. Wszędzie w demokratycznym świecie kto płaci, ten wymaga.

Łukasz Perzyna

[1] Wojciech Czuchnowski. Stowarzyszenie Donosicieli Polskich. „Gazeta Wyborcza” z 26 stycznia 2018
[2] por. Dariusz Fikus. Foksal 81. Aneks, Londyn 1984, passim
[3] 88 procent przedsiębiorców pesymistycznie patrzy na polską gospodarkę. Zobacz, dlaczego biznesmeni nie uwierzyli w slajdy Morawieckiego. wolność24.pl, 26 marca 2017
[4] por. 88 procent przedsiębiorców pesymistycznie patrzy na polską gospodarkę, op.cit.
[5] Przedsiębiorca odczarowany. Kim są twórcy polskiej gospodarki. prb.pl, s. 22-23
[6] ibidem, s. 26
[7] ibidem, s. 44

Temat tygodnia: polscy przedsiębiorcy, jacy są

Podobało Ci się?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen / 5. ilość głosów

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Łukasz Perzyna
Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here