Mundial: wszystko lub nic

0
44

Sytuacja polskiej reprezentacji przed barażami, decydującymi o udziale w finałowym turnieju Piłkarskich Mistrzostw Świata prezentuje się całkiem przejrzyście. Każdy inny wynik niż awans do grona najlepszych oznacza głęboką zapaść polskiego futbolu. Obecny selekcjoner Jan Urban powinien o tym wiedzieć, bo jako piłkarz zagrał na turnieju w Meksyku (1986 r.), a potem przez szesnaście lat nie było nas na Mundialach i straciliśmy dystans do najlepszych.

Nie chodzi o prestiż, chociaż to wątek oczywisty, ani nawet o fakt, że w finałach po raz pierwszy zagra 48 drużyn. Już są wśród nich reprezentacje Jordanii czy Uzbekistanu, krajów raczej nie kojarzonych z futbolem. Wtedy, kiedy finalistów było tylko 16, pierwsze po II wojnie światowej zakwalifikowanie się do ich grona dzięki “zwycięskiemu remisowi” 1:1 na Wembley (1973 r.) sprawiło, że broniącego jak w transie bramkarza Jana Tomaszewskiego nazwano “człowiekiem, który zatrzymał Anglię”, zaś gola Jana Domarskiego (zmylił Petera Shiltona tym, że piłka.. zeszła mu z nogi), z podania Grzegorza Laty – “złotą bramką”. W niełatwych czasach piłkarzy uznano za bohaterów narodowych.

Kiedy piąte miejsce w świecie było porażką

W czołówce światowej umościliśmy się wtedy na dłużej. W 1974 r. w RFN wywalczyliśmy pod wodzą trenera Kazimierza Górskiego trzecie miejsce, a Lato tytuł króla strzelców. Wygraliśmy m.in. z Argentyną, Włochami i Brazylią, a polską ekipę uznano za rewelację imprezy. Cztery lata później piąte miejsce drużyny Jacka Gmocha na turnieju w Argentynie uznano za porażkę. Dzisiaj wiele byśmy dali za podobny wynik. Za to w trudnym roku 1982 r. reprezentacja Antoniego Piechniczka wywalczyła znów trzecią lokatę w świecie bez jednego choćby ,wcześniej meczu towarzyskiego – bo w stanie wojennym kraje zachodnie bojkotowały “juntę” gen. Wojciecha Jaruzelskiego, a socjalistyczne bały się z nami grać, by na trybunach nie demonstrowano poparcia dla Solidarności. Natomiast już w finałach kolejny “zwycięski remis” ze Związkiem Radzieckim nie tylko utorował nam drogę do czwórki najlepszych, ale w miejsce przygnębienia i frustracji dał milionom rodaków poczucie dumy i nadzieję. 

Także w 1986 r. na kolejnym Mundialu w Meksyku wyszliśmy z grupy, chociaż efekt nie był już taki jak przedtem. W tym samym czasie również kluby świetnie radziły sobie w europejskich pucharach. Ruch Chorzów i Stal Mielec czy Śląsk Wrocław oraz Wisła Kraków potrafiły wejść do grona najlepszych ośmiu – a Widzew Łódź nawet czterech – czołowych drużyn w Europie. Polscy piłkarze jak Zbigniew Boniek w Juventusie odnosili sukcesy w zachodnich zespołach.

Nieobecni nie mają racji

Karta odwróciła się, kiedy polska piłka nożna nie nadążyła za zmianami ustrojowymi. Straciła dotychczasowe podstawy bytu: wcześniej drużyny finansowane były przez kopalnie i huty, wojsko i milicję. Prywatni sponsorzy skąpili grosza albo nie mieli wyczucia, jak siłę zespołu zbudować. Zabrakło nas wtedy w trzech kolejnych finałach mistrzostw świata (1990-98). Kiedy na Mundial wreszcie powróciliśmy, nie udało się nawet w 2002 r. wyjść z grupy. Podobnie szybko odpadaliśmy z następnych turniejów. Długo odrabialiśmy straty, wynikłe z naszej tam nieobecności, sygnałem że zaczyna się to udawać, stał się awans do grona szesnastki najlepszych pod wodzą trenera Czesława Michniewicza na Mundialu w Katarze (2022 r.), gdzie przegraliśmy tylko z dwoma najlepszymi drużynami: mistrzem świata Argentyną i wicemistrzem Francją. 

Gramy więc o wszystko, bo w piłce nożnej nieobecni nie mają racji. Po absencji na wielkich turniejach dystans do najlepszych jeszcze się wydłuża, a zapaść – również piłki klubowej – pogłębia. Dobrze, żeby wszyscy, nie tylko zawodnicy na murawie, mieli tego świadomość.

Niepokoi więc, gdy rozważnie dotychczas przygotowujący drużynę selekcjoner Jan Urban – w wywiadach prasowych namolnie podkreśla walory zespołu Albanii. Jesteśmy wyżej od niej notowani, musimy z nią wygrać, podobnie jak później ze zwycięzcą meczu Szwecji z Ukrainą. Musimy na Mundial pojechać, a nie roztkliwiać się nad siłą przeciwników, jakbyśmy zawczasu szukali alibi dla porażki. Tylko wyjazd na Mundial da szansę naprawy polskiego futbolu, gdzie krajowe kluby za sprawą pazernych menedżerów stały się przechowalnią zagranicznych zawodników na przyszły użytek i pożytek drużyn zachodnich, co blokuje rozwój rodzimych talentów, a zespoły z kraju szybko odpadają z europejskich pucharach. Właśnie pożegnały się z tymi rozgrywkami dwa ostatnie z nich: Lech Poznań i Raków Częstochowa.

Nieobecność wśród najlepszych tylko ten zły stan zakonserwuje. Za to wyjazd na Mundial może otworzyć przed polskim piłkarstwem lepszą przyszłość. Znów powraca pytanie, jak ożywić piękne wspomnienia, kiedy byliśmy trzecią drużyną świata, a Kazimierz Deyna (1974) i Zbigniew Boniek (1982 r.) podobnie zajmowali 3. miejsce w rankingu najlepszych zawodników.  

Teraz mamy Roberta Lewandowskiego i Piotra Zielińskiego, dla których – jeśli awansujemy – tegoroczny Mundial pewnie okaże się w karierze ostatnim. Dotychczas większe sukcesy osiągali w klubach, niż w drużynie narodowej. Teraz im obu trafia się świetna okazja, żeby to przeświadczenie zmienić. 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 7

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here