Ludzie jak roboty, roboty jak ludzie

0
8

Barbara Bartel, psycholog z Lekarskiej Przychodni Profesorsko-Ordynatorskiej Waliców 20 w Warszawie, były wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, w rozmowie Łukasza Perzyny

– Dziecko kończy trzy lata, dostaje pierwszy tablet czy iphone’a. I co dalej? Rodzice mają spokój?

– Niby tak, tyle, że potem dziecko rośnie. Z czasem zastanawia się, jak żyć: godnie, czy tylko wygodnie. Rodzice jednak niekiedy nawet o te plany nie zapytają. Wysyłają do prywatnych szkół, chociaż utyskują przy tym, że drogie. Dziecko kończy podstawówkę i ma wrażenie, że wszyscy wokół są robotami. Rodzice i uczniowie. Ale co z tymi, którzy nie znają się na robotach, albo wcale nie chcą się do nich upodobnić? W Wielkiej Brytanii obowiązkowa pozostaje tylko podstawówka, jeśli ktoś nie chce się uczyć, to się go nie zmusza, chociaż wiadomo, że znajdzie przez to skromniejszą pracę.  U nas mamy konkurs świadectw i rodzicielskich głównie oczekiwań. Potem zastanawiamy się, skąd biorą się przepełnione oddziały szpitali psychiatrycznych dla młodzieży, głównie w wieku licealnym.

– Skąd się biorą, po części już Pani powiedziała?

– Bardzo młodzi ludzie nie wytrzymują stresu. Z jednej strony punkty za prace dodatkowe, a z drugiej – trzeba koniecznie loki kręcić, bo koleżanka właśnie takie sobie zrobiła. I trądzik pozostaje problemem, bo to przecież jeszcze dzieci, więc nie sposób wymagać od nich dorosłej hierarchii spraw.

– Ale rodzice wymagają?

– Kiedy rodzic sam staje się pacjentem, bo sytuacja go przerasta, wyznaje, że nie rozumie, dlaczego dziecko nie korzysta z możliwości, jakie mu stworzył. Przecież on sam takich nie miał. 

– Ambicja realizowana w drugim pokoleniu, ale czasem kosztem dzieci?

– A tu ósmoklasista punkty zbiera, musi jak najszybciej wybrać szkołę. Zgłoszenie koniecznie do połowy maja. Zapisać się trzeba do systemu. I walczyć o jak najlepsze świadectwo. Dzieci więc walczą jak automaty. I rodzic dopiero w lipcu uzyska odpowiedź, dowie się, dokąd się dziecko dostało, gdzieś około siedemnastego.

– Kiedyś to był środek beztroskich wakacji?

– Rodzi to wielkie problemy, co chyba oczywiste. I pytanie, gdzie młodzi ludzie mają szukać poczucia bezpieczeństwa. Kiedyś dom, może z wyłączeniem tych najtrudniejszych środowisk, stwarzał poczucie stabilizacji. Teraz jej brak, bo przecież mamy wyścig. Młodzi są przemęczeni.

– Ale przecież rodzice dbają i troszczą się o nich?

– Weź hot doga, frytki dodaj, odgrzej sobie makaron, czasem tyle od rodziców młodzi słyszą w domu. Człowiek w tym wieku, w którym walczy się o miejsce w lepszej szkole, nie jest jeszcze dorosły i pomocy potrzebuje. Rodzice chcą dobrze, a psychika dziecka okazuje się słaba. 

– Dlaczego tak się dzieje?

– Bo rodzice nie okazują miłości. Dziecko słyszy: masz tu pieniądze i idź. I zmierza do galerii, rzadziej na boisko w piłkę pograć, tam chociaż trochę powietrza złapie po wielu godzinach wpatrywania się w ekran. Jeśli jednak do galerii pójdzie, tam przysiądzie i nadal się w ten ekran wpatruje. Wszystko jedno, czy robi to w centrum handlowym czy w domu. Kariera rodziców wymaga czasu, który niekiedy okazuje się dziecku ukradziony. Nie da się już tego później nadrobić. Brakuje fachowej pomocy pedagogów i psychologów w skali, w jakiej naprawdę jest potrzebna. Długo czeka się na wizytę w poradniach wychowawczo- zawodowych. Mamy problem, bo psychologowie i psychiatrzy zwalniają się z pracy, idą tam, gdzie więcej można zarobić. Psycholog też musi wyrobić normę, są standardy Narodowego Funduszu Zdrowia.

– I młody człowiek zostaje z problemem?

– Czy to młody człowiek, czy maszyna…  Pytanie pojawia się, gdy pracuje do godz. 22, te swoje dodatkowe punkty zdobywa. A jednak nie ma  w szkole wyróżniającego zachowania, bo potem z trudem wstaje, więc się spóźnia. A pani w szkole nie okazuje się wyrozumiała. Nauczycielki mają swoje problemy, choroby, rozwody… 

– A ludziom młodym poprzeczkę wymagań  zawiesza się zbyt wysoko?

– Spójrzmy na ten znany maraton, w którym w stawce zawodników ustawiono na starcie robota, żeby się z ludźmi ścigał. Rozstrzygnięcie okazało się oczywiste. Robot wygrał. 

– Robotyzacja nie tylko dzieci dotyka?

– Robotem staje się również rodzic, bo napędza jak tylko może: dziecko musi koniecznie iść do najlepszej szkoły w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku. A przecież w wielu wypadkach zdolności ujawniają się dopiero z czasem. Dziecko może skończyć zwyczajną szkołę, co uchodzi za przeciętną, a potem trafić na ciekawe i ambitne studia. Nie wszyscy laureaci Nagród Nobla byli prymusami w szkole. Kto kosztem dziecka zaspokaja własne ambicje, lekceważąc jego realne możliwości, ten strzela sobie samobójczą bramkę. Cały zespół, jaki uczestniczy w tym wyścigu – nauczyciel, rodzic i dziecko – odczuwa jego skutki. 

– Problem rodzi się jeszcze wcześniej? Kiedyś dzieciom czytały matki, babcie, nawet starsze rodzeństwo? Teraz to niemal zanika?

– Od tego Pan przecież naszą rozmowę zaczął. Rodzice czy dziadkowie czytali na głos, co tworzyło więź rzeczywistą. Dzieci skupione na ekranie odczuwają więzi ale fikcyjne, z nieistniejącymi bohaterami. Z czasem mogą nawet paść ofiarą takich, co się w sieci pod inne postaci, realne lub wymyślone, podszywają. Zdarzają się rozmaite urojenia. I sytuacje jak ta powszechnie znana na dworcu kolejowym, kiedy to dorosła już kobieta, ale z pokolenia od dzieciństwa obeznanego z internetem, weszła wprost na tory pod nadjeżdżający pociąg, w ten swój ekran ciągle wpatrzona, bo rzeczywistość wirtualna była dla niej wszystkim, a na to, co dzieje się wokół, nie zwracała uwagi. Całą skupiała na tym, co widziała na ekranie. Wielogodzinne obcowanie z tą inną rzeczywistością okazuje się groźne dla młodego mózgu. Dzieci z tym sobie nie radzą. 

– Stąd kłopoty “w realu”?

– Słuchać nie potrafią, trzaskają drzwiami. Po co czytać, skoro jest tablet. Nawet encyklopedii nie potrzeba, sprawdzi się w wyszukiwarce. Młodzi ludzie nie patrzą prosto w oczy. Nie dlatego, że mają nieczyste sumienie, albo coś do ukrycia. Nikt ich relacji z innymi nie nauczył.

– Babcia to robiła, póki jeszcze wnukom czytała?

– A zarazem objaśniała świat, przyzwyczajała do skupienia uwagi, odpowiadała na pytania. Teraz zdarza się incydent, że młody człowiek, jak ubolewają sąsiedzi, z dobrego domu, nagle wybił w cudzym samochodzie wszystkie szyby.

– Buntownik bez powodu?

– Raczej zachował się w ten sposób, bo traktuje realny świat jako przedłużenie gry komputerowej, w której za normę uchodzi akurat podobne zachowanie. Kiedy młody człowiek funkcjonuje jak robot, doznaje obojętności i sam okazuje ją innym. Z czasem przeradza się to we wrogość, jak we wspomnianym przykładzie.

– A kiedy wreszcie do Pani przychodzi…

– Wtedy mówi: dobrze, że z panią mogę porozmawiać. Rodzi to pytanie, gdzie w takim razie są rodzice.

– Co Pani im z kolei mówi?

– Mówię: niech pani doceni dziecko. To przecież ukochane, czasem jedyne, a nie niczym w społeczeństwach pierwotnych traktowane jako inwestycja w przyszłość czyli opiekun na starość. Jeśli dziecko coś dobrze zrobi, niech pochwałę usłyszy. Warto na chwilę przystanąć, oddać się rozmowie z własnym dzieckiem. Ale czasem matka odpowiada: nie mam czasu. Albo dzieje się tak, że rodzi dziecko, ale potem nie ma do niego cierpliwości.

– Dziś nie ma czasu, jutro będzie miała problem? 

– Niestety w ten sposób to działa. Człowiek młody uczy się od ojca i matki, ich naśladuje, nawet zbuntowany z pozoru, pod tym kątem koryguje własne zachowania, wyprostowuje potknięcia. Kiedy wzorzec okazuje się prawie nieobecny i odległy, a przez to nieostry, problem narasta. Wtedy pozostaje zamknąć się w pokoju i grać. Żadne dobra materialne, nawet najbardziej upragnione, prawdziwych więzi nie zastąpią. Nagroda, korekta i kontrola pozostają konieczne. 

– Jaka jest rada dla rodziców, gdy już problem dostrzegą, nawet jeśli sami zawinili?

– Gdy zobaczy się problem, warto od razu, bez odkładania, porozmawiać ze specjalistą. 

– A w tej zwykłej, domowej skali, co robić, zanim problem się pojawi?

– Zainteresować się nie robotem, co zamiast cech charakteru ma parametry, tylko człowiekiem. Wysłuchać i poznać, jakie ma kłopoty. W rzeczywistości realnej, a nie wirtualnej, zanim pojawi się ryzyko, że to ta druga stanie się ważniejsza. Kupić dziecku dobrą książkę. Ale też przeczytać ją samemu. Wtedy będzie temat do rozmowy. A dzięki niej – mniej stresów, lęków i kłamstw.                          

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 1

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here