Prezydent USA Bill Clinton wpuścił nas do NATO w jedynym krótkim momencie,w jakim mógł to zrobić: pomiędzy kryzysem rosyjskim (z lata 1998) za sprawą którego Kreml gwałtownie potrzebował zachodniej pomocy finansowej a objęciem premierostwa w Moskwie przez Władimira Putina (też latem ale w 1999 r.), który rozszerzeniu Sojuszu Atlantyckiego się sprzeciwiał. Również do Unii Europejskiej Polska weszła w czasie dla nas optymalnym: obecność w niej Wielkiej Brytanii nam z kolei umożliwiła eksport nadwyżki rąk do pracy i zmniejszenie bezrobocia w kraju, co później po Brexicie z oczywistych względów nie stałoby się możliwe.
Dwa przykłady, pierwszy przypominany dokładnie w 27. rocznicę przyjęcia nas do Sojuszu Atlantyckiego, drugi niedługo przed upływem 22 lat naszej obecności we Wspólnocie Europejskiej – obrazują jak wielką rolę odgrywa wyczucie historycznego momentu i wykorzystanie dobrej koniunktury, żeby ją jeszcze dodatkowo poprawić. Nie stanowi bowiem żadnego historycznego fatum, lecz efekt działalności ludzkiej, zwłaszcza aktywności uzdolnionych przywódców.
Józefa Piłsudskiego cenimy nie z tego powodu, że przewidział wynik I wojny światowej – chociaż w wykładzie w paryskim Towarzystwie Geograficznym w lutym 1914 r. rzeczywiście mu się to udało – lecz za to, że umiał wyciągnąć wnioski z prognozowanego biegu wydarzeń. Stworzyć Legiony jako siłę zbrojną u boku państw centralnych, by w odpowiednim momencie posłuszeństwo im wypowiedzieć i zostać więźniem stanu w twierdzy magdeburskiej, co dało mu kartę przetargową w grze ze zwycięstwami tamtej wojny. Naczelnik Państwa nie pchał się jednak na Konferencję Paryską, walkę o kształt granic w Traktacie Wersalskim pozostawiając Ignacemu Paderewskiemu i Romanowi Dmowskiemu, na co dzień w kraju oponentom jego obozu politycznego
Atlantyckie i europejskie, czyli brak sprzeczności
Doniesienia z Polski nie znajdują się teraz na pierwszych pozycjach światowych przekazów telewizyjnych, gdzie dominują raczej kolejno Wenezuela oraz Iran i atakowane przez niego państwa znad Zatoki Perskiej. Musimy się znowu dopominać o zrozumienie naszych problemów bezpieczeństwa wschodniej flanki Sojuszu Atlantyckiego i wspólne wysiłki na rzecz powstrzymywania kremlowskiej ekspansji, co jeszcze cztery lata temu wydawało się w wolnym świecie oczywiste ze względu na odruch sprzeciwu wobec wszczęcia przez Władimira Putina “pełnoskalowej” wojny przeciw Ukrainy i zalanie Europy przez rzeczywistych – w odróżnieniu od podsyłanych przez białoruską dyktaturę Aleksandra Łukaszenki fałszywych imigrantów – uchodźców z rejonu walk.
Kapitał znaczącej “miękkiej siły”, zbudowanej dzięki powszechnej akcji ich przyjmowania przez społeczeństwo polskie, największej po II wojnie światowej operacji humanitarnej, pozostaje naszym argumentem, ale nie stanowi niezawodnej polisy ubezpieczeniowej. Musi go wzmocnić realna polityka.
Akcentowanie przez obóz prezydenta Karola Nawrockiego dobrych stosunków z administracją prezydenta USA Donalda Trumpa przy równoczesnej i wzajemnej sympatii Brukseli dla rządu Donalda Tuska, w ramach rodzimej “kohabitacji” objawia się wprawdzie swarliwością krajowej polityki (jak teraz w kwestii SAFE), ale stwarza szansę na uzupełnianie się działań obu ośrodków władzy w Polsce w domenie polityki międzynarodowej. Co pozostaje możliwe bez żadnego formalnego porozumienia, nawet w klimacie wzajemnych medialnych połajanek. Odkurzenie pojęcia racji stanu, do którego z grona polskich polityków ostatni odwoływał się mec. Jan Olszewski pozostaje zasadne, chociaż nie wymaga wypisywania tego pojęcia na sztandarach. Wystarczy, że czołowi politycy podzielą się rolami. Nie zabiegają przecież o status bohaterów narodowych. Co najwyżej o przyzwoite miejsce w podręcznikach historii, a nie tylko w przypisach do nich, które czytają tylko nauczyciele-metodycy.
Nie widać bowiem sprzeczności w zabiegach o pozostawienie w Polsce 10 tys. stacjonujących tu żołnierzy amerykańskich czy nawet o zwiększenie ich liczby i równoczesnych staraniach o objęcie nas francuskim parasolem atomowym. Stany Zjednoczone, Polska i Francja należą bowiem do tego samego Sojuszu Atlantyckiego, nawet jeśli francuski potencjał jądrowy pozostaje wobec jego sił autonomiczny. Adresatem tych usiłowań pozostaje faktycznie Kreml, a celem – by nie odważył się zaatakować.
Chimeryczny prezydent i państwa zbójeckie
Akcje USA przeciw państwom zbójeckim, najpierw uprowadzenie wenezuelskiego dyktatora Nicolasa Maduro w celu postawienia go przed obliczem sprawiedliwości, później uśmiercenie ajatollaha Alego Chameneiego, jednego z najdłużej panujących dyktatorów na kuli ziemskiej (37 lat u władzy!) zasadnie dowiodły, że nasz najsilniejszy sojusznik – Ameryka nie stał się papierowym tygrysem. Dowodzi tego zarówno chirurgiczna sprawność komandosów z Delty jak perfekcyjne rozeznanie celów przez CIA w Teheranie.
Nawet jeśli Putinowi sprzyja czasowe odwrócenie uwagi świata od zamieniania w gruzy kolejnych ukraińskich miast i burzenia tamtejszej infrastruktury krytycznej przez rosyjską armię – los kacyków z Caracas i Iranu stanowi dla moskiewskiego satrapy przejrzyste przypomnienie, jak kończą dyktatorzy. Natomiast brak wskazania jako dalekosiężnych chociaż celów akcji na Wenezuelę i Iran zamiaru doprowadzenia do sytuacji, w której tamtejsze narody stanowić będą o sobie – stanowi istotne utrudnienie dla demokratów z obu państw. Ale i z trzeciego, w tym kontekście dla nas najważniejszego, Rosji, gdzie ich obecność nie jest iluzją. Widzą, że nie mają na kogo liczyć. Poprzedni prezydenci USA czasem zbyt wiele i bez pokrycia w faktach perorowali o wartościach demokratycznych. Na ich tle Donald Trump prezentuje się jak kapitalista z kreskówki czy komiksu, którego interesują ropa naftowa i metale ziem rzadkich, a nie wolne wybory ani prawa człowieka w odległych krajach. Paradoksalnie jednak ma to również pewne korzystne następstwa.
Wysiłków europejskich polityków na rzecz budowy i wdrożenia przyszłego systemu obrony wspólnej, nieodzownego wobec nieobliczalności ekipy Trumpa – cofnąć się już nie da. Od roku już mamy, dzięki Donaldowi Tuskowi i prezydentowi Emmanuelowi Macronowi, dodatkową umowę sojuszniczą z Francją. Pora na podobny uzysk, ale na kierunku amerykańskim, ze strony urzędu prezydenckiego, co tym bardziej realne, że jeśli na Węgrzech Viktor Orban i jego Fidesz przegrają wybory z TISZĄ Petera Magyara, wartość polskiego sojusznika dla Białego Domu powinna wzrosnąć. Polska musi się dla własnego bezpieczeństwa odnaleźć w procesach budowania nowego układu sił w świecie, które nie tylko za sprawą neurotycznej osobowości Trumpa toczą się bardziej skokowo, niż ewolucyjnie, i nierzadko przybierają postać paroksyzmów.
Geopolityka w wydaniu Trumpa przybiera postać zabawy mapą przez nadpobudliwe dziecko, posługujące się ogromnym markerem. Raz mamy do czynienia z poważnymi akcjami, zmieniającymi oblicze świata (Wenezuela, Iran), kiedy indziej z burleską (Grenlandia, Kanada), co najwyżej zadrażniającą kontakty dyplomatyczne z państwami i tak przyjaznymi. Ale reperkusje jego działań nie okażą się słabsze od godnych, szczytnych i moralnych w wydaniu Woodrowa Wilsona czy Jimmy’ego Cartera, roztropnych za Clintona, chytrych w epoce Franklina Delano Roosevelta czy Richarda Nixona – bo wszyscy lokatorzy Białego Domu dysponują podobnym wpływem na kształt ładu światowego. Od ponad stu lat pozostaje on rozstrzygający, niezależnie od przymiotów poszczególnych prezydentów. To przystąpienie Ameryki do obu wojen światowych przesądziło o tym, że koalicja w ten sposób wzmocniona okazała się zwycięską. Amerykanie wygrali również Zimną Wojnę, przegrywając jednak w jej trakcie lokalne batalie interwencyjne (wojny w Korei i Wietnamie).
Jeszcze za Clintona ustanowienie trwałego ładu światowego opartego na źródłach innych niż sama równowaga strachu (nawet jeśli Rosja ani Chiny nie wyzbyły się nuklearnych głowic, a doszedł do nich jeszcze potencjał nuklearny Pakistanu i Korei Pn.) – wydawało się całkiem bliskie. Nadzieja ta runęła jednak wraz z wieżowcami WTC już za prezydentury George’a Busha Juniora.
Wojny Trumpa zamiast Pax Americana
Na razie trudno mówić o Pax Americana, bo Trump zamiast gasić wojny, jak zapowiadał – wywołuje kolejne. O pokój w tej sytuacji zatroszczyć się muszą Europejczycy.
Wschodnia flanka NATO, nawet jeśli dla Amerykanów znów abstrakcyjna – po chlubnym okresie Joe’go Bidena, wobec Polaków prawie tak empatycznego jak Clinton – osłania europejskie stolice. W interesie Polski pozostaje nie tylko, by w Brukseli, Berlinie czy Rzymie jak najczęściej o tym przypominać, lecz aby pozyskać z tego tytułu należne nam beneficja. Kiedy padała żelazna kurtyna, podziwiano nas powszechnie, ale profity zgarniali Niemcy, przeprowadzając zjednoczenie własnego kraju i ustanawiając w kilka lat korzystny dla siebie porządek m.in. na Bałkanach (poprzez segmentację Jugosławii). A symbolem przemian stała się nie brama Stoczni Gdańskiej z portretem Jana Pawła II, tylko zburzenie muru berlińskiego, chociaż kiedy Polacy głosowali już jednoznacznie 4 czerwca 1989 r. za swoją niezależną i prozachodnią drogą, symbolizowaną przez nie pozbawioną jeszcze wtedy szerokiego poparcia społecznego Solidarność – w NRD i wschodnim Berlinie władzę dzierżyła jeszcze promoskiewska dyktatura. Za rządów pierwszego u nas niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego enerdowcy uciekali z socjalistycznej ojczyzny do Bundesrepubliiki przez Polskę i ambasadę RFN w Warszawie, teraz na Saskiej Kępie stoi nawet tablica, upamiętniająca miejsce, gdzie koczowali.
Nie ziściła się optymistyczna wizja “końca historii” Francisa Fukuyamy, światowej dominacji ustroju demokratycznego. Kres jej położył atak islamskich terrorystów na Dwie Wieże nowojorskiego World Trade Center z 11 września 2001, niepowodzenie amerykańskich odwetowych wypraw do Afganistanu i Iraku, wreszcie narastające kremlowska ekspansja kosztem Ukrainy (aneksja Krymu w 2014 r. oraz wojna pełnoskalowa od 2022 r.). Tym bardziej warto działać na poziomie konkretu, kiedy wystarczająco wiele w najnowszej historii zrobiliśmy już dla innych, czy beneficjentami tego stały się Niemcy, czy teraz Ukraina.
W dobie kolejnej wojny w Zatoce, Polska musi też konsekwentnie przypominać, że po 11 września 2001 konsekwentnie uczestniczyliśmy w antyterrorystycznej koalicji, a nasi żołnierze ponieśli ofiarę życia w Afganistanie i Iraku. Na poziomie werbalnym Trump tego nie docenia, jak świadczą o tym jego niedawne lekceważące słowa o sojuszniczym zaangażowaniu w wojnach interwencyjnych. Nie o uznanie jednak chodzi, lecz o wyciągnięcie wniosków. Co do tego, co z aliantami wspólne i skuteczne.
Czerwony dywan, zdjęcia z Putinem i Artykuł Piąty
Szarpanina, jakiej świadkami jesteśmy od ponad roku w polityce międzynarodowej – a można ją datować od pamiętnego, zaskakująco impertynenckiego potraktowania prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego w Białym Domu Donalda Trumpa 28 lutego ub. r. – nie zmienia nic w kwestii istotnych dla polskiego bezpieczeństwa struktur. Ani jeden kraj nie wystąpił z NATO. Podobnie z Unii Europejskiej ostatnia wyszła Wielka Brytania po referendum brexitowym -z 2017 r. wcześniej zdążyło w niej zarobić na życie parę milionów Polaków, co przyniosło znaczne zmniejszenie poziomu bezrobocia w kraju, jeszcze w roku akcesji (2004) sięgającego rozmiarów społecznej plagi: 20,4 proc.
Przyjmowanie Putina przez Trumpa w alaskańskim Anchorage wzbudza estetyczny i moralny sprzeciw, ale nie oznacza łamania sojuszniczych zobowiązań przez Amerykanów. Również Richard Nixon i Gerald Ford spotykali się swego czasu z Leonidem Breżniewem. Chociaż ich następcom trzeba przyznać, że po radzieckiej inwazji na Afganistan (w 1979 r) kolejni sekretarze generalni Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego musieli na następny szczyt poczekać: doszło do niego dopiero w 1985 r, kiedy to w Genewie z Michaiłem Gorbaczowem spotkał się Ronald Reagan.
Teraz Trump mógł zaczekać na współczesny odpowiednik glasnosti czy pierestrojki na Kremlu z rozwijaniem czerwonego dywanu przed gościem na najwyższym szczeblu z Moskwy i dekorowaniem ścian Białego Domu fotografiami z tego spotkania. Traktat Waszyngtoński, stanowiący o powołaniu NATO, wcale jednak tego wszystkiego nie zabrania. Dla nas istotne pozostają nie symbole, tylko jego Artykuł Piąty, zobowiązujący wszystkie państwa sojuszu do solidarnej obrony wzajemnej w razie ataku na którekolwiek z nich.
Aktualność tego zobowiązania potwierdził dwukrotnie na polskiej ziemi już po wybuchu wojny w Ukrainie demokratyczny prezydent Joe Biden. Trump przynajmniej nie zaprzeczył, że pozostaje on w mocy, zresztą do jego słów podobnej wagi się nie przywiązuje, zwłaszcza, że w krótkim czasie zdarza mu się mówić rzeczy wzajemnie sprzeczne. Nie da się też ukryć, że dwa filary NATO, zarówno Stany Zjednoczone jak Wielka Brytania, w tzw. memorandum budapeszteńskim z końca 1994 r. w zamian za zdanie przez Ukrainę poradzieckeij broni jądrowej zagwarantowały naszym sąsiadom suwerenność i integralność terytorialną. Ile to zobowiązanie okazało się warte, przekonaliśmy się wszyscy po 24 lutego 2022 r. Układy sprzed kilkudziesięciu lat działają wtedy, kiedy pozostaje po nich konkretna wspólnota, a nie tylko zbiór artykułów. Oba systemy międzynarodowe, w jakich Polska znalazła się po zmianie ustrojowej: atlantycki i europejski, znajdują się obecnie w trudnej fazie przejściowej. Nie wiemy jeszcze, co się z trwających zmian wyłoni. Ważne, by odbywały się w myśl zasady: nic o nas bez nas.
Independence nadal znaczy “niepodległość”
Akt przystąpienia Polski do Sojuszu Atlantyckiego sfinalizowano 12 marca 1999 r. w Independence w stanie Missouri w USA. Nazwa starannie dobrana, oznacza niezawisłość.
To się nie zmienia. NATO pozostaje gwarancją obrony niepodległości Polski. Obie akcje rosyjskie przeciw Ukrainie (aneksja Krymu i części Donbasu w 2014 r oraz wojna pełnoskalowa od 2022 r.) jeszcze w nas to poczucie wzmocniły.
Z kolei drugi sojusz w którym nieco krócej (od początku maja 2004 r.) uczestniczymy – Unia Europejska pod wpływem dramatycznych wydarzeń ostatnich lat stopniowo zyskuje szansę, by nie tylko pozostać Europejską Wspólnotą Gospodarczą jak brzmiała jej oficjalna nazwa od 1957 r. do układu z Maastricht (1992 r.) ale funkcjonować jako rzeczywisty alians państw demokratycznych, przygotowany również do obrony wzajemnej. Nie musi zastępować NATO, z początku nawet nie będzie w stanie tego robić, jednak wobec nieobliczalności polityki amerykańskiej pójście w tę stronę wydaje się geopolityczną koniecznością. Egzotyczne sojusze wiele nas w historii kosztowały, szukanie sojuszników blisko wydaje się więc oczywistym nakazem.
Jeśli zaś wyniki badań opinii publicznej potwierdzają słabnące zaufanie Polaków do możliwości wypełnienia przez Amerykanów zobowiązań sojuszniczych wobec Polski, skoro za wiarygodnego sojusznika uznaje USA z czasów rządów Trumpa tylko 35 proc z nas, a 54 proc w to nie wierzy [1] – rezultaty te pozostają dla polityków wyzwaniem, żeby usilnie pracowali na to, by podobne przeświadczenie nie okazało się samospełniającym się proroctwem.
[1] sondaż IBRIS dla Radia ZET z 30-31 stycznia 2026