Ks. Jerzy Błaszczak z dwóch względów miejsce w historii Polski ma zapewnione. Pierwsza przyczyna łączy się z konkretnym wpływem, jaki na jej bieg wywarł: to on w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. skutecznie i na wiele dni ukrył Zbigniewa Bujaka na gdańskiej plebanii św. Elżbiety, co pozwoliło później przewodniczącemu Regionu Mazowsze stanąć na czele podziemnej Solidarności, którą kierował nieuchwytny przez cztery i pół roku.
Drugi zaś powód zalicza się do sfery symboli i to tych dla nas najważniejszych: to ksiądz Błaszczak dał robotnikom portret Papieża Jana Pawła II, który w Sierpniu 1980 r. zawiesili na bramie strajkującej Stoczni Gdańskiej. Jak wiemy dwudziestoletni Karol Wojtyła podczas okupacji też pracował jako robotnik w krakowskim Solvayu.
Opowieść o ks. Błaszczaku, którego pięć lat temu zabrała nam pandemia koronawirusa, jeszcze bardziej bezwzględna od prześladujących go przez lata funkcjonariuszy komunistycznej służby bezpieczeństwa (nachodzili, paszportu nie dali, straszyli, raz nawet próbowali zainscenizować wypadek drogowy) – snuje inny mądry duchowny. Również pallotyn, ks. Stanisław Tylus, renomowany duszpasterz środowisk kombatanckich. Cześć mu i chwała, że nie zdecydował się na hagiografię, bo żywotów świętych akurat w naszym piśmiennictwie nie brakuje.
Sancto subito dla najskromniejszego z kapłanów?
Chociaż swoją drogą nie wyobrażam sobie, żeby z czasem Wacław Jerzy Błaszczak (bo tak miał w papierach człowiek, który uratował Bujaka przed SB i MO) przynajmniej beatyfikowany nie został. I to przed upływem przewidzianego przez kościelne procedury czasu karencji. Bo jeśli on na to nie zasługuje, to kto inny, można rzeczowo spytać? W czasie gdy telewizja otwarcie nawiązująca do tradycji władz z okresu stanu wojennego – bo w 1983 roku rzecznik rządu Jerzy Urban rekomendował późniejszego założyciela TVN Mariusza Waltera generałowi i ministrowi spraw wewnętrznych Czesławowi Kiszczakowi do zespołu mającego preparować jakbyśmy dziś powiedzieli fake newsy wymierzone w Solidarność i Kościół [2] – otóż kiedy wspomniana stacja TVN wykorzystuje materiały dawnej komunistycznej służby bezpieczeństwa do szargania pamięci Karola Wojtyły, któremu stawia zarzut domniemanego tolerowania we własnej diecezji w czasach pełnienia posługi biskupa krakowskiego, pedofilii wśród księży, tym bardziej warto przypominać przykłady budujących postaw, nie tylko z grona purpuratów. Życiorys ks. Błaszczaka znakomicie się na wzór dla innych nadaje. Nie mnie troszczyć się o kleryków z seminarium, ale trudno o lepszą dla nich lekturę niż “Sługa radości” – skromne ale porywające dzieło innego charyzmatycznego duchownego.
W demokracji żyjemy, więc TVN-u na szczęście mamy prawo nie oglądać, nikt nas do tego nie zmusi, jak żołnierzy LWP w stanie wojennym do wpatrywania się w Dziennik Telewizyjny z prezenterami odzianymi w takie same jak noszone przez nich mundury. Za to książkę Stanisława Tylusa przeczytać warto, bo ten szczery ale i pokorny zwolennik Pana Boga wolny jest od zapiekłości, cechującej Jego (Pana Jezusa oczywiście, nie Księdza Kapelana) osobistych przeciwników. Świeccy – uspokoję tu nieco Państwa Internautów po moim poprzednim akapicie – wiele w niej dla siebie też z pewnością interesującego, a nawet pasjonującego znajdą.
Zamiast opowieści z morałem inny mądry ksiądz Tylus wybrał dawanie świadectwa historii. Świadomie oddał głos wielu innym, autorom świadectw, wspomnień, not okolicznościowych i medialnych przekazów, od zaprzyjaźnionego z bohaterem ks. Andrzeja Kaima poprzez dawne parafianki Błaszczaka z podwarszawskiego Ożarowa po prof. Piotra Glińskiego, znakomitego socjologa i bez porównania słabszego wicepremiera pisowskiego rządu, a nie wszyscy wiedzą, że także świetnego dżudokę. Całość spełnionego już zamierzenia wydała po bibliofilsku oficyna Akces, prowadzona przez najmłodsze pokolenie dawnej opozycji antykomunistycznej: Roberta Nowickiego i Andrzeja Anusza, a odwołująca się do tradycji “bibuły” i znana z tego, że knotów do hurtowni nie dostarcza.
Kiedy radio zamilkło w trakcie mszy dla tych, co na morzu
Nie zbiegiem okoliczności żadnym, lecz za sprawą własnego zaangażowania duszpasterskiego stał się ks. Jerzy Błaszczak jednym z pierwszych – przynajmniej z grona tych, co nosili sutanny a nie mundury – którzy weszli w posiadanie wiadomości o stanie wojennym. Sam tak to oddawał w przekazie zachowanym i przywołanym przez księdza biografa: “(..) o wprowadzeniu stanu wojennego dowiedziałem się wcześniej, gdy o północy zamilkło radio, nadające Mszę dla tych, co na morzu. Nie wszyscy pamiętają, że na mocy porozumień sierpniowych, nie tylko w Warszawie u Świętego Krzyża wprowadzono niedzielną mszę radiową, ale też w Gdańsku u św. Elżbiety – dwie msze św, z soboty na niedzielę i w niedzielę. Pracowaliśmy nad nią u św. Elżbiety. Ale w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku nadajniki zamilkły. Zdążyłem tylko powiedzieć: czarne chmury zgromadziły się nad Polską. I odmówić “Pod Twoją obronę…”” [3].
Od tej sceny zaczynać by się mógł film biograficzny o ks. Wacławie Jerzym Błaszczaku. Miejmy nadzieję, że niebawem powstanie. Książka Tylusa to gotowy materiał na jego osnowę. Mógłby to pewnie być ostatni film reprezentującego podobną formację duchową Krzysztofa Zanussiego albo pierwsza fabuła dokumentalisty Sławomira Koehlera, artysty wyspecjalizowanego w prezentowaniu życiorysów bohaterów Solidarności.
Jak ocalony przywódca odjechał lokomotywą
Tym bardziej, że wcale na tym nie koniec wydarzeń tamtej grudniowej nocy na plebanii u ks. Błaszczaka. Znów więc mu głos oddajmy: “Za chwilę do nas do św. Elżbiety wpadła cała chmara: Mazowiecki, Geremek, Wielowieyski, Bujak i Janas. Do tej pory Bujak nie oddał wypożyczonych dla niego z teatru wąsów. Tamci poszli, został Zbigniew Bujak, jedni potem wpadli, inni nie, ale sam Bujak przez pierwszy tydzień dowodził rodzącą się konspiracją ze św. Elżbiety. Krócej był z nami Zbigniew Janas. Za to Zbigniew Bujak mieszkał u św. Elżbiety w pokoiku, przychodził na wspólne posiłki, a pani Maria [zapewne gospodyni – przyp. ŁP] ucharakteryzowała go. I zaprowadziła Bujaka na dworzec. Pojechał lokomotywą” [4].
Ta ostatnia okazała się prawdziwą lokomotywą dziejów, ale poprowadziła skład w kierunku dokładnie odwrotnym, niż zakładali komuniści.
Wbrew Władysławowi Broniewskiemu, zresztą równie znamienitemu patriocie jak poecie, który najpierw walczył w Legionach, potem broni Polski przed inwazją bolszewicką w 1920 r, wreszcie we Lwowie po 17 września 1939 r. siedział jak sam to ujmował “rewolucyjny poeta (..) w tym mamrze sowieckim, ale wreszcie krzywdzicielom własnym i Ojczyzny wybaczył – przesłanki decyzji oddał noblista Czesław Miłosz w jednym z czterech portretów “Zniewolonego umysłu”. W każdym razie mimo własnych doświadczeń po latach w “Słowie o Stalinie” Broniewski podniecał się: “Rewolucja – Parowóz dziejów. Chwała jej maszynistom” [5]. Nawiązując do powiedzenia samego Włodzimierza I. Lenina i estetyki Włodzimierza Majakowskiego. Już w cztery lata po publikacji poematu o Stalinie (ukazał się w 1949 r.) na ulice wyszli zbuntowani przeciw komunizmowi robotnicy z czeskiego Pilzna i wschodniego Berlina, a po kolejnych trzech latach – z polskiego Poznania, przy czym protest zaczęła w Czerwcu 1956 r. załoga zakładów Cegielskiego wtedy imię Stalina noszących, co więcej – syreną fabryczną, która dała sygnał do innym fabrykom do wystąpień z żądaniem “chleba i wolności” uruchomił korespondent robotniczy gazety “Na Stalinowskiej Warcie”.
Zaś w Październiku 1956 roku, słusznie nazwanym później po prostu Polskim, robotnicy żerańskiej FSO i wielu innych zakładów, że w walce z komunizmem można również pokojowo wygrywać, aż cofnęły się wtedy wyprowadzone już z baz radzieckie czołgi. Do tamtych doświadczeń w ćwierć wieku później nawiązała wystrzegająca się przemocy Solidarność, największy masowy ruch społeczny XX wieku. Za pontyfikatu Jana Pawła II robotnicy stoczni gdańskiej i szczecińskiej, później Kopalni Wujek a wreszcie Nowej Huty, Stalowej Woli, ponownie stoczni i śląskich kopalń znaleźli godną odpowiedź na stalinowskie, w zamyśle ironiczne, pytanie sprzed lat: “Ile papież ma dywizji?”.
Siła woli i ducha przeważyła nad potencjałem militarnym i represyjnym. Ksiądz Błaszczak miał w tym swój udział jako wybawiciel antykomunistycznego przywódcy robotników Bujaka, mentor uczestników salezjańskiego nowicjatu, dobry pasterz z Gdańska, budowniczy kościoła w Lublinie oraz duszpasterz współbraci “za kordonem” w czasach najtrudniejszych, gdy istniał jeszcze Związek Radziecki.
Wedle świadectwa innego salezjanina Andrzeja Kaima: “Kiedyś celnik znalazł sporą ilość różańców i powiedział po rosyjsku: “eto kontrabanda, etogo nielzia”. Na to ks. Jerzy spokojnie i z uśmiechem do niego po polsku: “jeśli wy to banda, to jest kontrabanda”” [6].
Imperium zła nie runęło samo
Innym razem celniczka w Grodnie utyskiwała, dlaczego aż tyle wiezie on religijnej literatury. Błaszczak błyskawicznie znalazł uzasadnienie: “”(..) Tak dużo, bo ja należę do takiego durnego zakonu, że codziennie muszę się modlić z innej książki”, odparł z uśmiechem. Na takie dictum zamilkła, spojrzała na zaproszenie i odliczyła tyle książek, ile dni miał trwać pobyt. Resztę zarekwirowała z możliwością odbioru przy powrocie” [7].
Kiedy radziecka celniczka mozolnie rachowała dozwolone wedle powyższego rozdzielnika “knigi”, inni rachowali już lata, jakie pozostały do upadku “imperium zła”. Wiemy, że nie runęło samo. Przyczynili się do tego słudzy dobra. Tacy jak ks. Błaszczak właśnie. Z ustaleń księdza Tylusa oraz relacji i wspomnień przez niego zebranych wynika, że również w stanie wojennym Błaszczak chętnie nawiązywał rozmowy z milicjantami czy żołnierzami, nawet wtedy, gdy oczekiwali aż przez megafon rozlegnie się znana komenda “uderzyć i rozproszyć”, dająca sygnał do rozgonienia kolejnej demonstracji. Również teraz, gdy nie tylko pazerni na honoraria marketingowcy ale i liczne autorytety społeczne głoszą tezę o nieuchronności i pogłębianiu się podziałów między Polakami – “plemiennych”, jakbyśmy nie pozostawali jednym narodem i społeczeństwem – warto pamiętać o tamtej postawie.
Książka ks. Tylusa ukazuje się w piątą rocznicę śmierci ks. Błaszczaka (odszedł w warszawskim szpitalu 15 stycznia 2021 r.). Oczywiście można powiedzieć, że jej bohater hołdu ani reklamy, jeśli już użyć świeckiego języka, nie potrzebuje. Ale prawdy o nim nigdy za wiele. Dzięki takim jak on świat stawał się lepszy.
Tym bardziej, że zło nie było wtedy abstrakcją rodem z klasztornej biblioteki. Kiedy przeniesiony już z Gdańska do Lublina (nie wszyscy bowiem w Episkopacie popierali ukrywanie po plebaniach liderów podziemia) Błaszczak spieszył się na pogrzeb innego Księdza Jerzego – Popiełuszki, zamordowanego przez SB kapelana hutników, ,milicja obywatelska zatrzymała go za przekroczenie prędkości.
– Zabije się ksiądz. I znowu będzie na nas – usłyszał dobrotliwe ostrzeżenie od jednego z milicjantów. Był rok 1984, któremu zawczasu nieodpartą symbolikę nadał George Orwell.
Jako obywatel, jak głosi stawiana czasem za przykład genialnego kompromisu Preambuła Konstytucji z 1997 r. “uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł” [8] – dwukrotnie tylko uległem swego rodzaju iluminacji (w sensie jakim temu słowu nadaje Krzysztof Zanussi) czy przynajmniej głębokiej fascynacji cudzą osobowością i charyzmą. Po raz pierwszy, gdy w parę lat po przełomie ustrojowym i rozpadzie ZSRR, w cerkwi prawosławnej w Białymstoku nagrywałem jej gospodarza natchnionego Ojca Grzegorza Misijuka. Przestrzegł mnie i widzów Wiadomości TVP, gdzie jego wypowiedź o 19,30 nadałem, przed “drugim Sarajewem”, które może mieć miejsce w naszej części Europy. Kończyła się właśnie wtedy krwawa wojna w b. Jugosławii, a kontekst tych słów pozostawał oczywisty. Nie ograniczając w niczym jego swobody wypowiedzi, pomyślałem tylko, jak bardzo pragnę, żeby mój rozmówca nie miał racji. Niestety po czterech latach pełnoskalowej wojny w Ukrainie wiemy, jak potoczyła się historia.
Podobnie potężne wrażenie wywarła na mnie rozmowa jaką u ojców pallotynów przy Skaryszewskiej na warszawskiej Pradze Północ wespół z socjologiem Andrzejem Anuszem i z udziałem wieloletniego działacza Konfederacji Polski Niepodległej Krzysztofa Lancmana przeprowadziliśmy na użytek “Opinii” [9] z ks. Jerzym Błaszczakiem. Właśnie dlatego, że nie był spiżowy, posągowy. O sprawach, stanowiących punkt zwrotny dla Polski, których był twórcą – opowiadał w sposób wiarygodny i zwyczajny. Nie stał się nigdy księdzem, co za zasługi pozwoli sobie ufundować bursztynowy ołtarz. A w demokracji, gdy dzięki jego zasługom również nastała, nie przyszło mu do głowy dyrygować świecką już polityką. Zanim wprowadził się do pallotyńskiego domu na Pradze, mieszkał w Śródmieściu przy Kruczej, a na Wilczej prowadził msze dla sióstr. Odwiedzali go ludzie, którym pomagał w rozmaity sposób, dobrym słowem czy radą, a czasem i pożyczką. Żaden prawie z nich nie wiedział, że ten dobry i mądry ksiądz, co chętnie wspomaga innych i nie pozostawia ich samotnie z problemami – przed laty uratował Zbigniewa Bujaka, a jeszcze wcześniej dał portret Papieża na bramę Stoczni.
Roztropny prawosławny duchowny ostrzegł nas zawczasu przed powracającą potęgą zła. Mądry katolicki pasterz Błaszczak pokazywał nieodmiennie drogę dobra, które też przecież nie zanika i wiecznie się odradza. Pozostaje o jego wskazówkach pamiętać.
[1] Ks. Stanisław Tylus. “Sługa radości”. Życie i działalność duszpasterska ks. Jerzego Błaszczaka SAC. Akces, Warszawa 2026
[2] por. Walter miał robić “czarną propagandę” w PRL? Wirtualna Polska wp.pl z 20 grudnia 2006
[3] St. Tylus. “Sługa radości”… op. cit, s. 89
[4] ibidem, s. 89-90
[5] Władysław Broniewski. Słowo o Stalinie. Poezja.org
[6] St. Tylus. “Sługa radości”… op. cit, s. 43-44
[7] ibidem s. 44
[8] Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r. Wydawnictwo Senackie, Warszawa 2022, s. 5
[9] “Opinia” nr 30 zima 2020
