Między lodówką a telewizorem

0
59

czyli Bez patosu na 11 Listopada

Odkąd przekonaliśmy się, że Kremlowi w jego agresywnych zamiarach chodzi o Polskę, a nie tylko Ukrainę – narasta u nas deficyt poczucia bezpieczeństwa, dokumentowany przez badania opinii publicznej. Wzmaga się nieufność wobec sojuszników, co z kolei łączy się z prezydenturą Donalda Trumpa w USA. Nie da się tych nastrojów pominąć, gdy świętuje się rocznicę odzyskania niepodległości w listopadzie 1918 r. Zwłaszcza, gdy pamiętamy, że ponad dwóch dekadach nie udało się jej obronić pomimo wielu odniesionych w tamtym czasie sukcesów jak budowa Gdyni czy Centralnego Okręgu Przemysłowego.    

Teraz prawie dwie trzecie z nas dostrzega zagrożenie dla suwerenności Polski, to wynik wskazujący na największy społeczny niepokój w historii badania CBOS od 1991 roku, a nie była to data skłaniająca do komfortu, bo wtedy właśnie w związku z neostalinowskim puczem moskiewskim (19-21 sierpnia) zanim go stłumił Borys Jelcyn pojawiła się obawa jaki użytek zwolennicy powrotu do twardej władzy w ZSRR uczynią z kodów do wyrzutni atomowych, do których na krótko uzyskali dostęp.

Sojusznikom mniej ufamy? Bo stali się nieobliczalni

Wedle sondażu przeprowadzonego wtedy, kiedy ok. dwudziestu rosyjskich dronów wdarło się na polskie niebo, we wrześniu 2025 r. – 68 proc badanych pewnych jest zaangażowania sojuszników z NATO w obronę naszych granic. Aż 24 proc pozostaje nieufnych w tak podstawowej kwestii. Jeszcze po miesiącu od wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie, zapoczątkowanej kremlowską agresją z 24 lutego – w marcu 2022 r. 81 proc Polaków pozostawało przekonanych, że alianci zaangażują się w razie czego w obronę naszych rubieży. Do osłabienia tej pewności przyczyniła się prezydentura Donalda Trumpa spotykającego się z Władimirem Putinem na Alasce i poniżającego w Białym Domu przywódcę Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego. A z pewnością także brak adekwatnej reakcji tak polskich władz jak Sojuszu Atlantyckiego zarówno na rakiety ze wschodu wlatujące nad Polskę – jedna z nich zabiła przed trzema laty w Przewodowie na Lubelszczyźnie dwóch cywilnych obywateli polskich – jak na podobne, choć na szczęście bez ofiar śmiertelnych, wtargnięcia dronów. 

Nie od rzeczy przypomnieć, że tragedia pod Hrubieszowem wydarzyła się, gdy rządziło Prawo i Sprawiedliwość, zaś “noc dronów” z 9 na 10 września br. – już w trakcie sprawowania władzy przez Koalicję Obywatelską i jej sojuszników. Zaś więcej poważnych pretendentów do rządów w Polsce, którzy mogliby podobny zamiar uzasadnić poparciem w sondażach – nie ma.

O tym, że istnieje zagrożenie dla suwerenności Polski we wrześniu 2025 r. pozostawało przekonanych 63 proc z nas. Wcześniej w maju 2024 r. – 42 proc. Jeszcze wtedy tych, co podobnego zagrożenia nie odczuwali było więcej (43 proc), niż zatroskanych [1]. Obrazuje to skalę przełomu w społecznej świadomości, jaki się w krótkim czasie dokonał. 

Napisać o tej zmianie, co niepokoju obywateli dotyczy, że jest właśnie niepokojąca – to tyle, co… nic nie napisać. 

Sprawa bezpieczeństwa państwa pozostaje jedną z nielicznych, które tak wyraziście łączą Polaków, o czym warto pamiętać nie tylko przy okazji listopadowych obchodów niepodległościowej rocznicy. Zamiast więc wzniecania paniki warto wspólnie skupić się na problemie, który przecież – chociaż jesteśmy krajem przyfrontowym – mają nie tylko Polacy. I którego eskalacja w ostatnich czterech latach wynika z oczywistych zaniedbań wspólnoty międzynarodowej. 

Widzieli w Putinie to, co chcieli zobaczyć

Zagrożenia przed 24 lutego 2022 r. nie doceniał cały wolny świat. Jak spostrzega dziennikarz “Financial Times” Gideon Rachman w książce “Nowy autorytaryzm”, której sens lepiej zresztą oddaje jej oryginalny tytuł “The Age of the Strongman” (“Era silnego człowieka”): “Rosyjski przywódca (..) miał wciągnąć Europę w największą wojnę lądową od 1945 roku. W ciągu kilku tygodni od momentu przekroczenia granicy przez wojska rosyjskie ponad dziesięć milionów Ukraińców opuściło swe domy. Śmierć poniosły tysiące żołnierzy i cywilów, a nadmorskie miasto Mariupol zostało zrównane z ziemią, a ofiary powrzucano do masowych grobów. Mimo, że zachodnie służby wywiadowcze od miesięcy ostrzegały, że Rosja gotuje się do ataku, wielu doświadczonych putinologów, zarówno w Rosji, jak i na Zachodzie, nie chciało dać temu wiary. Trwali w przeświadczeniu, że po ponad dwudziestu latach rządów Putina nauczyli się go rozumieć. Bez wątpienia był bezwzględny i gwałtowny, zarazem jednak uważano go za osobę racjonalną, kalkulującą i zaangażowaną w zintegrowanie Rosji ze światową gospodarką (..). Z perspektywy czasu jest jednak jasne, że zewnętrzny świat cały czas źle odczytywał zachowania Putina. od chwili, gdy tylko objął on władzę, zachodni politycy nazbyt często wiedzieli w nim to, co chcieli widzieć, umniejszając znaczenie najbardziej ponurych aspektów putinizmu” [2].             

Jeszcze prościej ten sam wnikliwy analityk objaśnia powody poparcia dla Władimira Putina w samej Rosji: “Jak to sformułował w rozmowie ze mną pewien liberał: “Polityka w Rosji polega na rywalizacji lodówki z telewizorem. Ludzie zaglądają do lodówki i widzą, że nie ma w niej jedzenia. Potem jednak włączają telewizor, widzą jak Putin broni dobrego imienia Rosji – i czują dumę”” [3]. 

Efekt lodówki znamy z polskich wyborów. Raz już nawet spot z lodówką przesądził o ich wyniku. W 2005 r. za sprawą reklamówki autorstwa reżysera Jerzego Orłowskiego znaczna część Polaków uwierzyła w związany z nią podprogowy przekaz, że to Prawo i Sprawiedliwość reprezentuje “Polskę solidarną” a nie tylko socjalną na zasadzie wyciągania bardziej przedsiębiorczym obywatelom tworzącym miejsca pracy i innowacje pieniędzy z kieszeni, żeby w podzięce za oddane głosy rozdać je ich mniej zaradnym i pracowitym sąsiadom, jak czyniło to już po dojściu do władzy – a Platforma Obywatelska optuje wyłącznie za “Polską liberalną”

 Partia Biedronki i partia Lidla

Drożyzna dotyka dziś boleśnie Polaków, pustoszy ich portfele, czego nie oddają oficjalne statystyki GUS. Inaczej niż rodacy Putina, Polacy od wielu dekad mniej wierzą telewizji: tej gierkowskiej, zaliczającej nas przed półwieczem do pierwszej dziesiątki najsilniejszych gospodarek świata i obecnej, nieco skromniej sytuujących kraj w pierwszej dwudziestce. Zachowujemy dystans. Starsi z nas pamiętają, jak za Władysława Gomułki pocieszano społeczeństwo, że wprawdzie wędlina drożeje, ale za to staniały lokomotywy.

Obywatele, wbrew intencjom polityków, starających się raczej ich spolaryzować na PiS i “anty-PiS” jako dwa wrogie plemiona – dzielą się raczej na dwie całkiem inne partie: Biedronki i Lidla. Z pewnym przepływem elektoratu, bo część klientów, zanim ostatecznie zagłosuje nogami, najpierw szuka promocji i tam i tu. Rywalizacja obu sieci supermarketów stała się już nawet tematem historii okładkowej ambitnego przecież a nie brukowego tygodnika “Polityka”. Na kwestiach bytowych jednak życie się nie kończy. Aby zachować jego poziom i starać się budować zręby przyszłego dobrobytu – najpierw trzeba obronić suwerenność państwa.   

Na obronę Polski nikt nie ma monopolu

Gdy śledzi się nic nie obchodzące zwyczajnych Polaków kolejne głosowania sejmowe nad losem Zbigniewa Ziobry – całkowicie wirtualne i fikcyjne w sytuacji, gdy główny bohater afery z Funduszem Sprawiedliwości przebywa za granicą – nie da się uwierzyć w możliwość wynegocjowania przez polityków skłóconych partii porozumienia dotyczącego pakietu bezpieczeństwa na rzecz niepodległości kraju. 

Nie zawarli go jednak również czołowi przywódcy jesienią 1918 r. Co więcej, jak zauważa socjolog dr Andrzej Anusz, autor książki “Wokół Marszałka” w wywiadzie, jaki z nim przeprowadziłem dla “Samorządności” [4] – nie było ono nawet możliwe przy dostępnych wówczas środkach komunikowania się. Jedni przebywali przecież w Stanach Zjednoczonych, inni we Francji, pozostali zaś w wyzwalającym się kraju.  

Za mężów stanu ich dzisiaj uznajemy dlatego, że ich działania się uzupełniały. Dla dobra kraju nie szkodzili sobie nawzajem. Józef Piłsudski po powrocie z twierdzy magdeburskiej przejmował władzę w Warszawie, Ignacy Daszyński po krótkich tylko namowach podporządkował mu wcześniejszy i tymczasowy rząd lubelski. Premier kolejnego, już ogólnopolskiego gabinetu, też socjalista Jędrzej Moraczewski, przeprowadził niezbędne reformy społeczne. Następnym szefem rządu został powszechnie ceniony w świecie Ignacy Paderewski. Zaś Roman Dmowski najpierw rozmawiał w Waszyngtonie z prezydentem Woodrowem Wilsonem w najważniejszym dla zwycięzców I wojny światowej dniu 11 listopada 1918 r. A potem w trakcie Konferencji Paryskiej, poprzedzającej Traktat Wersalski, twardo negocjował kształt zachodnich granic kraju. Z kolei Wincenty Witos jeszcze w październiku 1918 r. stanął na czele pierwszej polskiej władzy w Galicji, a 1920 roku jako pierwszy w historii chłopski premier przyczynił się do zwycięstwa, jakie w Bitwie Warszawskiej z bolszewikami zapewnił nam manewr znad Wieprza, efekt strategicznego geniuszu Józefa Piłsudskiego.  

Rzeczowe minimum, jakie dziś sensownie da się określić, sprowadza się do wspólnego przyjęcia założenia, że w obecnej sytuacji obrona ojczyzny nie jest wyłącznie domeną wojska i wyspecjalizowanych służb. Lecz rzeczą całego społeczeństwa. Niezbędne okazuje się propagowanie tej oczywistości, ale i wyciągnięcie z niej wniosków. Przyspieszyć trzeba prace nad obroną cywilną, skoro po tym, jak za rządów PiS skasowano istniejące regulacje a nie uchwalono nowych – Koalicja 15 Października przyjęła wreszcie ustawę w tej kwestii. Chodzi o to, by w przyszłości każdy Polak na wypadek bezpośredniego zagrożenia znał drogę do schronu, a nie jak dziś nie wiedział, czy w ogóle on istnieje, a jeśli tak – gdzie się znajduje. 

Nawet jeśli nieco zabawnie to brzmi – przydatne dla wzmocnienia obronności kraju okazać się mogą efekty kolejnych mód już z okresu transformacji: na paintball czy rekonstrukcje historyczne. Także renesans szlachetnych sportów walki – od olimpijskiego judo, którym zainteresowanie wzmogły medale Pawła Nastuli i boksu napędzanego śledzeniem niegdysiejszych wzlotów i upadków Andrzeja Gołoty po wszelkie MMA czy sztukę krav maga. Zaś myśliwi tyle nas przekonywali – zwłaszcza po głośnym filmie “Pokot” według prozy noblistki Olgi Tokarczuk, co z nich zrobił urodzonych zabójców, o swojej prospołecznej postawie i chęci pomocy innym, że urzędnikom pozostaje tylko stworzyć okazję, by rzeczywiście je zademonstrowali.  

W mojej części Śródmieścia, zamieszkałej głównie przez inteligencję i emerytów a teraz dogęszczanej beneficjentami zmiany ustrojowej, zasiedlającymi wznoszone naprędce jako plomby pośród starych kamienic apartamentowce – najlepiej prosperującym z otwartych niedawno sklepów okazuje się obszerny magazyn z bronią i odzieżą w stylu militarnym. Spotykamy tam regularnie nie dresiarzy wcale ale zwyczajnych przedstawicieli klasy średniej i młodych ludzi o inteligentnych twarzach. O czymś to zainteresowanie świadczy. Wystarczy trochę oleju w głowie u decydentów, żeby je dla dobra Polski wyzyskać, zamiast snuć absurdalne plany przywrócenia służby wojskowej z poboru, co oznaczałoby powrót do znanego z PRL świata “dziadków” i “kotów”, “fali”, chust i centymetra oraz watah rezerwistów masowo w stanie opilstwa zanieczyszczających zaraz po przejściu do cywila pociągi dalekobieżne.     

Wyrastające po zmianie ustrojowej agencje ochroniarskie nie cieszyły się sympatią jako azyl dla niezdolnych do przejścia weryfikacji milicjantów i esbeków. Po 35 latach sama biologia i wolny rynek przyniosły tu oczywiste zmiany. Sektor ochrony osób i mienia daje pracę tysiącom ludzi wyszkolonych i obeznanych z bronią. Niezbędne pozostaje zbudowanie relacji między nim a państwem w warunkach zarządzania kryzysowego: to wymóg rozsądku.   

Błyskawicznej reformy wymaga obsada telefonu alarmowego 112, bo o reakcjach tych, co go odbierają – da się napisać komedię rodzajową. Nieśmieszną całkiem, skoro burleska ta rozgrywa się kosztem naszego zdrowia i bezpieczeństwa a czasem i życia zapewne. Kiedy wracając z przyjaciółką po północy z lecznicy weterynaryjnej z naszym owczarkiem niemieckim natknęliśmy się na polegującego w zaspie pijaka, więc na 112 zadzwoniłem, by go uratowali zanim zamarznie – operatorka tego numeru, czkając przy tym w słuchawkę, bo dopiero co skończył się dzień popularnych imienin – zażądała, abym leżącemu drabowi, na oko dwa metry wzrostu, sto kilo wagi i zapewne nóż w kieszeni – natychmiast zrobił sztuczne oddychanie. Po czym wciąż bełkocząc, straszyła mnie, gdy odmówiłem, sankcjami karnymi za nieudzielenie pomocy – chociaż właśnie starałem się wymusić na niej jej wysłanie.

Zachowałem zimną krew, co przyszło mi tym łatwiej, że mróz był siarczysty, wykręciłem raz jeszcze to “112” i tym razem natrafiłem na kogoś trzeźwego. Człowiek z zaspy został uratowany, zapewne skończyło się co najwyżej zapaleniem oskrzeli, bo kawał chłopa z niego, a ludowe powiedzenie głosi, że złego diabli nie biorą. Uprzedzam Państwa zgorszenie, że przy okazji święta narodowego wspominam o sprawach tak mało budujących. Jednak Francuzi nie mają podobnych zahamowań, pamiętam moje z nimi rozmowy w trakcie defilady 14 Lipca na paryskich Polach Elizejskich. Chociaż nie tylko dzięki temu oczywiście czują się teraz bezpieczniejsi od nas. Pomimo ofiar jakimi okupili wygraną zwłaszcza w I wojnie światowej – można uogólnić, że historia łagodniej się z nimi obchodziła. Tym bardziej warto u nas pytać o zdanie tych, którzy po dekadach złych koniunktur potrafili odwrócić jej bieg.               

Władza wykorzystać powinna doświadczenie weteranów, którzy na początku transformacji skutecznie zmieniali na korzyść armię i służby: była o tym mowa w trakcie wrześniowej konferencji w Rembertowie, zorganizowanej przez Stowarzyszenie Generałów i Admirałów Wojska Polskiego z kompetentnym udziałem ekspertów m.in od przedsiębiorczości i nowych technologii. Administracja rządowa musi się też nauczyć słuchać samorządowców, którzy najlepiej znają nie tylko obiekty na własnym terenie ale również oczekiwania i obawy mieszkańców, a przede wszystkim potrafią ich organizować we wspólnotę (jak to procentuje w uśmierzaniu niebezpieczeństw – przekonaliśmy się przy okazji niedawnej zwycięskiej walki z pandemią koronawirusa oraz podobnie skutecznej społecznej akcji pomocy wojennym uchodźcom z Ukrainy).  

Nie przerasta to z pewnością możliwości polityków, których z naszych podatków opłacamy.

[1] sondaż Centrum Badania Opinii Społecznej, wrzesień 2025 

[2] Gideon Rachman. Nowy autorytaryzm. Polityka strachu. Przeł. Jerzy Wołk-Łaniewski. Feeria, JK Wydawnictwo, Łódź 2023, s. 48-49; por. wyd. oryg. Gideon Rachman. The Age of the Strongman. Random House, London 2023   

[3] Gideon Rachman. Nowy autorytaryzm… op. cit, s. 57-58

[4] “Samorządność” nr 103

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 4.9 / 5. ilość głosów 8

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here