Nie lękajcie się… własnego cienia

0
122

Sejm, godziny szczytu, jeśli tak rzec można: przedpołudnie w środę, pierwszy z trzech planowanych dni plenarnych obrad. Korytarz przed salą posiedzeń. Zadaję wicemarszałkowi Krzysztofowi Bosakowi pytanie o aferę senacką, sprowadzającą się do zmarnotrawienia i przechwycenia przez propagandystów środków na rzecz promocji kultury polskiej wśród rodaków za granicą. Koło mnie stoją trzy ekipy różnych stacji telewizyjnych. Zanim jeszcze zdążę pytanie dokończyć – wokół mnie robi się pusto. Najszybciej zwija się załoga TVP, ponaglana desperackimi sygnałami reporterki.

Szybciej, szybciej… Bosak widzi co się dzieje z ekipami mediów głównego nurtu, ale z trudem zachowując powagę – jako stary wyjadacz i dawny bohater “Tańca z gwiazdami” – odpowiada w miarę rzeczowo. Oczywiście niedobrze – tłumaczy wicemarszałek – gdy publiczne środki przeznacza Senat tylko na kulturę własnego obozu, jak działo się to dwie kadencje wstecz, albo wręcz na promocję anty-kultury. Bosak nie ma z odpowiedzią kłopotu. Łatwo mu, bo Konfederacja… nie ma senatorów. Nie musi się więc tłumaczyć z rozczarowania, jakie zgotowała własnym wyborcom z 15 października 2023 r. marszałkini Małgorzata Kidawa-Błońska: wieloletnia producentka filmowa i żona reżysera Jana, autora wstrząsającej “Różyczki”. Chociaż we wnioski o dotacje cwaniacy powpisywali nazwiska osób powszechnie szanowanych jak historyk Norman Davies (twórca “Bożego igrzyska”) czy prozaik Jakub Żulczyk (autor “Kandydata”), pomimo, że pierwszy im odmówił, bo czuł smród afery,  a drugi nic o żadnej promocji nie wiedział – spotkania w Londynie pod pretensjonalną nazwą Czwartków Literackich zorganizowano nie z żadnym z nich, lecz z takimi intelektualistkami jak autorka książek “Debil” i “Alfons” o dwóch ostatnich prezydentach wywodzących się z PiS Aleksandra Sarna oraz bojowniczka Strajku Kobiet Klementyna Suchanow, chociaż tej ostatniej do warsztatu pisarskiego nie tylko Olgi Tokarczuk ale nawet Manueli Gretkowskiej sporo brakuje.  Aferę zresztą już na łamach PNP24.PL opisywałem. 

Stanowi kompromitację rządzących. Choćby jako kalka czy raczej lustrzane odbicie dawnych praktyk pisowskich, kiedy to dotacjami zasilano biernych, miernych ale wiernych grafomanów. Zła tej miary nie da się ukryć, nie dlatego, że bulwersuje, tylko z tego powodu, że opinię publiczną takie aferalne praktyki śmieszą, nawet jeśli jest to śmiech przez łzy, bo przecież na promocję Aleksandry Sarny jako sprawczyni wulgarnej sagi o pisowskich prezydentach wyrzucono pieniądze, na których skorzystać mogliby zdolni literaci. A nie siewcy nienawiści, której wokół mamy w nadmiarze.

Jeśli domorośli medialni macherzy medialni liczą, że uda się to ukryć – popełniają podobny błąd co cenzorzy z lat 70, zabraniający podawania danych o zasięgu alkoholizmu w PRL czy nawet wycięciu fragmentów lasu anińskiego, bo literalnie takie również zapisy zawierała czarna księga Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, wywieziona do Szwecji przez jego pracownika Tomasza Strzyżewskiego i opublikowana w  wolnym świecie staraniem Aleksandra Smolara.

Strach jest złym doradcą, jak głosi obiegowa mądrość

Asekuranci i dwie scenki z tego samego korytarza.

“Żeby-z-tego-czego-nie- bylcy”, w poemacie o takim nieco dziwacznym dla polskiego ucha tytule (ruszczyzna lubuje się w złożeniach, każdy zna uniwermag czy specnaz), który bardziej po ludzku dałoby się przetłumaczyć jako “Asekuranci” – wykpiwał strachem podszyte postawy oportunistyczne w dobie głasnosti proklamowanej przez sekretarza generalnego KPZR Michaiła Gorbaczowa natchniony poeta rosyjski Jewgienij Jewtuszenko. 

Aż dziw, że główne tezy tego wierszowanego przekazu sprzed 40 lat okazują się aktualne w ojczyźnie Solidarności i Karola Wojtyły. Papieża z Polski, co swoją społeczną naukę oparł na niezapomnianym: Nie lękajcie się. Nie wyłącznie przecież do nas adresowanym. Przesłanie to skierowane nie tylko do rodaków Ojca Świętego rezonowało masowym ale i pokojowym obalaniem dyktatur niezależnie od ich proweniencji: w Polsce czy Nikaragui komunistycznych, ale w Chile czy na Filipinach prawicowo-konserwatywnych.   

Zważmy też – żeby zachować prawdziwe relacje przyczynowo-skutkowe – że niezależne dziennikarstwo w Polsce pojawiło się już, poza zasięgiem cenzury, kiedy Wojtyła był jeszcze “tylko” kardynałem krakowskim. Za sprawą m.in. Mirosława Chojeckiego, którego niedawne pożegnanie stało się okazją do przypomnienia tej genezy. Chociaż naturalnie wybór Wojtyły na Stolicę Piotrową niebywale drugi obieg w kraju wzmocnił.           .             

Aż w nieco ponad dekadę później stał się on obiegiem wspólnym, pierwszym i jedynym, a wolność słowa faktem, chociaż rząd Tadeusza Mazowieckiego cenzurę (GUKPPiW) zniósł ze skandalicznym opóźnieniem, bo dopiero w połowie 1990 r: o tej opieszałości zdecydowały  interesy kamaryli dawnego solidarnościowego obozu. Zarówno bowiem kierowana przez Adama Michnika “Gazeta Wyborcza” jak “Tygodnik Solidarność” zawiadywany przez nie będącego przecież dziennikarzem Jarosława Kaczyńskiego obawiały się konkurencji podziemnych pism, gdy tylko wyjdą na powierzchnię i trafią do kiosków Ruchu. Więc im to udaremniły. 

Czas na zwiastun powrotu do normalności jednak, na tym samym sejmowym korytarzu może w godzinę później jestem świadkiem zdarzenia, które to zapowiada. Czołowy polityk Koalicji Obywatelskiej podchodzi do dziennikarza Republiki, stacji uznawanej za pisowską. Dłuższą chwilę rozmawiają. Wreszcie poseł poklepuje reportera po ramieniu. – Tylko pamiętaj – słyszę. Pewnie jakąś istotną informację przekazał na wyłączność. Rozstają się po przyjacielsku. Tak to działa w dłużej niż w Polsce funkcjonujących demokracjach. Warunek wydaje się jeden: pokonać strach. Przed wydawcą w redakcji, strzegącym prawomyślności (kto myśli poza schematami, ten nie nasz, tylko symetrysta) lub przewodniczącym w klubie, co przecieki tropi. 

Komunikacja społeczna stanowi przecież alternatywę dla niczym nie maskowanej wrogości rodem z epoki plemiennej. A media mają być czwartą władzą, a nie uciekać.

Na dwie długości miecza

Nie przypadkiem w parlamencie brytyjskim z dumą pokazuje się wycieczkom, że ławy partii władzy i opozycji odsunięte są tam od kilkuset lat na dwie dwie długości miecza. Co w zamyśle skłaniać miało do tego, by wybrańcy narodu powstrzymali się od pokusy przejścia od argumentów do ciosów.

Nie za króla Ćwieczka, lecz przed ćwierćwieczem ówczesny wicepremier i lider współrządzącej Unii Wolności Leszek Balcerowicz, gdy postanowił, że nie będzie kandydować na prezydenta (co nie pozostawało wcale oczywiste), wybrał do zakomunikowania tej decyzji opinii publicznej wywiad jaki z nim przeprowadzałem dla “Życia” Tomasza Wołka, czytywanego chętniej przez zwolenników Akcji Wyborczej Solidarność jako sojuszniczej partnerki UW, a nie łamy chwalącej go bez ustanku “Gazety Wyborczej”.

Z czasów drugiej koalicji Sojuszu Lewicy Demokratycznej z Polskim Stronnictwem Ludowym zapamiętałem, jak czołowy polityk drugiej z tych formacji sam zadzwonił do mnie na telefon komórkowy – a pracowałem wtedy dla dalekiego od popierania rządzących postkomunistów czy nawet “zielonych” “Tygodnika Solidarność” – by powiadomić mnie osobiście, że to nie on negocjował umowę koalicyjną. I że uznaje ją za niekorzystną dla Stronnictwa i szkodliwą dla Polski. Wiele razy potem dobrze nam się współpracowało, kiedy jego partia… znalazła się już w koalicji z kim innym. 

Tak to działa, wystarczy wyzbyć się uprzedzeń. Na tym również demokracja polega. Jeszcze niedawno modny był minimalizm, nie tylko w sposobach urządzenia mieszkań, więc pracownikom mediów głównego nurtu, zamiast wzniosłych formuł rodem z najnowszej historii, zaproponować można najprostszą: nie bać się własnego cienia… 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 9

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here