Komunistom wysłanie Polaka w kosmos zajęło 33 lata, w czasach demokracji przyszło nam czekać na to aż o trzy lata dłużej.
Donald Trump zapowiada załogowy lot na Marsa już niebawem. Republikański prezydent USA przebija poprzednika w Białym Domu, demokratę Joe’go Bidena, który przyznał jeszcze przecież, że “the sky is the limit”, wyłącznie niebo granicę stanowi, a nawet przyjął to za swoją dewizę życiową. Również u nas kontekstu politycznego nie da się uniknąć, skoro pierwszy kosmonauta-badacz jak wówczas mówiono, nieżyjący już dziś Mirosław Hermaszewski znalazł się później w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. w składzie Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (u schyłku życia utrzymywał, że dopisano go bez pytania o zgodę) a potem został jeszcze teściem Ryszarda Czarneckiego, wieloletniego reprezentanta ZChN, AWS, Samoobrony i PiS w parlamentach: krajowym i europejskim. Przebywający teraz w przestrzeni kosmicznej Sławosz Uznański-Wiśniewski jest natomiast mężem posłanki Koalicji Obywatelskiej Aleksandry, a premier Donald Tusk spotkał się z nim, kiedy jeszcze szykował się dopiero do lotu: Edward Gierek podejmował majora Hermaszewskiego dopiero po jego powrocie z kosmosu.
Kiedyś kosmonauci byli nasi, a astronauci ich. Teraz odwrotnie
Problemy z nazewnictwem, jakie przy okazji się pojawiają, wydają się jeszcze bardziej od koligacji istotne. Aż do zakończenia czasów PRL mówiło się bowiem w mediach o kosmonautach radzieckich (począwszy od Jurija Gagarina i Walentyny Tiereszkowej) i astronautach amerykańskich – na czele ze zdobywcami Księżyca Neilem Armstrongiem i Buzzem Aldrinem; trzeci z pamiętnej załogi Apolla 11, Peter Collins krążył wprawdzie tylko po księżycowej orbicie, ale za to napisał o tym wszystkim znakomitą książkę “Niosąc ogień”. Zupełnie jakby nie było to jedno i to samo zajęcie.
Kosmonautą tytułowano również naszego Mirosława Hermaszewskiego, ponieważ w ramach braterskiej jak to wtedy określano współpracy w programie Interkosmos w misję udał się z radzieckiego wtedy a kazaskiego teraz bajkonuru a nie cape Canaveral. Po Polsce krążył wtedy dowcip o wiekowym przechdoniu, nagabywanym przez Dziennik Telewizyjny o komentarz do wyprawy lotnika-kosmonauty.
– Jak ja miałem dwanaście lat…
– Proszę pana, my nie o to pytamy… Hermaszewski, lot w kosmos, wie pan…
– Dacie mi skończyć czy nie? – rozeźlił się dziadek. I kontynuował: – Jak ja miałem 12 lat, to kolega dał mi się przejechać na rowerze. Ale potem musiałem cały rok teczkę za nim nosić…
Gdyby zamiast Sławosza wysłać mec. Giertycha
Warszawska ulica już ukuła anegdotę, dotyczącą misji Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego. Vox populi utrzymuje, że zamiast męża swojej podwładnej Tusk dla poprawy społecznych nastrojów powinien raczej wysłać w kosmos Romana Giertycha, a za balast do rakiety posłużyć mogłoby 55 tys protestów przeciw wynikowi niedawnych wyborów prezydenckich, zwanych giertychówkami, bo złożonych z inspiracji tegoż posła-mecenasa.
Od zmiany ustrojowej kosmonautami nazywa się już tylko startujących z Bajkonuru (po upadku “krajów demokracji ludowej” Rosjanie wciąż zabierają na kosmiczne przejażdżki przedstawicieli zaprzyjaźnionych państw), natomiast Uznański-Wiśniewski tytułowany jest astronautą. Za partnerów na pokładzie ma Amerykankę, obywatela Indii i Węgra uczestników zachodniego programu Axiom-4.
Chociaż słowo kosmonauta nawet z dodatkiem badacz po 1989 r. brzmiało już jak anachronizm, Hermaszewski póki żył, zachował status celebryty. O jego niefortunnym członkostwie we WRON jako juncie stanu wojennego i wyłgiwaniu się z tego rozdziału biografii była już mowa. Niejednokrotnie też przy okazji kolejnych rocznic początku misji z Bajkonuru (przypadających 27 czerwca, więc i Sławosz Uznański poleciał tak, jakby chciał uczcić tę najbliższą, skoro jego start nastąpił 25 czerwca rano) wypytywano go o szczegóły tamtej ekspedycji z 1978 r. Dowódcą “Sojuza” był oczywiście jego radziecki kolega Piotr Klimuk.
Za to zięć Hermaszewskiego Ryszard Czarnecki, jakby chciał bywałemu w przestrzeni kosmicznej teściowi zaimponować, sam wykazał się własnym odlotem: w rozliczeniu kilometrówek na użytek europarlamentu jako sponsora, przedstawił bowiem kursy z Polski do Brukseli ciągnikiem siodłowym z naczepą, a nawet kilkoma sędziwymi już samochodami, które jak wynikało z bardziej szczegółowej kwerendy dokumentów, zanim posłużyły mu za środek transportu, zdążyły zostać złomowane. Słowo odjazd pasuje więc do tych podróży, widmowych wprawdzie, ale darmowych tylko dla b. eurodeputowanego, chociaż już nie dla europejskiego podatnika. Słowo kosmos również.
Lot Hermaszewskiego okazał się jednak propagandową porażką ekipy Edwarda Gierka. W kolejce do klubu kosmicznego Polska została bowiem wyprzedzona przez mniejszą ale bardziej wtedy lojalną wobec ZSRR Czechosłowację: wcześniej od majora Ludowego Wojska Polskiego poleciał w przestrzeń Vladimir Remek (później eurodeputowany z ramienia Komunistycznej Partii Czech i Moraw), za nadzorcę na orbicie mający radzieckiego generała Aleksieja Gubariewa, nie było to wszak tak długo po Praskiej Wiośnie. Jak widać, ani wtedy, ani teraz w kosmicznej szpicy się nie znaleźliśmy. A Polacy, czemu trudno się dziwić, zawsze wolą skupić się na bardziej przyziemnych sprawach.