Rządząca od czternastu lat partia nie ukrywającego skłonności autorytarnych Aleksandra Vucicia przegrała serbskie wybory parlamentarne z Listą Studencką. Zwycięskiej formacji nie tworzą wyłącznie żacy, chociaż to oni zgrabnie skoordynowali opór społeczny po zawaleniu się dworca kolejowego w Nowym Sadzie, spowodowanym przed dwoma laty przez korupcję i brak nadzoru. Teraz wskazali kandydatów z różnych środowisk, których łączy brak związku z dotychczasową serbską polityką.
Podobnie jak w kwietniu br. niedawny dysydent z Fideszu Peter Magyar na Węgrzech a trzy lata temu 15 października Trzecia Droga Szymona Hołowni i Władysława Kosiniaka-Kamysza w Polsce, dodająca bonus nowości do głosów oddawanych na tradycyjnych “przegrywów” z Koalicji Obywatelskiej i partii postkomunistycznej – serbska studencka lista pokazuje, jak możliwe staje się to, co miało niemożliwym na zawsze pozostać: odsunięcie od władzy zwolenników autorytaryzmu metodami wyłącznie pokojowymi, za pomocą kartki wyborczej.
Nie wykluczano zresztą do końca “wariantu siłowego”, po Belgradzie i innych większych miastach szwendali się w dniu głosowania faceci w czerni, wyglądający nieodmiennie na przyjezdnych, ale zawsze bez bagażu i poruszający się w dużych grupach. Wobec miażdżącej przewagi demokratów Vucic porażkę jednak uznał. Porzucił myśl o rozwiązaniu na skróty, gdy okazało się, że rozmiary zwycięstwa Listy Studenckiej (140 mandatów na 250, dodatkowo jeszcze pojedyncze mandaty zyskały mniejszości w tym węgierska i czarnogórska) przekreślają możliwość podważenia wyniku. Zamiast wystrzałów słuchać więc w Belgradzie klaksony, a zamiast wybuchów nocną ciemność rozświetlają race.
Zapomniana przez państwa zachodnie i pozostawiona na uboczu przemian po rozpadzie socjalizmu Serbia, najpierw uznana za winną wojny na Bałkanach, chociaż jej sprawcą był postkomunistyczny dyktator Slobodan Milosevic a nie ogół społeczeństwa, potem bombardowana przez Amerykanów, nie wpuszczona do Unii Europejskiej w której znalazło się miejsce dla Chorwacji mimo, że ta ostatnia nie rozliczyła się przekonująco z ustaszowsko-kolaborancką przeszłością z II wojny światowej – pokazuje, że demokracja nie musi pozostawać przywilejem społeczeństw najbardziej zamożnych i pozostających od co najmniej półwiecza w jej orbicie.
Prawosławni w większości Serbowie, zaznający od przemian ustrojowych czasu złych rządów, upomnieli się o nią spektakularnie. Teraz czas na gest Wspólnoty Europejskiej wobec nich z kolei. Zwłaszcza, że Serbia ma swoje wady, ale pozostaje bardziej demokratyczna i mniej skorumpowana od cieszącej się, zasłużenie zresztą, poparciem i współczuciem Ukrainy, wręcz do Unii zapraszanej bez wzięcia pod uwagę interesów tak rolników jak konsumentów w wielu krajach członkowskich w tym Francji i Polsce.
Utyskiwanie, że niespodziewani zwycięzcy głosowania powszechnego w Serbii nie są wystarczająco demokratyczni (jak czyni to “Gazeta Wyborcza” z 28 października 2026 r.) jeśli stanie się postawą powszechną w decyzyjnej Europie – może tylko wielką szansę zabezpieczenia jej peryferii (w planie minimum) lub nawet rozszerzenia (to już plan maksimum) zniweczyć. Pamiętajmy, że to o Serbię wybuchła I wojna światowa, tak jak o Polskę druga.
Koniec epoki dyktatorów ogłosił wkrótce po głosowaniu jeden z liderów zwycięskiej formacji Ilja Srdanovic, kardiolog i profesor uniwersytetu w Belgradzie. Trudno się martwić przegraną Vucicia, w oczywisty sposób przypominającego Viktora Orbana, Mateusza Morawieckiego czy Roberta Fico: ze wszystkich wymienionych u władzy pozostaje już tylko ten ostatni na Słowacji, co również stanowi optymistyczny prognostyk dla naszej części Europy. Ale też dla wszystkich spoza tego obszaru, co wolność kochają. Od samych Serbów zależy z kolei, czy zryw przy urnach (frekwencję szacuje się na ok. 70 proc) okaże się jednorazowym cudem czy początkiem nadrabiania narastających przez lata zaległości.