Sprawami Kresowian interesuję się od dawna, albowiem moi przodkowie – dziadek Michał i ojciec Edward spędzili na Kresach znaczną część swego życia. Mój dziadek, legionista płk. J. Hallera, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, po demobilizacji skorzystał z prawa do osadnictwa na Kresach Wschodnich.

Marek Toczek

Admirał

– Panie Admirale jest Pan znany jako działacz społeczny z Klubu Inteligencji Polskiej, tymczasem podczas centralnych obchodów 70-lecia ludobójstwa Polaków dokonanego przez OUN-UPA wystąpił Pan z zasadniczym i ostrym przemówieniem dotyczącym spraw kresowych. Skąd te zainteresowania?

Nie ma tu żadnych sprzeczności. Sprawami Kresowian interesuję się od dawna, albowiem moi przodkowie – dziadek Michał i ojciec Edward spędzili na Kresach znaczną część swego życia. Rodzina Toczków od kilku pokoleń związana była z Rzeszowszczyzną, z małą miejscowością Nozdrzec niedaleko Dynowa. Mój dziadek, legionista płk. J. Hallera, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, po demobilizacji skorzystał z prawa do osadnictwa na Kresach Wschodnich, we wsi Paćkowice, ok. 30 km na wschód od Niżankowic. Tam wybudował dom, założył gospodarstwo – sady owocowe, tam urodził się i dorastał w licznej rodzinie mój ojciec. Dziadek i jego brat Walenty znani byli w okolicy jako aktywni działacze PSL Piast.

– Na terenach tych mieszkała ludność mieszana narodowościowo. Jak układały się stosunki między Polakami a innymi narodowościami, szczególnie z Ukraińcami?

Do czasu agresji sowieckiej wzajemne relacje były zupełnie poprawne. Wyczuwało się pewien dystans, ale nie okazywano sobie nienawiści. Wręcz przeciwnie rodziny ukraińskie często korzystały z pomocy Polaków i potrafiły okazać wdzięczność. Sytuacja jednak zmieniła się diametralnie po zajęciu Kresów przez Sowietów. W swoich wspomnieniach ojciec, opisując wywózkę naszej rodziny napisał:

Furmankami powozili znani nam Ukraińcy z pobliskich wiosek, dobrze obeznani z okolicą. Nie kryli, że to właśnie oni wskazywali NKWD, których Polaków należy deportować.

Moja rodzina została zmuszona w nocy 10 lutego 1940 r. do pośpiesznego opuszczenia swego domu. Załadowano ich wraz z sąsiadami na pobliskiej stacji do bydlęcych wagonów i wywieziono w syberyjską tajgę, ok. 500 km na północ od Omska.

– A jak się udało Pańskiej rodzinie wydostać ze Związku Sowieckiego?

Po zawarciu Paktu Sikorski-Majski wydawało się, że sprawy polskich zesłańców będą załatwione sprawnie. Tak nie było. Odwołam się ponownie do wspomnień mojego ojca:

Jedyną drogą do Omska, była rzeka Irtysz. Bilet na statek można było kupić tylko za zezwoleniem NKWD (…). Jakiekolwiek działania w NKWD wymagały okazania dowodu tożsamości, a nam wszystkie dokumenty zabrano. Brak dokumentu tożsamości to ryzyko zatrzymania przy pierwszej kontroli NKWD pod zarzutem dezercji, szpiegostwa lub dywersji. To nie była zachęcająca perspektywa do podróży dla całą rodziną. Uznaliśmy wspólnie, że to zbyt ryzykowne (…). Żeby rodzina mogła przeżyć mężczyźni musieli wrócić więc do pracy w tajdze.

Ale gdy doszła do nich wieść, że w Omsku powstało przedstawicielstwo polskiej ambasady, że będzie Wojsko Polskie, ojciec wraz z trzema braćmi postanowili uciec z tajgi. Po licznych perypetiach dotarli do Omska, ale przedstawicielstwo polskie już nie pracowało. Zostali zatrzymani przez NKWD i osadzeni w celi więziennej wraz z liczną grupą różnych pospolitych przestępców. Po trzech miesiącach skrajnie wycieńczeni ale żywi zostali zwolnieni i skierowani do pracy w gospodarstwie hodowli koni. Bracia przeżyli bo byli razem, w pojedynkę żaden nie miał szans. Ogólne wycieńczenie i nawroty malarii, nie pozwalał na wiele, ale dzięki pomocy miejscowych Rosjan ich sytuacja poprawiła się.

Gdy dotarła do ojca wiadomość o ponownym formowaniu Wojska Polskiego, niezwłocznie stawił się w biurze rekrutacyjnym. Transportem kolejowym, w zatłoczonych wagonach wyruszyli na zachód, przez Pietropawłowsk, Kurgan, Czelabińsk, Ufę, Kujbyszew, Pienzę dotarł w rejon Moskwy i dalej marszem do obozu w Sielcach nad Oką. Tu powitało go hasło “Witaj tułaczu…”, flagi i kapelan w polskim mundurze. Był to 23 maj 1943 r. Ojciec jako uczestnik kampanii wrześniowej, został dowódcą drużyny moździerzy 82 mm, w 1 bat. 1 pułku. Jego batalion rozpoczął marsz do Polski od wschodu „rozpoznaniem bojem”, pod Lenino, ponosząc ciężkie straty. Ojciec dwukrotnie ranny, za swe czyny żołnierskie w walce został odznaczony Krzyżem Wojennym Orderu Virtuti Militari V kl. Do rodzinnych Paćkowic moja rodzina już nigdy nie wróciła, choć wszyscy, którzy przeżyli Syberię wrócili do kraju.

Rozmowę z wiceadmirałem Markiem Toczkiem przeprowadził Zbigniew Lipiński.

Czytaj opracowanie Marka Toczka:

Bezpieczeństwo narodowe

Bezpieczeństwo i dobrobyt państwa winny być głównymi celami jego polityki – zarówno wewnętrznej jak i zagranicznej. Bezpieczeństwo jest wartością pierwotną wobec innych, a potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa jest decydującym czynnikiem państwowotwórczym.

Read more

Obejrzy rozmowę Marka Toczka z Dariuszem Grabowskim:

Marek Toczek o sobie

Admirał Marek Toczek o sobie w rozmowie z Dariuszem Grabowskim: korzeniach i losach rodzinnych, karierze zawodowej w Marynarce Wojennej i administracji państwowej RP. O sprawach kadry Wojska Polskiego, formacji mundurowych i planach politycznych. Marek Toczek kandyduje do Sejmu w okręgu Gdynia z listy PSL (miejsce 2). Chce reprezentować interesy Wojska Polskiego i szerzej – służb […]

Read more

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 1

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Marek Toczek
Marek Toczek (rocznik 1947) – wiceadmirał Marynarki Wojennej. Był oficerem pokładowym niszczycieli i inżynierem techniki nawigacji. W latach 1965–1996 służył w Siłach Zbrojnych, będąc m.in. dowódcą działu broni podwodnej ORP „Warszawa”, dyrektorem Departamentu Spraw Obronnych w Ministerstwie Transportu, Żeglugi i Łączności oraz dowódcą Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here