Trudno się zgodzić z poglądem Donalda Tuska, że dorobek Polski po 1989 roku przewyższa osiągnięcia międzywojennej II Rzeczypospolitej i to obecnie nasz kraj “przeżywa złoty okres”, co więcej “nigdy nie był ani tak bogaty, ani tak stabilny”. Ale nie na tym główny problem polega: premier prawie 40-milionowego państwa powinien zająć się rządzeniem, czyli w minimalistycznej interpretacji przynajmniej nie dopuszczeniem do powrotu do władzy PiS, skoro wcześniej przyznał, że z 30-procentowym poparciem dla swojej Koalicji Obywatelskiej jest w stanie wprowadzić w życie co najwyżej podobny odsetek obietnic przedwyborczych.
Bez orzekania o winie (pamiętamy słynne “społeczeństwo nie dorosło” z 1990 r, kiedy to Stanisław Tymiński nie wpuścił Tadeusza Mazowieckiego do drugiej tury wyborów prezydenckich a wygrał wtedy i tak Lech Wałęsa) warto raczej gonić rządzących do roboty w miarę naszych skromnych obywatelskich możliwości, niż przystawać bezkrytycznie na to, by zawczasu wciskali nam kit, mający z góry uzasadniać ich przyszłą porażkę.
Czym się różni seminaryjna katedra od nawy państwowej
Tusku musisz – wzywał przed laty wybitny publicysta Jacek Żakowski, biegły również w politologii stosowanej jako swego czasu rzecznik nie podzielonego jeszcze Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Nie personalizując aż tak bardzo polskich nadziei na powrót do kraju lepszej demokracji niż ta nieoświecona pisowska, rozumiałem wtedy podobny tok myślenia.
Teraz demokraci rządzą od dwóch lat. Dla jednych pozostają Koalicją 15 Października. Drudzy tytułują rządowy sojusz od daty 13 grudnia (wtedy, niefortunnie na rocznicę stanu wojennego, na co Tusk przystał, bo… spieszył się na szczyt Unii Europejskiej, zaprzysiężono w 2023 r. nowy gabinet). Co ich łączy? Zapewne deficyt poczucia bezpieczeństwa, związany nie tylko z nocą dronów (z 9 na 10 września br.) ale z narastającym stresem spowodowanym przeciągającą się wojną w Ukrainie, trwającą już prawie cztery lata. Wszystkim też doskwiera drożyzna, której dotkliwości nie wychwytują oficjalne statystyki, a dotyczy podstawowych produktów, nie luksusu. Nikt poważny zapewne nie sprzeciwiłby się wzmacnianiu polskiego sektora w gospodarce – o jej polonizacji wspominają przecież obaj kolejni premierzy, najpierw Mateusz Morawiecki, teraz Donald Tusk, ale do słów się ograniczają. Podobnie oczywista wydaje się potrzeba wspierania przedsiębiorców – zarówno dla tych, co sami tworzą wzrost gospodarczy (między 3 a 4 proc rocznie wedle bieżących danych), jak tych, co zajmują stworzone przez zaradniejszych od siebie miejsca pracy, dzięki czemu nie stwarzają problemów rozbudowanemu ponad miarę za pisowskich rządów “socjalowi”.
Wbrew pozorom wyliczenie tego wszystkiego, co wciąż łączy Polaków okazuje się bez porównania łatwiejsze niż wskazywanie punktów spornych między nami. Ta pierwsza lista okazuje się bardziej obfita i jakościowo ważniejsza.
Znaczna część zwolenników obecnej władzy sprzeciwia się niańczeniu nielegalnych imigrantów i Tusk idzie za ich nastrojami, utwardzając postawę wobec Brukseli i propagowanego przez nią paktu. Wielu wyborców opozycji cieszy z kolei utrzymanie wzrostu gospodarki, nawet jego wskaźniki okazują się dwa razy skromniejsze niż za rządów Waldemara Pawlaka czy Kazimierza Marcinkiewicza, wcale zresztą nie wspominanych przez Polaków jako “belle epoque”. Tą ostatnią pozostaje raczej Dwudziestolecie Międzywojenne, do którego osiągnięć tak protekcjonalnie odnosi się Donald Tusk, świadomy faktu, że nie jest to wypowiedź historyka – którym z wykształcenia pozostaje – lecz sternika nawy państwowej.
Premier Tusk, przedkładający w swojej narracji dorobek 36-letniej transformacji ustrojowej, o której ekonomista Dariusz Grabowski mówi, że nie wyznaczono czasu jej trwania ani nawet jej celu – nad bilans II Rzeczypospolitej popełnia pierwszy i oczywisty błąd. Ocena tej pierwszej dzieli bowiem Polaków. Skoro bez trudu udaje się pokrótce wyliczyć, co nas wszystkich łączy – lepiej do tego się odwołać. Zwłaszcza w wypowiedziach przy okazji święta narodowego 11 Listopada.
Za demokracją i jej trzema listami zagłosowało niewątpliwie 15 października 2023 r. wielu dawnych wyborców Konfederacji Polski Niepodległej czy Ruchu Odbudowy Polski, krytycznie nastawionych do planu Leszka Balcerowicza i masowej wyprzedaży majątku narodowego. Nie wiem, po co Tusk ich sobie zraża, gloryfikując dokonania ostatnich trzech dekad z kawałkiem. Do jego sytuacji pasuje raczej szukanie punktów wspólnych i kooptacja, a nie antagonizowanie. Stabilność Polski, którą Tusk zachwala nawet gdy nad nami fruwają obce drony i rakiety – nie przekłada się na pewno na komfort ekipy rządzącej, która nawet jeśli powoduje się głównie egoizmem, ma teraz o czym myśleć. I oby pozostającego jej czasu nie zmarnowała, zanim powrócą do władzy ci, co do których motywacji trudno żywić złudzenia, bo za dobrze ich – chociaż nie z dobrej wcale strony – poznaliśmy.
Nawet niemiecki springerowski dziennik “Die Welt” dla którego sprawy polskie nie stanowią na pewno priorytetu – zakłada porażkę obozu Tuska w najbliższych wyborach parlamentarnych. Fakt, że pozostały do nich dwa lata, stwarza obecnej władzy, silnej również poparciem mediów głównego nurtu szansę nie tylko przegrupowania – bo rekonstrukcje rządu nie przemawiają do szerokiej opinii, o czym przekonaliśmy się tak za rządów AWS-UW, jak SLD-PSL – lecz rozszerzenia przekazu. I uwiarygodnienia go konkretnymi działaniami, przy oczywistych ograniczeniach, jakim pozostaje weto prezydenckie. Sztuka rządzenia nie polega jednak na udanym przepychaniu ustaw przez parlament.
Jeśli nie pojawi się oferta dla kolejnych głosujących roczników, jak również wyborców o demokratycznych przekonaniach, którzy 1 czerwca br. w domach pozostali – co przyczyniło się do niższej niż 15 października 2023 r. frekwencji i wygranej Karola Nawrockiego z anemicznym Rafałem Trzaskowskim – ziści się fatalizm, wyrażający się w powszechnym przekonaniu, że po kolejnych wyborach Polską rządzić będzie PiS z Konfederacją a może nawet dwiema (dodajmy bowiem do rachunku tę Korony Polskiej Grzegorza Brauna, wedle większości badań zdolną do sforsowania progu pięcioprocentowego).
Ponad dwie trzecie Polaków uznaje, że Prawo i Sprawiedliwość ma realne szanse na ponowne objęcie władzy, liczy się z takim rozwojem sytuacji ponad połowa wyborców zwycięskiej w 2023 r. Koalicji 15 Października [1]. Bez dworowania da się więc uznać, że jeśli podobne nastroje mają się utrzymać – tylko cud może uratować obecnie rządzących. O cudach będzie za chwilę, postaram się wykazać, że w realnej polityce nie istnieją. Na pewno wyborcy, jeśli zadają sobie trud pójścia do urn, to nie po to, by głos swój oddać na znak protestu. Wyborca zostanie w domu, jeśli uzna, że nie ma on znaczenia. Trzaskowski został przez Nawrockiego pokonany również dlatego, że to ten pierwszy, prezydent Warszawy a nie prezes Instytutu Pamięci Narodowej uchodził za “przegrywa” odkąd bez sukcesu zastąpił w prezydenckim wyścigu sprzed pięciu lat Małgorzatę Kidawę-Błońską. Uchronił wtedy macierzystą partię przed kompromitacją jaką niósł za sobą lawinowy spadek poparcia dla obecnej marszałkini Senatu, ale nie samego siebie przed wspomianą etykietą.
Kto odgrzeje pizzę z Jagodna i czy ludzie zechcą ją zjeść
Miarę różnicy formatu między Polską z międzywojnia a obecną, transformującą się, stanowi porównanie dwóch zdarzeń, tym bardziej zasadne, że propagandyści – bo nie rasowi historycy przecież – każde z nich bałamutnie określili mianem cudu, żeby pomniejszyć sprawczą rolę ludzi. Nie tylko Józefa Piłsudskiego, który za sprawą zwycięskiego manewru znad Wieprza odwrócił losy przesądzającej o zachowaniu niepodległości Bitwy Warszawskiej w sierpniu 1920 roku. Wygrana na polu bitwy stała się możliwa dzięki chłopskiemu premierowi Wincentemu Witosowi, który zmobilizował wtedy masy do żarliwej obrony odzyskanego państwa. Ludzie szli do szeregów, bo uznali tę odrodzoną Polskę za swoją, chociaż poprzedniej niepodległości z oczywistych względów – minęło od niej 150 lat – pamiętać nie mogli. Socjologicznie wszystko to da się łatwo uzasadnić, żadnego cudu w tym nie było.
To dla propagandy określił wiktorię warszawską mianem “cudu nad Wisłą” endecki propagandzista Stanisław Stroński, bo nie znosił Piłsudskiego. Chwalcy Naczelnika Państwa też muszą jednak mieć na uwadze, że autor tamtej wygranej był zbiorowy. Masy narażały życie nie dla Komendanta, nie dla swojego premiera, lecz dla Polski po prostu. Żołnierz walczył w obronie domu i gospodarstwa, polskiej szkoły i kościoła, własnego znanego mu sposobu życia – i czuł wsparcie zarówno bliskich jak całego społeczeństwa.
Cud wysokiej frekwencji, rekordowej w dniu 15 października 2023 r., bo poprzednio bardziej gromadnie obywatele głosowali tylko w pierwszych wolnych i powszechnych wyborach do Sejmu Ustawodawczego 26 stycznia 1919 r. – podobnie można między bajki włożyć. Jak najbardziej racjonalnie bowiem Polacy uznali, że trzy w miarę mocne listy demokratyczne stwarzają realną szansę odsunięcia od władzy PiS, znanego z autorytarnych tendencji oraz bezprzykładnej pazerności przejawiającej się zawłaszczaniu przez partię całej niemal domeny publicznej od TVP po spółki Skarbu Państwa pozamieniane w karmiące pisowskich interesariuszy dotacjami “czebole”.
Nie działo się wcale tak, że to Donald Tusk poprowadził wtedy demokratów do zwycięstwa, chociaż naturalnie jako późniejszy premier stał się jego głównym beneficjentem. Wygrana okazała się możliwa, bo wcześniej upadła lansowana m.in. na łamach “Gazety Wyborczej” koncepcja jednej wspólnej i jedynej słusznej listy wyborczej obozu demokratycznego. Jej odrzucenie na rzecz wielobarwności demokratycznych list pozwoliło na sumowanie potencjałów, toutes proportions gardees jak w 1920 r. w wypadku zwolenników Piłsudskiego i Witosa. Kto nie chciał lub po prostu się brzydził głosować na Koalicję Obywatelską ze względu na jej wcześniejsze błędy, zaniechania i nieprawości (podniesienie wieku przechodzenia na emeryturę, afera z taśmami z Sowy, na których zapisano dowody arogancji prominentów tego obozu) – postawił krzyżyk przy kandydacie Trzeciej Drogi. To Szymon Hołownia z Władysławem Kosiniak-Kamyszem utorowali obozowi demokratycznemu drogę do władzy. Swój udział miała w tym Nowa Lewica pomimo balastu jaki dla jej lidera Włodzimierza Czarzastego wciąż stanowi afera Lwa Rywina i transferów wielu jej lwic (od Aleksandry Jakubowskiej po Magdalenę Ogórek) do obozu pisowskiego, zresztą w ślad za częścią elektoratu z dawnych milicyjnych bloków.
Obywatele zaś mieli wtedy rzeczywisty wybór i z niego skorzystali. Świat znów, jak przedtem w latach 1980 i 1989 zachwycał się nie tylko przywiązaniem Polaków do wolności, ale i okazaną przez nas roztropnością.
Po co o tym wszystkim wspominać? Oczywiste wydaje się, że skoro o cudach, nawet w cudzysłowie mowa, to ten znad Wisły nie powtórzył się na polach kampanii wrześniowej pod dziewiętnastu latach. Podobnie nie ma co liczyć na replay obywatelskiej mobilizacji z 15 października 2023 r. Z najprostszej przyczyny: żeby ludzie poszli tak masowo do urn, muszą mieć nie tylko przeciw komu – ale i na kogo głosować. W obecnej sytuacji nie wybaczą tym, co dopiero co nadzieje zawiedli.
Odgrzewana pizza to marne danie. Nawet ta z Jagodna, dowożona przez dobrych ludzi stojącym w długich nocnych kolejkach do głosowania rodakom.. Powtórne jej podawanie można uzasadnić desperacją. Dla dobra Polski, żeby do władzy nie wróciło PiS. Tyle, że Polacy nie kupią tego po raz wtóry.
Nawet Karol Marks zauważył, że jeśli historia się powtarza, to wyłącznie jako farsa. A efekt flagi, skupiania się obywateli przy władzy w sytuacji zagrożenia, działa wprawdzie, ale rozkłada się równomiernie na poparcie dla Karola Nawrockiego i Donalda Tuska. Dlatego premier zbiera w sondażach lepsze oceny, niż jego własny rząd, a urobek prezydenta w badaniach opinii (56 proc ocen pozytywnych) w ogóle nie da się zestawić z poparciem dla partii, która go wykreowała (zwykle poniżej 30 proc). Nie tędy droga.
Skoro efekty dwuletnich rządów demokratycznej koalicji okazują się tak miałkie – nie ma co liczyć na przełom. Tusk nie dokonał go w latach 2007-14, chociaż wtedy rządził bez porównania lepiej: budował boiska-Orliki i autostrady, zorganizował wspólnie ze szczęśliwszą wtedy Ukrainą podziwiane za klimat i rozmach Piłkarskie Mistrzostwa Europy. Zamiast nagłego prospołecznego zwrotu, podpowiadać można raczej rządzącym działania wpisujące się bardziej w format minimalizmu, w którym jak się wydaje gustują. Swego czasu, ze ćwierć wieku temu pozostawał on niezmiernie modny nie tylko przy urządzaniu wnętrz. Zdarzało się, że wynajęty za ciężkie pieniądze architekt proponował zleceniodawcy ascetyczny wystrój mieszkania, mający jakoby oddawać i eksponować ciekawą osobowość jego lokatora. Nie narobił się ale napiwek skasował.
Sprawowanie władzy nie polega jednak na promocji osobowości rządzących, w tym również ich poglądów geopolitycznych czy historiozoficznych, nawet jeśli okazują się w miarę ciekawe. Nie za nie przecież są oceniani. Jeśli lokatorzy gabinetów o tym zapominają, warto to przypominać. Zanim w 2027 r. ocena nastąpi
O minimalizmie mowa była nie tylko w nieco złośliwym kontekście nadskakujących klientom z kasą a nie lubiących się przepracowywać wykonawców. Jeśli wiemy, że władza prochu nie wymyśli, niech przynajmniej kupuje amunicję dla wojska. A nie tylko po to, by ją posyłać Ukrainie. Z 9 na 10 września przekonaliśmy się wszyscy w trakcie nocy dronów, że stawką jest nasze własne bezpieczeństwo. Tusk nawet w ponad miarę rozgadanym wywiadzie dla “Gazety Wyborczej (z 10-11 listopada 2025) tego najważniejszego aspektu nie lekceważy. Podobnie jak obrony cywilnej, szczególnie zaniedbanej za pisowskich czasów, tak że dopuszczono wówczas, iż obowiązujące regulacje prawne wygasły a nowych nie uchwalano. Co dla burmistrza z małego miasteczka oznaczało, że jeśli chce schronu dla mieszkańców, niech go najlepiej wykopie na własnej posesji i żeby uniknąć zarzutu samowoli budowlanej zarejestruje jako wędzarnię, skoro inaczej się nie da. To już oczywiście przykład mój własny, a nie Tuska z wywiadu.
Władza opiera się zawsze na umowie społecznej, co oświeceni naszym przodkom uświadomili już przed kilkuset laty. Przybrać może czasem ona format wulgarny, jak w czasach PiS: my wam dajemy pięćset a potem osiemset plus, za to wy się nam nie wtrącacie do polityki. Kiedy indziej opiera się na pewnym ogólnym wrażeniu. Klimat społeczny się poprawił, zmniejszyła opresja wobec obywatela czy to ze strony urzędu skarbowego czy wymiaru sprawiedliwości, nawet z policją gada się inaczej, a telewizja publiczna nie propaguje nienawiści. Tak jest w wypadku ekipy Tuska. Ale dalej się to nie uda, zwłaszcza, że koalicjanci nikną w oczach, w znacznej mierze za sprawą ataków mediów przychylnych Koalicji Obywatelskiej ale już nie im: przypomnijmy pokazową egzekucję Szymona Hołowni za uznanie wyniku demokratycznych wyborów prezydenckich. Z kimś jednak ta władza musi się dogadać. Jeśli zamierza rozmawiać sama ze sobą i jeszcze przy tej okazji snuć dygresje, przegra bez pardonu w 2027 roku z samym PiS, albo zarówno partią Jarosława Kaczyńskiego jak jedną lub dwiema Konfederacjami do spółki. I co wtedy? Szkoda Polski, przypomnieć można rządzącym: sami to powtarzaliście. Teraz, żeby wygrać, trzeba nie tylko mówić ale i robić coś nowego, nie tylko dla siebie, wreszcie dla obywateli.
Kto jest przed nami w tej Europie, Panie Premierze… czyli dziecinne pytania powracają
Dwa lata prawie, jakie pozostają do wyborów, to mnóstwo czasu. Rząd Jana Olszewskiego potrzebował go bez porównania mniej, żeby pierwszy raz po zmianie ustrojowej przywrócić wzrost gospodarczy w Polsce. Premier-mecenas, co sam utrzymywał, że na gospodarce się nie zna, osiągnął to dzięki umiejętnemu doborowi współpracowników, wywodzących się z różnych szkół ekonomii i tradycji, jak ministrowie finansów Andrzej Olechowski i pracy Jerzy Kropiwnicki oraz doradca gospodarczy Dariusz Grabowski. Ekipie Jerzego Buzka podobnie nawet dwóch lat nie zajęło skuteczne przecież po dziś dzień i owocujące pozyskiwaniem zagranicznych środków pomocowych zbudowanie w Polsce demokratycznego samorządu wszystkich szczebli. Za sprawą tej jedynej udanej z czterech “wielkich reform” małe miasta i wsie zmieniły się niemal w oczach po latach stagnacji, prawie wszędzie asfalt zastąpił kocie łby, w miejsce glinianek pojawiły się baseny czy nawet aquaparki, lampy oświetliły ulice i zieleńce. Najbliższa mieszkańcom władza samorządowa pozostaje w ponad ćwierć wieku później w badaniach opinii dwa razy lepiej oceniana niż Sejm czy Senat.
Przy czym obie załogi rządowe miały przeciw sobie wtedy prezydentów z nieprzychylnych im obozów. Zupełnie tak, jak Tusk dzisiaj. Ktoś powie, że teraz wróg u bram, więc nie czas na pomnikowe przedsięwzięcia. Jednak na rozmowę nigdy nie jest za późno. Nie para-akademicką o wyższości nie dokończonej wciąż transformacji nad Dwudziestoleciem Międzywojennym (chociaż przez ostatnich 36 lat nie zbudowaliśmy odpowiedników Gdyni ani Centralnego Okręgu Przemysłowego, nie pojawiły się masowo literackie talenty na miarę poetów Skamandra, zaś na ostatniej olimpiadzie w 2024 r. Polska zdobyła jeden złoty medal, podczas gdy w 1932 r. w Los Angeles dwa za sprawą Janusza Kusocińskiego i Stanisławy Walasiewiczówny). Tylko na debatę, ze środowiskami, którym ta władza zawdzięcza, że… nią została po 15 październiku roku pamiętnego. Z przedsiębiorcami, tworzącymi miejsca pracy i wzrost produktu krajowego brutto, teraz upominającymi się o Powszechny Samorząd Gospodarczy jako własną demokratyczną reprezentację. Z ludźmi kultury, którzy zwykle programowo sceptyczni wtedy zaufali i z oburzeniem śledzą zawłaszczanie przez propagandystów (jak w niedawnej aferze senackiej) przeznaczonych na nią środków, jakby ich było za dużo. Z młodymi rocznikami, tymi co poszły, choć nie musiały na wybory z 15,10 i tymi, co w 2027 r. zagłosują po raz pierwszy, a do ich wyobraźni nie przemawiają zaklęcia, że Polska staje się jedną z dwudziestu najsilniejszych gospodarek świata, podobnie jak mojego rocznika (1965) Edward Gierek nie oderwał od nastawionych na Wolną Europę i Głos Ameryki radioodbiorników deklamacjami jeszcze bardziej ambitnymi: że jesteśmy w pierwszej dziesiątce światowych potęg.
Podobnie Donald Tusk mówi “Gazecie Wyborczej”: “(..) stajemy się jednym z czterech-pięciu najważniejszych, najmocniejszych, najlepiej rozwiniętych państw w Europie” [2]. Spójrzmy na to rzeczowo. Sposobności, by zapytać premiera, kto znajduje się przed nami, zwykły czytelnik raczej nie znajdzie. Ale wyliczyć można: z pewnością w Europie (mowa o kontynencie nie Unii) poza naszym zasięgiem sytuują się Niemcy, Francja, Wielka Brytania i Włochy, czyż nie tak? A żeby się w pierwszej piątce, chociaż to nie hokej na lodzie, zmieścić – wyprzedzić byśmy musieli Hiszpanię. Na razie jednak to nasi rodacy masowo kupują tam domy i mieszkania, a nie Hiszpanie w Polsce. W czasach propagandy sukcesu kiedy była mowa o miejscu Polski w pierwszej dziesiątce, złośliwi lub wnikliwi uczniowie prosili o wyliczenie pozostałych krajów ją tworzących. Jeśli nauczyciel był członkiem PZPR, zawsze się wtedy bardzo irytował. Bo Związku Radzieckiego nie mógł przy tym pominąć ani Niemieckiej Republiki Demokratycznej, pozostawała też cała obecna G-7 i wychodziło, żeśmy bogatsi od Holandii, do której starsi bracia i siostry ingadujących tak bezlitośnie pedagoga nastolatków jeździli wtedy na saksy, by przy parotygodniowym dosypywaniu nawozu tulipanom zarobić na kolejny rok życia w kraju…
Nie tylko młodym nie wolno kitu wciskać. Za to podstawowe, zebrane od wskazanych tu środowisk, faktycznych autorów zmiany z 15 października 2023 r. (czuć się nimi mogą zresztą wszyscy, co wtedy zagłosowali ale nie na PiS) postulaty i oczekiwania z pewnością pozwolą na zbudowanie programu minimum, skoro na maksimum już za późno.
Jeśli władza podobnego wysiłku nie podejmie, powszechne teraz przeświadczenie, że kolejne wybory wygra PiS stanie się samospełniającym się proroctwem.
[1] badanie United Surveys by IBRIS z 24-26 października 2025
[2] Premier Donald Tusk dla “Wyborczej”. Jesteśmy silni, będziemy silniejsi. Rozm. Bartosz T. Wieliński. “Gazeta Wyborcza” z 10-11 listopada 2025