Świata nie jest za dużo… dla Olgi Tokarczuk

0
16

Zaczyna się ta opowieść w zburzonym Wrocławiu. Dom z dziurą pośrodku po radzieckiej bombie, stanie się tymczasowym przytuliskiem. I chociaż z czasem się zawali, ci co w nim pierwsze schronienie znaleźli, na Dolnym Śląsku pozostaną. Ich nowe życie nie zapowiada się spokojnie, mimo że wojna rok temu się skończyła. Na murach wiszą plakaty przed referendum, zorganizowanym przez komunistyczne władze. Oficjalne wzywają do głosowania “trzy razy tak”. Za to potajemnie po nocy rozlepiane afisze Narodowych Sił Zbrojnych – przestrzegają przed farsą i zdradą. Wokół odradza się życie, oprócz “szaberplacu” jak nazywa się tam bazar, działają hotele i kawiarnie, a nawet redakcje gazet, drukowanych po polsku w mieście, którego nazwę Breslau jeszcze niedawno pisało się szwabachą.

Niemców nikt nie żałuje, sami sobie to zrobili, gdy ich dowództwo postanowiło oszczędzonego wcześniej przez działania wojenne miasta bronić dłużej niż samego Berlina i zabijać nawet swoich, co wolę walki utracili. Reszty dokonały bomby i rakiety radzieckich zwycięzców. Pozostawiły krajobraz, przywodzący na myśl “Okropności wojny” Francisco Goyi z czasów działań francuskiej armii Napoleona w Hiszpanii.    

Miasto pokrzyw

W ruinach odnajdują się resztki dawnej, chociaż zbudowanej na ludzkiej krzywdzie świetności.  Dostrzega je Alois, wcześniej Adolf, który właściwego swojego imienia roztropnie przestaje używać z chwilą przejęcia Wrocławia przez polską władzę. “Kiedy szedł przez miasto, widział jeszcze plakaty, zapowiadające ostatnią kantatę graną w Breslau “Carmina Burana” Carla Orffa. Tak, był na tym przedstawieniu, w swoim najelegantszym ciemnobrązowym garniturze, którego wypchane ramiona dodawały jego marnej postaci wzrostu i masywności, w robionych na zamówienie butach, u tego samego od lat monachijskiego szewca (..)” [1]. Już wkrótce jednak miało się zmienić tak, że bardziej nie mogło: “Teraz, ponad rok po kapitulacji, Wrocław stał się miastem pokrzyw. Ich żółte i mocne podziemne kłącza wędrowały między kawałkami gruzu w poszukiwaniu światła, a gdy je znalazły, wychylały się i od razu wypuszczały bladozielony pęd. (..) Parzące liście będą strzec dostępu do tajemnic gruzów – do pogrzebanych w nich skarbów, do podziemnych przejść i wielopiętrowych piwnic, do rozkładających się ludzkich zwłok” [2].  

Śmierć jednak nie zatriumfuje, chociaż ślady wojny nosi na sobie nie tylko miasto, ale i zasiedlający je stopniowo bohaterowie – jak człowiek z blizną Nikodem Jakimski, rychło zresztą przez dawną znajomą ze Lwowa rozpoznany jako Walerian Kozowicz, dla przyjaciół Walik – bo nie tylko miasta zmieniają nazwy, ale również ludzie nazwiska wraz z miejscem zamieszkania.

Jedną z najdoskonalszych scen powieści okazuje się posiedzenie polskiej komisji nazewnictwa, ustalającej słowiańskie odpowiedniki określeń wsi, miast i rzek nawet. Dobrze, by nawiązywały do piastowskich czasów, choćby do imion bohaterów powieści historycznych. I koniecznie powinny być dla Niemców trudne do wymówienia. Im więcej “ż”, “dż” albo “cz”, tym lepiej. Urzędnicy nazywający dotychczasowy Waldenburg Wałbrzychem, wspomagani zresztą – a jakże – przez pisarza, wiedzą, że brzmi to raczej brzydko. Ale nie o to chodzi. 

Kiedy psy zostały zjedzone

Nie tylko ludzkie losy opisuje ta epopeja, bo w wypadku “Świata…” takie określenie okazuje się całkiem zasadne. Powrót do życia wśród ruin obrazuje niebywale naturalistyczna czy brutalistyczna wręcz scena, kiedy owczarek niemiecki radzieckiego oficera Wowka (zdobyczny czyli “trofiejny”, więc zapewne przedtem wabił się jakoś po germańsku) kopuluje raźno z suczką tej samej rasy, wcześniej nie odstępującą nawet na krok swojej pani, nastoletniej Polki, co trafiła do stającego się na powrót Wrocławiem Breslau ze Lwowa. Przy czym w grę wchodzi interes, żeby sprzedać potem z zyskiem szczeniaki, bo podczas oblężenia miejscowe psy zostały przez mieszkańców zjedzone. Pieski biznes organizuje naprędce za pośrednictwem milicjanta przedsiębiorczy Polak Szubert, zwany przez lokatorów kamienicy, którą samozwańczo zawiaduje po prostu Szubrawcem. Nie do końca wiadomo, skąd się tam wziął, bo ilekroć mówi o sobie – konfabuluje. Ten szokujący, chociaż z klasą oddany epizod pozwala uwolnić się opowieści od patosu, czyż nie tak?    

Zwierzęta też są bohaterami tej niezwykłej historii, wśród ludzi zaś – również ci nieobecni, ale widmowo wciąż istniejący za sprawą bliskich. Czasem rodzinę tworzą same kobiety, trzy ich pokolenia, jak w wypadku bohaterek noszących zbiorczą ksywę Jadwiga Samotrzeć. Matka i żona nawet kosztem córki, która po wojnie jak wszyscy potrzebuje jedzenia lepszego niż kartofle tylko i brukiew, przeznaczają spore pieniądze na opłacenie ogłoszenia o poszukiwaniu najważniejszego dla całej trójki mężczyzny. Chociaż szanse, że się odnajdzie, wydają się znikome, bo ostatni raz widziany był w Kazachstanie…

Czułość ciepła, gniotąca

A może jednak? Bo przecież dawni znajomi ze Lwowa się jakoś w odległym Wrocławiu spotkają: ona ma nowy zawód wróżki na którym nieźle zarabia, bo przyszłość po przeszłości tak strasznej jak wojenna jest w cenie. On nosi nowe imię i nazwisko, o czym już była tu mowa. W redakcji, gdzie znalazł posadę, choć to tylko przystanek w jego drodze, właśnie on przyjmuje do druku ogłoszenie poszukujące Polaka z Kazachstanu. I nie jest mu to obojętne: “Jakimski poczuł, że rozlewa mu się po piersiach czułość ciepła, gniotąca. Było to uczucie, które ukazywało wszystko w zupełnie nowym świetle (..). Wiedział, że ledwo starczyło im, by zapłacić za ogłoszenie. Okupiły je głodem” [3]. 

Czułego narratora Olgi Tokarczuk znamy z jej wcześniejszej twórczości, w tym wykładu noblowskiego i tomu esejów pod takim właśnie tytułem [4]. Nie odmawia też czułości własnym bohaterom, bez wyjątku przez wojnę doświadczonym. Nawet jeśli, jak repatrianci z Zachodu, spędzili ją we Francji. Też okupowanej i przez nazistów zagłodzonej. Chociaż Agnes wolałaby tam wrócić, niż na zawsze zostać Agnieszką, jej mąż podejmie pracę w kopalni w Wałbrzychu. Wyboru zresztą już nie mają. Komuniści przecież odebrali im paszporty. Nowy ustrój opiera się na przymusie. Chociaż nawet zwyczajni ludzie nie okazują się całkiem bezradni: jak urzędniczki i funkcjonariuszki, które w imię współczucia i kobiecej solidarności, wbrew rozlicznym przeciwnościom ekspediują zagubioną nastolatkę ze Lwowa do Polski, a konkretnie na Ziemie Odzyskane właśnie. Człowiek, często ofiara historii, znajduje sposoby, by przynajmniej korygować niektóre jej bezwzględne wyroki.   

Lawina i kamienie

Lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach – uczył nas inny noblista, Czesław Miłosz. Ostatecznego jej kierunku wciąż jeszcze nie znamy, w piątym roku wojny w sąsiedniej Ukrainie i kolejnej wędrówki ludów, która dała nam milion nowych współmieszkańców naszego kraju, a wiele innych milionów przemierzyło go tranzytem. Ale pojedyncze kamienie się liczą, przekazuje nam Tokarczuk do spółki ze swoim nie zawsze do końca wszechwiedzącym i na szczęście nie przemądrzałym, nieodmiennie za to czułym narratorem. 

W wędrówce ludów, jaką opisuje dla nas Olga Tokarczuk, zgruzowany do cna Wrocław, prawie nie tknięty przez wojnę Wałbrzych czy dolnośląskie wsie – nie są wyłącznie przystankami, nawet jeśli ludzie przemieszczają się między nimi. Czasem gubiąc tropy, czasem nie mogąc sobie miejsca znaleźć. Zostaną tam jednak. Rodzi się nowa społeczność.   

Bildungsroman, kategoria znana z niemieckiej klasycznej powieści, odnosiła się do formowania charakteru pojedynczego człowieka. Olga Tokarczuk pokazuje nam, jak budowała się wielomilionowa zbiorowość. Dolnego Śląska, części Ziem Odzyskanych. Do jej “Świata jest za dużo” pasuje zgrabny polski synonim Bildungsroman: powieść rozwojowa.   

W pewnym sensie to powieść totalna, skoro wbrew tytułowi – wieloznacznemu, więc zdaję się na własne jego rozumienie – świata wcale nie jest w niej za dużo dla wyobraźni literackiej ale i erudycji naszej literackiej noblistki.

Zarazem jest to opowieść wszelkim totalizmom nie tyle się sprzeciwiająca (przypomnieć tu wypada zarzekanie się Szczepana Twardocha, że “Nulla” stworzył po to, żeby opisać wojnę w Ukrainie a nie wspierać nim sprawiedliwą jej stronę) – co skutecznie obrazująca ich ograniczone możliwości. Człowiek się im wymyka. Życie ma swoje prawa i to ono zwycięży.    

I zapewne jest to najlepsza powieść Olgi Tokarczuk, której sztuce pisarskiej Nobel niespodziewanie posłużył, co w dziejach tej nagrody już ponad 120-letnich pozostaje raczej wyjątkiem niż regułą. Dobrą formę laureatki zapowiadał już tom esejów “Czuły narrator” oraz nawiązująca do “Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna proza fikcjonalna pod wyszukanym tytułem “Empuzjon”, gdzie czuły narrator zręcznie poumieszczał a inteligentny czytelnik wyłapał liczne nawiązania do zaczynającej się wtedy wojny w Ukrainie. 

To zarazem powieść wypełniająca lukę nie tylko w polskiej literaturze. Nie napisał podobnej Gliwicznin Horst Bienek ani Gdańszczanin Guenter Grass. Bo to zadanie nie dla tych, co uciekli, tylko tych, co pozostali lub przybyli jak przodkowie Olgi Tokarczuk na odzyskane przez Polskę ziemie zachodnie.  Z całym szacunkiem dla artyzmu “Blaszanego bębenka” zauważyć wypada, że odtwarza on w konwencji bliskiej realizmowi magicznemu niebyły już świat dawnego Danzigu (podobnie jak Gabriel Garcia Marquez nie fotografował Kolumbii choć umieścił w niej swoje Macondo) – a nie pokazuje to, co powstało na jego gruzach. Może to i lepiej, bo gdyby Grass w tej kwestii miał się okazać prawdomówny jak w sprawie własnej przynależności do SS (ściślej: aby ją ujawnić czekał… 61 lat), nie mielibyśmy z podobnej prozy wielkiej korzyści. 

Terra incognita… wreszcie zdobyta

Polska literatura ma wprawdzie z oczywistych względów sumienie czystsze niż niemiecka, jednak przed prawie 40 laty Rafał Grupiński w swoim szkicu w paryskiej “Kulturze” nader znamiennie zatytułowanym “Nędza literatury” wymieniał nieliczne tylko powieści stanowiące alternatywę dla powszechnej w powojennej prozie polskiej tendencji unikowo-eskapistycznej. Do chlubnych wyjątków, których autorzy nie uciekli od tematów ważnych, wielkich i stanowiących wyzwanie, zaliczył klasyczny już “Popiół i diament” Jerzego Andrzejewskiego, twórczość Stanisława Dygata, Marka Hłaski i Janusza Głowackiego a także “Sennik współczesny” Tadeusza Konwickiego oraz “Złego” Leopolda Tyrmanda [5].   

Ten ostatni jako jedyny podjął temat powojennej odbudowy, mniejsza o to, że w sensacyjnej i popularnej konwencji, bo to książce i jej prawdziwości raczej pomogło niż zaszkodziło. Sam zaś przed pięciu laty na łamach “Opinii” starałem się wykazać, że na tle bezradności powojennej literatury “chlubnymi wyjątkami pozostają, jeśli chodzi o temat Ziem Zachodnich – Józef Hen ze swoim “Toastem” zaś co do odbudowy Warszawy – Leopold Tyrmand” [6].  Zarówno do głośnej “listy Grupińskiego” jak mojego tak skromnego wykazu wypada dziś dopisać najnowszą – i podobno ostatnią, jeśli wierzyć autorce – powieść Olgi Tokarczuk.

Zresztą od początku – wbrew obiegowym opiniom o hermetycznym i niedostępnym dla profanów formacie jej prozy, umiała ona trzymać dłoń nie tylko na klawiaturze ale i pulsie społecznych wydarzeń. Pierwsze poważne opowiadanie Tokarczuk “Numery” opublikował w swoim piśmie “Czas Kultury” sam Grupiński, a dotykało w niebanalny sposób tematu emigracji zarobkowej nie schodząc przy tym do poziomu (a może powinienem napisać “levelu”)  serialu “Londyńczycy”. Później choćby powieść “Prowadź swój pług przez kości umarłych” (zekranizowana jako “Pokot”) przewidziała niestety plagę agresji we współczesnym świecie i bez zbędnej demagogii przed nią ostrzegała. 

Poza wszystkim innym, “Świata jest za dużo” to niebywale ciekawa historia. “W końcu stało się to, czego tak bardzo się Jakimski obawiał od dawna: dostał wezwanie na UB. Posprzątał w swoim małym mieszkaniu (..). Liczył się z tym, że już nie wróci” [7]. Jak się tam zachowa – nie uprzedzajmy faktów. Chociaż wiadomo, że to nie kryminał, pewien suspens wpisuje się nieodłącznie w konwencję powieści, nawet jeśli traktuje ona o odległych historycznie czasach, pamiętamy jak pięknie zaskakiwał nas Teodor Parnicki w dziejącym się w średniowieczu “Tylko Beatrycze”.

Dodajmy więc jeszcze, że gdy Jakimski wreszcie do tego urzędu, co mu nie daje żyć, choć to już właściwie jego drugie życie, wreszcie dotrze – za biurkiem naprzeciwko, w fotelu przesłuchującego, zasiądzie osoba doskonale bohaterowi znana z lwowskich jeszcze czasów. Chyba, że się myli, w grę wchodzi bowiem łudzące podobieństwo albo to obłęd, chociaż od wojny sporo czasu upłynęło, zwyciężył. W świecie Tokarczuk nic nie okazuje się bowiem do końca oczywiste i tak zapewne pozostać powinno…  Przecież narrator tej opowieści ma być przede wszystkim czuły, ale niekoniecznie wszechwiedzący, co raz jeszcze powtórzyć wypada…     

[1] Olga Tokarczuk. Świata jest za dużo. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026, s. 164

[2] O. Tokarczuk. Świata jest za dużo, op. cit, s. 186-187

[3] ibidem, s. 201-202

[4] por. Olga Tokarczuk. Czuły narrator. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020

[5] Rafał Grupiński. Nędza literatury. “Kultura”, Paryż 1987 nr 1/2, s. 147

[6] Łukasz Perzyna. Leopold Tyrmand. Magik i strateg (część druga). “Opinia” nr 131 lato 2021, s. 268 

[7] O. Tokarczuk. Świata jest za dużo, op. cit, s. 655

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here