Wybory na Węgrzech wygrała z Fideszem autokraty Viktora Orbana Partia Szacunku i Wolności – bo tak brzmi polskie tłumaczenie nazwy formacji Petera Magyara znanej zwykle pod skrótem TISZA. Kolejność wartości, w tej nazwie zawartych, powinna dać do myślenia polskim demokratom. Wciąż nie potrafiącym zrozumieć, czemu Rafał Trzaskowski przegrał przed niespełna rokiem wybory z Karolem Nawrockim.
Najprostsza odpowiedź na to ostatnie pytanie brzmi: bo był marnym kontrkandydatem. Podobnie jak on sam w 2020 r. dla Andrzeja Dudy czy operetkowa demokratka Kamala Harris dla Donalda Trumpa w Ameryce, a także wcześniej przegrywający z Orbanem – zanim do roboty wziął się niedawny fideszowski dysydent Magyar – przedstawiciele węgierskich partii demokratycznych głównego nurtu, okazujący zwykle bezbrzeżną pogardę wyborcom z prowincji i w ogóle nie rozumiejący, jak można na takie paskudztwo jak Fidesz głosować, skoro prawie cały Budapeszt ich oświeconych popiera.
Podobnie w Polsce w 2025 r. symbolem podejścia do wyborców stało się przytarganie do Domu Pomocy Społecznej w Nowym Dworze Mazowieckim przez “sztabówkę” Trzaskowskiego, posłankę Kingę Gajewską worka kartofli w wielkopańskim prezencie dla pensjonariuszy. Gdy już ten akt pogardy nagłośniły media, trudno się było dziwić, że większości uczestników drugiej tury nie przeszkadzało, że rywal Trzaskowskiego – Nawrocki skrzywdził mieszkańca innego, gdańskiego DPS-u wyzuwając go szpetnie z kawalerki, jedynego dobra, jakie tamten posiadał.
Kto musi dorosnąć czyli wilcze prawo demokracji
Podobnie w USA androny wygadywane w kampanii przez Harris, uwłaczające inteliogencji tych, co jej słuchali – znieczuliły umiarkowanych wyborców na kwestie rosyjskich powiązań jej republikańskiego kontrkandydata Trumpa. Poza tym zadziałało przekonanie, że ten ostatni prezydentem raz już był i nic złego się nie stało. Dlatego też u nas przed rokiem nieskuteczne okazało się tłumaczenie przez spin doktorów Koalicji Obywatelskiej, że zwycięstwo boksera Nawrockiego oznacza koniec może nie Polski ale demokracji – kiedy wyborcy wiedzieli doskonale, że uprzednio sprawujący ten sam urząd prawnik, a nie pięściarz Andrzej Duda w trakcie aż dwóch kadencji co prawda prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu stawiał się rzadko, ale jemu samemu jako głowie państwa trudno konkretne potworności przypisać. Polska nie zawaliła się przez tamte dziesięć lat, z czego obywatele wnioskowali, że nie runie także za kadencji następnego pisowskiego prezydenta. Starszak nie zadziałał. Wiemy zresztą, że nie tylko w polityce strach jest złym doradcą. Pamiętamy, co wypisywano w 1990 r. o Stanisławie Tymińskim (miał nawet podróżować do Libii Muammara Kaddafiego, co akurat okazało się nieprawdą) – a nie przeszkodziło mu to w pokonaniu w pierwszej turze premiera Tadeusza Mazowieckiego, chociaż w drugiej już przegrał z Lechem Wałęsą. Dla co czwartego Polaka, ten egzotyczny reemigrant otoczony b. dziennikarzami “Trybuny Ludu” (jak Roman Samsel) i komentatorami Dziennika TV w stanie wojennym (jak Józef Kossecki) jakoś uosabiał mit i mir dobrego wujka z Ameryki, co ze współczuciem pochyla się nad problemami zwykłego człowieka, nawarstwiającymi się wtedy lawinowo w postaci społecznych skutków planu Leszka Balcerowicza, do masowego bezrobocia po powszechne zwłaszcza poza Gdańskiem, Warszawą i Krakowem poczucie degradacji. To wtedy w reakcji na szokujący wynik pierwszej prezydenckiej tury elity ukuły sławetne: społeczeństwo nie dorosło. W domyśle – do demokracji.
Teraz dorosnąć muszą elity. I mają się od kogo uczyć, skoro tak instruktywny okazuje się piękny przykład Węgier. Wspaniały nie tylko dlatego, że przegrał tam proputinowski autokrata. Znakomity również z tego powodu, że w wyborach które jego karierę u władzy zakończyły – wzięło udział 80 procent obywateli.
Po pierwsze: szacunek, taka lekcja zawiera się w samej nazwie zwycięskiej partii. Co nie oznacza, że wolność pozostaje mniej ważna. Cieszymy się nią jednak, podobnie jak i Węgrzy – już prawie 37 lat. Nie potrzeba natomiast badań opinii, aby stwierdzić, że deficyt szacunku zwyczajny obywatel odczuwa na co dzień. Ze strony sztywnych i nieprzyjaznych urzędników, nawet jeśli okazują się bardziej oświeceni niż w pisowskich czasach, aroganckich sądów nawet jeżeli są wolne, czego brakowało za Zbigniewa Ziobry. Również ze strony mediów głównego nurtu, zwykle zajmujących się tematami żywotnymi niczym jętka jednodniówka i podobnie jak ona istotnymi w przyrodzie.
Potrzeba respektu… i proste rozwiązania
Polacy oczekują szacunku i uznania, stąd biorą się w znacznej mierze ich niekiedy – od czasów wspomnianego Tymińskiego – szokujące decyzje wyborcze. Jeśli na tak oczywistą potrzebę nie odpowiedzą demokratyczni politycy i wspierające ich media głównego nurtu – przebije ich oferta mających wciąż urok nowości (bo przecież nigdy jeszcze nie rządzili) populistów oferujących proste rozwiązania trudnych problemów: jak słynne “z czego ma być finansowana służba zdrowia? Z pieniędzy” autorstwa Sławomira Mentzena. Ale na ich plecach powrócą wtedy ci, co fatalnie sprawowali władzę w latach 2015-23 r. PiS potraktuje obie Konfederacje jako alibi tylko, czy mięso armatnie, podobnie jak Jarosław Kaczyński w latach 2005-7 Samoobronę Andrzeja Leppera i Ligę Polskich Rodzin Romana Giertycha. Kiedy to korzystał z ich głosów w Sejmie, mając nadzieję, że z czasem wyaresztuje ich liderów, do czego zresztą niewiele mu zabrakło, by scenariusz zrealizować: pamiętamy sfingowaną aferę gruntową.
Warto też pamiętać, że część wyborców głosuje zwyczajnie na przekór, choćby po to, by skarcić aktualnie sprawujących władzę za niespełnione obietnice przedwyborcze. 15 października 2023 r. zadziałało to na korzyść koalicji nazwanej później od tej daty. Ale już 1 czerwca 2025 r. stało się niezawodnym paliwem dla Nawrockiego.
Peter Magyar wygrał dlatego, że ruszył z kampanią tam, gdzie wcześniej głosowano na Fidesz, do puszty i podupadłych ośrodków dawnego przemysłu. Rozmawiał z mieszkańcami i przekonywał do skutku, zamiast wzorem kolegów z Polski dziwić się ich nikłemu przywiązaniu do europejskich wartości. Pokazał, że żywi szacunek dla narodowej tradycji i nie jest mu obcy los rodaków, zamieszkałych za granicą: a to kwestie, wobec których jego poprzednicy, demokratyczni konkurenci Orbana, zachowywali zwykle zimną obojętność. Magyar wykazał się też umiarem i rzeczowym spokojem: Ukrainy nie widzi w Unii Europejskiej, nawet jeśli ostro przeciwstawia się Rosji i jej agresji wobec wschodniego sąsiada Węgier i w odróżnieniu od Orbana, gdy go już zastąpi, poprze wspólne unijne restrykcje w stosunku do Kremla, które ustępujący premier sabotował z dwóch względów: tendencję do nadskakiwania Putinowi oraz ochronę interesów wspierających jego i Fidesz oligarchów związanych zwł z sektorem energetycznym.
Wedle europejskich standardów TISZA, Partia Szacunku i Wolności, jest umiarkowaną formacją centroprawicową, nie angażującą się w wojny ideologiczne. Jeśli TISZA przypomina Platformę Obywatelską, to z czasów, kiedy kierował nią Maciej Płażyński. Nie tylko ze względu na podejście lidera Partii Szacunku i Wolności do tradycji i kwestii związanych z wartościami i wrażliwość społeczną oraz docenianie wagi rozwoju gospodarczego i dzielenia jego owoców, formacja ta budzi również skojarzenia z dawnym Ruchem Odbudowy Polski. Można powiedzieć, że tak jak mec. Jan Olszewski trzymał z Lechem Wałęsą, dopóki ten był antykomunistyczny, a potem miał odwagę mu się przeciwstawić, podobnie Magyara kiedyś Orban oczarował jako autor żądania wycofania wojsk radzieckich z Węgier, ale gdy później coraz bardziej uległy wobec Kremla lider sprzeniewierzył się patriotycznej tradycji – spotkał się ze sprzeciwem, oznaczającym mobilizację opinii publicznej przeciw karykaturalnemu podejściu coraz bardziej pewnej siebie władzy do własnych dawnych haseł i ideałów. Na biogram Magyara wyborcy zresztą nie patrzyli. Liczyła się jego determinacja przeciwko pasożytującym na demokracji i zmieniającym reguły gry w jej trakcie “tłustym kotom”. Wybór obywateli położył kres zawłaszczaniu państwa.
Pozostaje uczyć się od Węgrów, na których jeszcze niedawno wielu mędrców u nas spoglądało z wyższością, że tak długo (bo całe szesnaście lat) pozwalają rządzić Orbanowi. Lekcji udzielić może demokratom z Polski także Rumunia, gdzie tamtejszy obóz oświeconych zdobył się na wystawienie w wyborach prezydenckich kandydata poważnego, w przeciwieństwie do Trzaskowskiego, i rozumiejącego potrzeby społeczne, także wtedy, gdy wcześniej pozostawał burmistrzem stolicy (walczył z deweloperami, zamiast im we wszystkim ustępować, jak czyni to jego warszawski odpowiednik). Nicusor Dan pokonał proputinowskiego ale też wspieranego z oddali przez PiS kandydata autokracji George’a Simiona, chociaż po pierwszej turze to ten ostatni utrzymywał przewagę w proporcji dwa do jednego, a życzliwi faworytowi Rosjanie ingerowali w wybory na ile tylko mogli.
Historię jak wiadomo piszą zwycięzcy, ale najpierw na wygraną trzeba zasłużyć. Napracował się na nią rzetelnie Peter Magyar wraz ze swoją formacją, o nazwie dla obywateli znaczącej, bo odwołującej się do istotnej dla nich potrzeby. Demokraci z Polski zrobią z tym przykładem, co zechcą, ale też będą za to oceniani.