Wygrana Petera Magyara na Węgrzech powinna skłonić rządzących Polską demokratów do refleksji, której zabrakło po ich własnym zwycięstwie 15 października 2023 r. I do korekty kursu, skoro wynik węgierski podpowiada gotowe rozwiązania, a do wyborów u nas pozostało prawie półtora roku. Na jałowym biegu daleko się nie zajedzie.
Doskonale pamiętam felieton Ewy Berberyusz w kojarzonym z Georgem Orwellem roku 1984 r. zdjęty przez cenzurę z wydawanego oficjalnie “Tygodnika Powszechnego” i opublikowany poza jej zasięgiem drugoobiegowym piśmie “Vacat”. Autorka już w tytule zadawała pytanie “Czy ogarniamy” a rzecz odnosiła się do reakcji społecznych na zamordowanie przez funkcjonariuszy komunistycznej służby bezpieczeństwa ks. Jerzego Popiełuszki. Wbrew zawartemu w tytule sceptycyzmowi, ówczesna opozycja a przynajmniej jej kręgi kierownicze wyciągnęła wnioski z poruszenia społecznego, spowodowanego tym dramatycznym wydarzeniem. Do zwycięskich wyborów w pięć lat później 4 czerwca 1989 r. Solidarność poszła pod własną flagą, z liderami opozycji na listach lub przynajmniej w sztabach kampanii, szanując zarazem tradycyjną wrażliwość Polaków i ich skłonność do roztropnego umiarkowania. Wcześniej, w toku protestów, za sprawą których czerwcowe wybory stały się możliwe – opozycja nie uległa pokusie zarażenia przemocą, jaką po 13 grudnia 1981 r. stosowała władza nie tylko na szosie między Toruniem a Bydgoszczą, gdzie zatrzymano samochód Księdza Jerzego. Kolejne po sierpniowym pokolenie robotników i studentów strajkowało w sposób tyleż godny co stanowczy, akcje uliczne stanowiły raczej tylko dopełnienie. Stąd wynik i jego efekt.
Podobnie na Węgrzech TISZA Petera Magyara dokonała tego, w co powątpiewali poważni obserwatorzy, bo zamiast taktyki demonstracji ulicznych tyleż krzykliwych co jednorazowych, stanowiących format działania odchodzących w przeszłość partii demokratycznych – jako nowa w życiu publicznym siła zastosowała strategię pozyskiwania i przekonywania, również obywateli nie pasjonujących się wcale polityką a także kooptacji dotychczasowych wyborców Fideszu Viktora Orbana. Magyar nie miał z tym kłopotu, skoro sam jeszcze niedawno w Fideszu działał. Logikę odzyskiwania dla demokracji fideszowych wyborców bez trudu da się wyprowadzić z rezultatów poprzednich głosowań. Nie dało się zdobyć większości obrażając tych, co wcześniej Orbana wsparli. Magyar szanował tradycyjną wrażliwość rodaków, odwołując się do symbolu Korony Św. Stefana i troski o konkretny już los Węgrów w państwach ościennych. Respektował też potocznie pojmowany zdrowy rozsądek: nie tylko obiecywał rozmontowanie mechanizmu napędzającego zyski oligarchom (skutecznie, skoro po jego zwycięstwie uciekają z kraju) ale podtrzymywał sprzeciw wobec przyjmowania nielegalnych imigrantów.
Najbardziej dziś charyzmatyczny polityk w Europie Peter Magyar wygrał, bo zrozumiał, że nie da rady społeczeństwa zmieniać – nie udało się to nawet autorytarnemu Viktorowi Orbanowi, chociaż zmieniał prawo i przejmował media – pozostaje mu więc pójść za powszechnymi przekonaniami, odczytać powszechne oczekiwania a kampanię oprzeć na wskazywaniu, w jaki sposób zamierza je wypełnić. .
Słusznie krytykuje się dzisiaj Magyara, że na ministra sprawiedliwości zamierza powołać własnego szwagra Martona Melletheia-Barnę, chociaż jeśli u nas czynią to akurat media pisowskie, dziwić się można, że zarazem nie mają pretensji do prezydenta USA Donalda Trumpa o to, że głównym strategiem politycznym uczynił swojego zięcia Jareda Kushnera. Podobnie nie budzi entuzjazmu zapowiedź zwiększenia liczby ministerstw na 10-milionowych Węgrzech z 12 do 16. To oczywiste błędy. Wiadomo jednak, że Magyar nie dlatego wybory wygrał, że pozostaje wzorem cnót wszelakich w życiu publicznym. Przez lata reprezentował ekipę Orbana na różnych stanowiskach w Europie, z której chytry lider swojego kraju nie wyprowadzał, bo cenił sobie wynikające z tej przynależności profity, lekceważąc zarazem wspólne zobowiązania. Peter Magyar zwyciężył i uzyskał w parlamencie większość konstytucyjną, bo udało mu się przekonać większość Węgrów, że to on ich nadzieje ucieleśnia a poczynione obietnice wypełni.
Podpatrywanie Bratanków
Tak jak mediom związanym z PiS nie wypada krytykować Magyara za usadzenie szwagra w ministerialnym fotelu (pamiętamy rolę, jaką w TVP Jacka Kurskiego odegrał kuzyn Jarosława Kaczyńskiego), podobnie nie przystoi to Donaldowi Tuskowi, który adwokatowi własnej rodziny Romanowi Giertychowi powierza coraz to nowe misje polityczne, wbrew wrażliwości wyborców własnego ugrupowania, którzy temuż mecenasowi pamiętają, jak sprawując funkcję zastępcy Kaczyńskiego w rządzie jako minister edukacji próbował rugować z listy lektur szkolnych Witolda Gombrowicza.
Istotniejsze od punktowania błędów, jakie popełnia Magyar już po wielkim zwycięstwie, jakie odniósł, okazuje się na pewno podpatrywanie sposobów, dzięki którym doprowadził na Węgrzech do przebudzenia demokratycznego, w którego realność powątpiewali eksperci. Stało się to na pewno możliwe za sprawą uruchomienia pozytywnych emocji. W tym odwołania się do narodowej dumy – co miało znaczenie wobec ujawnienia uległości samego Orbana i szefa jego dyplomacji Petera Szijjarto wobec Władimira Putina i kremlowskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa. Zarazem pretendent do władzy przekonał rodaków, że rodzimej tradycji nie zagraża i nie jest kandydatem wyłącznie liberalnego Budapesztu, jak poprzednicy nieudolnie próbujący zbudować alternatywę dla Fideszu.
Imponująco wysoka frekwencja w wyborach parlamentarnych (80 proc uprawnionych przy urnach) nie stałaby się faktem, gdyby Peter Magyar nie odbudował na użytek tej kampanii i samego głosowania poczucia wspólnoty, którego destrukcja pozwoliła przedtem przez 16 lat Orbanowi rządzić nieprzerwanie. Złożyła się na ten sukces partii TISZA równowaga nowoczesności i tradycji oraz skuteczne odniesienie się do bieżących problemów kraju, w tym spadku poziomu życia. Ale też deficytu godności, spowodowanego ustępstwami wobec Rosji.
TISZA i Magyar swój sukces osiągnęli w warunkach, określanych przez sprawujący tak długo władzę Fidesz, który przez ten czas zdążył zmienić konstytucję, prawo i ordynację wyborczą oraz zawłaszczyć sądy i media. W tym sensie zasadne okazuje się porównanie z polskimi wyborami z 4 czerwca 1989 r, których późniejsi zwycięzcy od początku grali na obcym boisku: nawet wprowadzenie Senatu, do którego ostatecznie Solidarność zdobyła 99 mandatów na 100 możliwych, wcześniej w trakcie rozmów Okrągłego Stołu zaproponował reprezentujący stronę koalicyjno- rządową, jak wtedy mówiono, Aleksander Kwaśniewski.
Łączy też tamte polskie wybory czerwcowe i obecne kwietniowe węgierskie nieodwracalność ich wyniku. Oddanie przez strachliwych solidarnościowych negocjatorów listy krajowej rządzącym wbrew głosom własnego zaplecza ani nawet wybór gen. Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta przez nowy już parlament nie zmieniły faktu, że komunizm upadł, co najwyżej ułatwiły miękkie lądowanie tym, co na jego porażce stracili.
Polacy wtedy, podobnie jak Węgrzy teraz, z pozoru wygrali z geopolityką. A ściślej okazało się, że społeczeństwa lepiej czują jej reguły niż eksperci.
Teraz widać już, że autokratyczny system oligarchii rządzącej na Węgrzech w czasach Fideszu (sam Orban nazywał go demokracją nieliberalną, co stanowi oczywisty oksymoron), po 12 kwietnia 2026 r. odszedł w przeszłość – niezależnie od tego, co Magyar i jego TISZA zrobią z owocami zwycięstwa. Orban nawet nie obejmie mandatu, chociaż pomimo porażki partii sam posłem został. Wyjeżdża za granicę, mówi się, że może nie wrócić z USA, gdzie zamierza oglądać tegoroczny Mundial piłkarski.
Na Węgry powraca demokracja, czas pokaże, w lepszym czy gorszym niż w innych krajach UE wydaniu. Rolę chorego człowieka zjednoczonej Europy przejmuje teraz Słowacja rządzona przez Roberta Fico, którego kraje nadbałtyckie nie chciały przepuścić przez swoje korytarze powietrzne, gdy wybierał się do Putina, by u niego w Moskwie świętować 9 maja Dzień Zwycięstwa.
Druga szansa demokratów
Sytuacja polskich demokratów przed planowanymi na jesień 2027 r. wyborami parlamentarnymi z pozoru tylko rysuje się korzystniej, niż Magyara przed kwietniem 2026 r. Demokraci rządzą Polską już dwa i pół roku. To oni ustanawiają reguły gry – chociaż każdą próbę majstrowania przy procesie wyborczym trzeba im odradzić (PiS już przedstawia się jako pokrzywdzone, gdy za nadużycia odebrano mu część budżetowej dotacji i subwencji). Groźba ingerencji Kremla w kampanię utrzymuje się, ale nie tak poważna jak niedawno na Węgrzech a zwłaszcza wcześniej przed wyborami prezydenckimi w Rumunii.
Jednak ostatnie wybory w Polsce – prezydenckie w maju i czerwcu ub. r. – odbyły się prawidłowo, wbrew późniejszym majaczeniom adwokata rodziny Tusków Giertycha. Wszystko to jednak przesłanki dla przyszłości demokratów drugorzędne.
Obóz demokratyczny musi prosić obywateli od drugą szansę. W sytuacji, gdy nie wprowadzono w życie znacznej części obietnic sprzed 15 października 2023 r. w tym dotyczących naprawy i odnowy życia publicznego oraz stylu sprawowania władzy.
Niełatwo nawet wytrawnym politykom przekonać wyborców do konstrukcji: tylko zaufajcie nam jeszcze raz, a na pewno się poprawimy. Za drugim razem pójdzie lepiej.
Przy krańcowej trudności tego zabiegu, wymagającego swoistej akrobatyki umysłowej (a zbyt tęgie głowy Tuskowi nie doradzają, czego ukryć się nie da), pytanie czego polscy demokraci nauczyć się mogą od zwycięzców wyborów węgierskich okazuje się całkiem zasadne.
Na pewno porzucenia paternalizmu, wyzbycia się zwyczaju przemawiania ex cathedra. I pogardy mimowolnie nawet okazywanej przeciętnemu wyborcy, to po pierwsze. Magyar się na to zdobył, nawiązał z wyborcami zwyczajną rozmowę zamiast napuszonego “dialogu”. Dlatego wygrał, co przedtem nie udało się partiom demokratycznym starszego typu, bezustannie – niczym kiedyś u nas Unia Wolności – paplającym o pryncypiach, za to na nagraniach sekretnie dokonanych a potem publicznie rozpowszechnianych, przyznających, jak premier z lewicy Ferenc Gyurcsanyi: kłamaliśmy rano, wieczorem i w nocy. Rodzi to oczywiste pytanie z późniejszymi taśmami ze spelunki Sowy, gdzie plugastwa gorszące dla elektoratu wygadywali prominenci Platformy, dziś Koalicji Obywatelskiej.
Szacunek dla tradycji lub przynajmniej tych obywateli, dla których wiele ona znaczy – to druga sprawa. Peter Magyar wygrał, bo publicznie chylił czoła przed wielką przeszłością Węgier i nie dał się szamanom od wizerunku wrobić w jej podważanie. Ani w roztkliwianie się nad fałszywymi imigrantami. Czy nad prawami rozmaitych mniejszości w sytuacji, gdy podstawowe prawa większości obywateli w państwie Fideszu, tak socjalne jak demokratyczne, nawet jeśli były respektowane na skalę minimalistyczną, wymaganą dla zachowania lukratywnego członkostwa w UE – to otwarcie przez rządzących lekceważone.
Skoro Tusk doprowadził do destrukcji dotychczasowych sojuszników – musi poszukać nowych. Obóz demokratyczny nie wygra idąc do wyborów jedną i jedyną słuszną listą. Polacy ją odrzucą podobnie jak przed rokiem Rafała Trzaskowskiego. Nie było na nią zgody przed 15 października, demokraci poszli wtedy do wyborów z aż trzema. Dlatego wygrali. Nowi uczestnicy gry na scenie politycznej, jeśli się pojawią, a oby tak było – przez rządzących jeśli ci nie stracili instynktu samozachowawczego, powinni być traktowani jak partnerzy a nie wrogowie, choćby z tego powodu, że odbiorą głosy PiS i obu Konfederacjom. Nie da się uwierzyć, że całą przestrzeń zakreśloną oczekiwaniami Polaków, z których aż 32 proc z nadzieją i poparciem powita powołanie nowej partii już na te wybory – zabuduje swoją inicjatywą niedawny premier Mateusz Morawiecki.
Tusk nie jest Magyarem i co z tego wynika
Donald Tusk – co warto brutalnie podkreślić – nie jest Peterem Magyarem. Nie ta charyzma, po prostu. Mniejsza nawet o powszechnie znany deficyt cnoty pracowitości: ćwierć wieku temu o nim napisałem, kiedy adresat tych słów był zaledwie wicemarszałkiem Senatu, a obecny premier z tego powodu nie znosi mnie do dzisiaj. Co stanowi pośredni dowód, że ocena pozostaje prawdziwa. Jedni wolą wino i piłkę nożną, inni zmienianie na lepsze świata nawet kosztem wyrzeczeń. Jednak to nie z powodów charakterologicznych Donald Tusk samodzielnie najbliższych wyborów nie wygra.
Nie da się w nich zwyciężyć wyłącznie głosami telewidzów TVN. Nawet Lechowi Wałęsie, pomimo Pokojowej Nagrody Nobla i legendy Solidarności, nie udało się wyborów wygrać tylko dzięki poparciu słuchaczy Radia Maryja. Chociaż stanowili bardziej zwartą niż TVN-owska wspólnotę.
Demokraci muszą porzucić szkodliwe sekciarstwo. Wejrzeć w wyniki badań opinii publicznej, bo to w nich a nie w artykułach nawiedzonych lub cwanych autorów “Gazety Wyborczej” zawiera się wykładnia współczesnego vox populi.
Za późno też na okrągłe stoły, bo nikt poważny do nich z tą władzą nie zasiądzie. Raczej poczeka na konkrety, a nie skupi się na wysłuchiwaniu kolejnych obietnic po zignorowaniu poprzednich. Pamiętamy, jak nieudolnie w senackiej sali Tusk przekonywał prawników do swojej koncepcji demokracji walczącej. Teraz grozi mu, że wyborcy odeślą ją na śmietnik, podobnie jak demokrację nieliberalną Orbana. A do władzy powróci Kaczyński, w wariancie miękkim w koalicji z nową partią Mateusza Morawieckiego (co jeszcze nie powstała, a już ma w CBOS 6 procent poparcia), zaś w scenariuszu twardszym – we wspólnym rozdaniu z Konfederacjami Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna. Szkoda Polski na podobne eksperymenty. Ale żeby je udaremnić. to rządzący muszą się ogarnąć. A nie czekać, aż obywatelom się odmieni i poparcie powróci.
Odrabianie strat stanie się możliwe, gdy zacznie się nadrabiać zaległości. Trudno o lepszy bodziec, niż obecne sondaże. Z jednej strony wróżące koalicję o jakiej była tu mowa, zapewne fatalną dla kraju – z drugiej pokazujące, że nie wszystko stracone, bo w ich rezultatach trudno dopatrzyć się miażdżącej i trwałej przewagi sił o autorytarnych skłonnościach, nawet .jeśli pozostają faworytami w tym wyścigu.
Niemal półtora roku, jakie do decyzji wyborców pozostają, to czas, w którym śledzić będą oni i oceniać dalsze posunięcia rządzących. Zwłaszcza wobec grup społecznych szczególnie dotychczas lekceważonych: jak przedsiębiorcy tworzący miejsca pracy i wzrost produktu krajowego brutto czy nowe roczniki, wkraczające w dorosłe życie. Czas mija, więc nie warto go tracić. Na euforię, towarzyszącą werdyktowi i imponującej frekwencji z 15 października 2023 r. teraz nie ma już co liczyć. Czas uniesień minął, to wina rządzących. Skupmy się więc na tym, co możliwe: na konkretach. W piękne zapewnienia nikt już bowiem nie uwierzy.