Publikowane wyniki pierwszego kwartału w pełni potwierdziły niepokojący trend w dochodach budżetowych z dwóch najważniejszych podatków. Może być gorzej niż w zeszłym roku. Gdyby utrzymywał się on również w drugim kwartale, o wykonaniu dość ostrożnej prognozy dochodów z tych podatków nie ma co marzyć.

Przypomnę, że zaplanowano około 180 mld zł z VAT-u (wykonanie po kwartale – około 42 mld zł) i 73 mld zł z akcyzy (wykonanie po kwartale – tylko 15,5 mld zł). Jest źle, choć wzrost popytu w wyniku wypłaty trzynastej emerytury da dodatkowe dochody budżetowe, ale w najlepszym wariancie będzie to około 1,4 mld zł.

To kropla w morzu.

Niewiele więcej może dać 500+ na pierwsze dziecko. Może oczywiście zwiększyć dochody budżetowe z podatku od towarów i usług poprzez ograniczenie kwoty zwrotów. Brak jest oficjalnych danych o ich wysokości za zeszły rok. Wiemy, że w 2017 r. było to około 100 mld zł, a w poprzednim roku – według ostrożnych szacunków – kwota ta mogła wzrosnąć.

Utrzymuje się również chora struktura tych zwrotów, gdyż około połowy tej kwoty otrzymuje 5 tys. podatników, będących dużymi przedsiębiorcami, a oni stanowią przecież 0,3% ogółu populacji. Dlaczego budżet jest aż tak hojny wobec tej grupy podmiotów? Odpowiedź jest prosta: podmioty te w istotnej części korzystają z przywileju tzw. odwróconego VAT-u, czyli inaczej nazwanej stawki 0%, a ona uprawnia do zwrotu podatku (branże: stalowa, metali kolorowych, elektroniczna, złomiarska, surowców wtórnych, odpadów, częściowo budowlana).

To prawda, że w większości jest to spadek po patologicznych rządach liberałów i ich „doradców społecznych”, ale władze po 2015 r. mogły zlikwidować ten przywilej, zwłaszcza że solennie to zapowiadano. Dlaczego tego nie zrobiono? Czy lobbing beneficjentów tego rozwiązania jest aż tak skuteczny również pod rządami „dobrej zmiany”? Prędzej czy później opinia publiczna dowie się o tym, bo gdy jest źle, muszą się znaleźć winni.

Rzeczywiście z dwoma najważniejszymi podatkami dzieje się w naszym kraju coś dziwnego. Wiemy, że w akcyzie niewiele zrobiono przez mijające 3 lata, co mogłoby skutecznie zwiększyć jej efektywność fiskalną. Przypomnę, że wciąż nie osiągnięto wyjściowego poziomu efektywności wynoszącego w okresie przedliberalnym 4% PKB, mimo wzrostu zużycia (spożycia) wszystkich istotnych wyrobów akcyzowych.

Prof. Modzelewski: podatek CIT ofiarą agresywnej międzynarodowej optymalizacji podatkowej

Władza hojną ręką tworzy przywileje podatkowe. Nie potrafi też, czy też nie chce, przeciwstawić się unikaniu tego podatku. Został on bowiem zawłaszczony przez duże struktury międzynarodowe, które stosują agresywną międzynarodową “optymalizacją podatkową”.

Read more

Gdyby tylko usunięto z tego podatku wszystko to, co popsuto w latach 2008-2015, w tym roku mielibyśmy dodatkowe 10 mld zł (a w całym okresie 33 mld zł), czyli sfinansowano by połowę wydatków programu 500+. Dużo? A mogłoby być nawet jeszcze więcej, bo biorąc pod uwagę wzrost koniunkturalny, wzrost zużycia wyrobów akcyzowych, korzystną fiskalnie strukturę popytu na te wyroby oraz konieczne (choć niewprowadzone) zabiegi uszczelniające i unowocześniające ten podatek, w tym roku do kasy państwa mogłoby wpłynąć nawet 90 mld zł, czyli nowe wydatki nie musiałyby obciążać deficytu budżetowego.

Nadchodzący kryzys dochodów z VAT-u jest zapewne zaskoczeniem dla tych, którzy ulegli propagandzie o wyśmienitej skuteczności jakichś „instrumentów informatycznych”. Tu zarówno rządzący, jak i liberalna opozycja mówią jednym głosem. Ci drudzy twierdzą, że to oni „przygotowali” te instrumenty, a PiS je tylko „wdrożył”, a ci pierwsi twierdzą, że wprowadzenie tych instrumentów jest ich zasługą.

Cóż to za wunderwaffe podatkowe, w które mierzy cała klasa polityczna? Są to jakieś biurokratyczne wynalazki jak słynny Jednolity Plik Kontrolny oraz „odwrócony VAT”, a także dobrowolna podzielona płatność. Ten ostatni instrument funkcjonuje dopiero od połowy zeszłego roku, ma wciąż marginesowe znaczenie i na pewno w obowiązującym kształcie nie przyczynił się do zauważalnego wzrostu dochodów budżetowych.

Odwrócony VAT jest tzw. schematem podatkowym, czyli sposobem na unikanie opodatkowania. Zmniejsza wpływy, a zwiększa zwroty podatku. Zaś jego „uszczelniający” skutek jest wymysłem lobbystów z zagranicznego biznesu podatkowego.

Jednolity Plik Kontrolny natomiast, czyli raportowanie przez podatników ich ewidencji podatkowych prowadzonych na potrzeby VAT-u, sam z siebie niczego nie uszczelni, a skuteczność działań egzekucyjnych, czyli przymusowego poboru zaległości podatkowych będącego następstwem działań kontrolnych w tym podatku, wynosi około 1% rocznych dochodów budżetowych, czyli wielkość śladową. Gdyby nawet udało się zwiększyć dwukrotnie ściągalność wykrytych w tym trybie zaległości podatkowych, to w skali roku uzyskano by ponad 3 mld zł.

To bardzo mało, ale nie może być więcej, bo w podatku od towarów i usług efektywność fiskalna postępowań kontrolnych jest niewielka. Gdyby nawet organy prowadziły te postępowania sprawnie i uzyskiwały dużo większy „przypis” m.in. dzięki owemu Jednolitemu Plikowi Kontrolnemu, to egzekucja tych zaległości pozostałaby na tym samym niskim poziomie. To wynika z wiedzy na tematy podatkowe, a kto tego nie wie, niech lepiej wypowiada się na inne bezpieczniejsze tematy (np. o „zagrożeniach praworządności ze strony PiS”).

Gwoli prawdy trzeba przyznać, że uzyskano dość silny efekt odstraszający w 2017 r. dzięki wprowadzeniu drakońskich kar w Kodeksie karnym za fałszerstwa fakturowe. Ale widać, strach minął.

To nie koniec opowieści o cudach dziejących się z tym podatkiem. Od marca tego roku możemy jako pierwsi w Europie na taką skalę wprowadzić obowiązkową podzieloną płatność w obrocie towarami i usługami, które dziś nie są opodatkowane, bo korzystają z przywileju „odwróconego VAT-u”. Mogłoby to dać w tym roku ekstra 10 mld zł. I co? Nie ma nawet projektu, a jakiś urzędnik resortu finansów „przesunął” wprowadzenie tych rozwiązań na przyszły rok, czyli dał lobbystom i oszustom lekką ręką dużo pieniędzy. Jednocześnie przez pół roku trwały zorganizowane przez chyba tych samych urzędników harce z tzw. nową matrycą stawek VAT, którą szczęśliwie w ostatniej chwili udało się wyrzucić na śmietnik.

Wiemy, że za liberalnych czasów przepisy podatku od towarów i usług (i nie tylko w tym) „załatwiano”. Tak było z „odwróconym VAT-em” na kolejny grupy wyrobów. Miało się to zmienić po 2015 r. Okazuje się, że ten proceder trwa do dziś, a owi załatwiacze chwalą się, że dzięki nim nie ma od początku tego roku opodatkowania tym podatkiem niektórych czynności związanych z posługiwaniem się bonami towarowymi. Skąd to wiemy? Od samych zainteresowanych, bo oni chwalą się swymi osiągnięciami, a jedna z gazet (oczywiście opiniotwórczych) nagrodziła ten sukces w rankingu doradców podatkowych (chyba powinno być „lobbystów”, bo doradcy podatkowi raczej nie zajmują się tworzeniem prawa, z wyjątkiem oczywiście „doradców społecznych” byłego ministra finansów).

To wszystko nie mieści się w głowie. Trzeba zadać pytanie: gdzie jest minister finansów oraz organy, które powinny stać na straży interesu publicznego i dochodów budżetowych? Złośliwi twierdzą, że ministra finansów to my nie mamy od ponad 10 lat, ale to zapewne gderanie antyliberalnych malkontentów.


Czytaj teksty profesora Modzelewskiego:

Podatki są w Polsce ustanawiane dla:
  • dodaj swoją odpowiedź

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 4.4 / 5. ilość głosów 13

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here