Obserwator: jak próbowaliśmy zmienić TVP

0
130

Obecna władza po wprowadzeniu likwidatora do TVP nadal nie ma pomysłu na telewizję publiczną po przegonieniu stamtąd pisowskich propagandystów. Skoro po 15 października 2023 r. pożądana zmiana nie nastąpiła, tym bardziej warto przypomnieć, jak próbowano jej dokonać po 4 czerwca 1989 r. Jej symbolem stał się Obserwator, pierwszy i jak dotychczas ostatni w Telewizji Polskiej dziennik bez komunistów, jak go wtedy powszechnie nazywano. Po zdjęciu z anteny jego zespół podjął też pierwszy i jedyny w historii TVP strajk, którego 35. rocznicę warto odnotować.

Po 4 czerwca 1989 r. prezesem Radiokomitetu pozostawał Jerzy Urban, dawny rzecznik rządu w stanie wojennym i później. Skoro jednak w wyborach do Sejmu w okręgu obejmującym warszawskie Śródmieście poparło go zaledwie 15,6 proc głosujących, a mandat stamtąd uzyskał popierany przez Komitet Obywatelski Solidarności charyzmatyczny aktor Andrzej Łapicki (78 proc) – stało się oczywiste, że również na Woronicza i Placu Powstańców Warszawy zmiana rychło się dokona. Wraz z pojawieniem się we wrześniu 1989 r. pierwszego niekomunistycznego premiera, bo w fotelu szefa rządu Mieczysława F. Rakowskiego zastąpił wtedy Tadeusz Mazowiecki. Zaś Urban krzywdy nie zaznał, poszedł na swoje i w kolejnym roku wystartował z prywatnym już tygodnikiem “Nie”, który ponieważ ujawniał nieprawości nowej władzy, w jego języku “solidaruchów” – zaraz zyskał sobie 700 tys czytelników. 

Tymczasem nowy premier Mazowiecki publicznie oznajmiał, że rząd nie zamierza prowadzić polityki informacyjnej. Chociaż powołał rzeczniczkę, Małgorzatę Niezabitowską. Refleksem ani cynizmem nie dorównywała Urbanowi. Szefem Radiokomitetu został rusycysta Andrzej Drawicz, przez lata w drugim obiegu przybliżający czytelnikom postaci niepokornych rosyjskich pisarzy, w tym noblistów Borysa Pasternaka i Josifa Brodskiego. A jego zastępcą ds. telewizji – Jan Dworak, wywodzący się z nurtu niepodległościowego wieloletni działacz opozycji demokratycznej. Obaj zareagowali aprobatą na pomysł środowiska miesięcznika “Res Publica”, pisma prywatnego ale wydawanego oficjalnie, a ściślej pierwszego zalegalizowanego podziemnego periodyku między Łabą a Władywostokiem. 

To w rozmowach jego naczelnego Marcina Króla z Drawiczem i Dworakiem ze sporadycznym udziałem samego Mazowieckiego pojawiło się nie tyle hasło, co idea pierwszego w historii Telewizji Polskiej dziennika bez komunistów. Król, co wcześniej na długo przed Okrągły Stołem, po pertraktacjach z Urbanem, doprowadził do legalizacji “Res Publiki”, za co wyklął go Adam Michnik, uznający tylko takie porozumienia z komunistami, które sam zawiera – i tym razem licytował wysoko. 

Pierwszy temat: Lech Wałęsa prezydentem, czyli debiut na ostro

Czasu nie było wiele, bo właśnie dzielił się historyczny obóz Solidarności. Pierwsze spotkanie przyszłego zespołu Obserwatora miało miejsce w bloku na Woronicza 17 września 1990 r,. w tym samym dniu, kiedy po nieudanych próbach mediacji ogłoszono, że w pierwszych w polskiej historii powszechnych i demokratycznych wyborach prezydenckich solidarnościowy premier Tadeusz Mazowiecki oraz przewodniczący Związku i laureat Pokojowej Nagrody Nobla Lech Wałęsa wystartują przeciwko sobie. Co oznaczało, że warto się spieszyć.

Zdążyliśmy. Pierwsze  wydanie nowego programu informacyjnego Obserwator w grudniu 1990 r. otwierał mój materiał pt. Lech Wałęsa prezydentem. Zapowiedź studyjną czyli jak w telewizyjnym slangu się mówi “białą”, stanowiły odczytane przez prezenterkę Agatę Młynarską oficjalne wyniki drugiej tury, którą wygrał zgodnie z oczekiwaniami przewodniczący NSZZ “Solidarność”, chociaż zupełnie wbrew wcześniejszym oczekiwaniom spotkał się w niej z zagadkowym reemigrantem z Kanady Stanisławem Tymińskim, bo Mazowieckiemu obywatele wcześniej wystawili rachunek za spadek poziomu życia i rosnące za sprawą planu Leszka Balcerowicza bezrobocie. Wypełniające się nagle sklepy nie cieszyły tych, których nie było stać na towary tam wystawiane.

– Zdrowie wasze w gardło nasze – mówił w pierwszych słowach Lech Wałęsa, spełniając toast zwycięstwa.  Z czasem i jego obywatele ocenili podobnie jak pokonanego premiera. Ta, jak powiada się w telewizyjnym żargonie “setka reporterska” – czyli nie zainscenizowana wypowiedź do kamery bohatera zdarzenia – otwierała materiał, który zmontowałem wspólnie z reżyserem Sławomirem Koehlerem, co wtedy już miał zdjęcie z Romanem Polańskim wykonane na schodach słynnej łódzkiej szkoły filmowej. Nad projektem Obserwatora pracowali też inni wtedy młodzi mistrzowie, późniejsi autorzy fabuł: Andrzej Jakimowski (“Sztuczki” i “Zmruż oczy”) oraz Tomasz Drozdowicz. 

Wszystko działo się w błyskawicznym tempie, o czym była już mowa.

Jak powstał ekskluzyw z premierem-elektem 

Koledzy dziennikarze w Sejmie zazdrościli mi strasznie wówczas ekskluzywnego wywiadu z Janem Olszewskim, który wtedy miał pierwszy raz zostać premierem, chociaż ostatecznie rola ta przypadła Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu, a  Mecenas musiał jeszcze rok poczekać. Pytali, kto mi to załatwił. Zgadywali, wymieniali nazwiska rozmaitych prominentów nowej władzy.

Okoliczności okazały się prozaiczne. Olszewski zaprosił paru dziennikarzy, których uznał za opiniotwórczych, na rodzaj śniadania prasowego. Nie zakazał jednak nagrywania, zresztą sam przed laty pisał do “Po Prostu”, więc miał słabość do naszego zawodu i nie znosił nas ograniczać. Do prowizorycznego gabinetu “Olsza” przyszli wtedy: Monika Olejnik z radiowej Trójki, Jerzy Modlinger z Wiadomości TVP (jeden z nielicznych w tamtej redakcji z opozycyjnym a nie PZPR-owskim biogramem), Agnieszka Kublik z “Gazety Wyborczej” oraz Łukasz Perzyna z Obserwatora. Kiedy wchodziłem z ekipą, szepnąłem operatorowi, żeby skupił się na moich pytaniach i odpowiedziach Mecenasa, bo szerokich planów i tak tam nie znajdzie. Ciasna była ta kanciapa, ani się obrócić…

Obserwator szedł w Programie 2 o godz. 19 zaś Wiadomości w Jedynce o 19,30. Jerzy Modlinger z naszego spotkania z premierem elektem przygotował standardową relację. Jak z konferencji prasowej. Wiadomościowi decydenci orzekli, że na antenę się ona nie nadaje i posłali Jurka do diabła. 

Szok nastąpił dopiero, gdy obejrzeli moją rozmowę z Janem Olszewskim o 19 w Obserwatorze, bo tak rzecz zmontowałem: z własnych pytań i odpowiedzi na nie premiera -elekta. 

W Wiadomościach zrobił się rejwach i wybuchła panika. Desperacko szukano kasety emisyjnej z odrzuconym wcześniej materiałem Modlingera. Nie znaleziono. Jurek w poszukiwaniach nie pomógł, bo obrażony sposobem, w jaki go potraktowano, wyszedł już z redakcji. Następnego dnia jego szefowie powędrowali na dywanik “na Woro”, gdzie rządził już wskazany przez Wałęsę prezes Marian Terlecki i musieli się tłumaczyć, dlaczego blokują przekaz zwycięskiego w niedawnych wyborach obozu politycznego.

Wiadomości bowiem – z całym dla Modlingera i paru innych tam przyzwoitych szacunkiem – pozostawały wtedy komunistycznym reliktem i skamieliną tylko.

My w redakcji Obserwatora nie oglądaliśmy Wiadomości, bo była to dla nas strata czasu wyłącznie. Monitory nastawione były na CNN, BBC, czasem jakąś stację niemiecką: ARD bądź ZDF.  Na korytarzach obojętnie mijaliśmy poubieranych w szare garnitury redaktorów dawnego Dziennika TV, czasem na niedoprasowanej marynarce odcisnął się im i na trwałe zachował ślad po broni służbowej, do której noszenia od dawna już prawa nie mieli.

Teraz starali się nie narazić nowym szefom. Typowi “żeby-z-tego-czego-nie-bylcy” jak w tytule znanego poematu nazwał im podobnych rosyjski poeta Jewgienij Jewtuszenko, piórem towarzyszący dzielnie kolejnym odnowom: od Odwilży Nikity S. Chruszczowa po Głasnost (jawność) i Pierestrojkę (przebudowę) Michaiła Gorbaczowa. Nic nas z nimi nie łączyło.

Zespół Obserwatora tworzyli ludzie z otwartymi głowami i przeważnie z doświadczeniem z drugiego obiegu. Redaktorem naczelnym został Damian Kalbarczyk, przedtem zastępca M. Króla w “Res Publice”. Historyk idei, z brodą w stylu paryskiej Dzielnicy Łacińskiej, napisał wcześniej doktorat o myśli politycznej Tomasza Masaryka, współtwórcy demokratycznego państwa czechosłowackiego w międzywojniu. Kalbarczyk nie objawiał emocji a decyzje podejmował szybko i trafnie. Nigdy nie zdarzyło mu się na nikogo głosu podnieść. Jego z kolei zastępcą pozostawał Rafał Zakrzewski, przedtem pełniący tę samą rolę przy Jacku Żakowskim w biurze prasowym Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego – sejmowej i senackiej emanacji Solidarności. Ponieważ wiedziano, że z kolei ja wywodzę się z Konfederacji Polski Niepodległej, wielu nam niechętnych na Placu Powstańców, gdzie redakcje miały telewizyjne programy informacyjne, zawczasu zacierało ręce, czekając, aż skoczymy sobie do gardeł. Zawiedli się, współpracowaliśmy poprawnie, zresztą brakowało czasu na jałowe spory. A w dodatku, pracując wcześniej przez pół roku (od marca do końca sierpnia 1990 r.) w “Gazecie Wyborczej” w jej legendarnej  już redakcyjnej siedzibie po żłobku przy Iwickiej (została tam nawet piaskownica) – nauczyłem się sztuki kompromisu, choć nigdy kosztem dziennikarskich zasad. Sprzeniewierzenia się tym ostatnim jednak wcale ode mnie nie oczekiwano w dzienniku Adama Michnika ani później w Obserwatorze. Działo się coś ważnego, co współtworzyliśmy.

Prawie jak pod Lenino: rozpoznanie walką

Pojechałem kiedyś z ekipą na nagranie do Stanisława Remuszki, przez wiele lat publicysty drugiego obiegu, a później pioniera ulicznych badań opinii. Kiedy w ursynowskim mieszkaniu zarejestrowałem jego wypowiedź na temat nastrojów społecznych, nagle się zafrasował:

– A jak wydawca tego panu nie puści – martwił się głośno. 

– To wtedy sam to dam jutro. Bo jutro to ja jestem wydawcą – rozproszyłem jego wątpliwości.

– Taki młody człowiek – nie posiadał się ze zdumienia gospodarz, sam w typie nieco Picwickowskim.  Pyknik taki, co tu dłużej mówić. Nagle w zmianę w mediach uwierzył.    

Jako 25-latek zostałem wtedy najmłodszym redaktorem wydania programu informacyjnego w Telewizji Polskiej. Dwa razy w tygodniu wydawałem, w pozostałe cztery dni (w niedziele anteny nie mieliśmy) jeździłem na zdjęcia. Wraz z innymi błyskawicznie uczyłem się telewizji od mistrzów tej sztuki: operatorów obrazu i dźwięku, montażystów, realizatorów, także kierowników produkcji. Stopniowo zyskiwaliśmy sobie ich szacunek, bo pytaliśmy o szczegóły i głośno mówiliśmy, do jakiego efektu zmierzamy. A sami potrafiliśmy słuchać. Żartowaliśmy wtedy, że to jak bitwa pod Lenino: rozpoznanie walką.

Radzieccy komandosi zaatakowali wtedy w styczniu 1991 r. wieżę telewizyjną w Wilnie po ogłoszeniu przez Litwę niepodległości. Padło tam kilkunastu zabitych. Wtedy akurat Obserwatora wydawałem. Do końca spływały świeże wiadomości. Pracę nad programem zakończyliśmy na dwie minuty przed emisją. Prezenterka Agata Młynarska czytała więc zapowiedzi studyjne, z którymi nie zdążyła się wcześniej zapoznać, do materiałów, których nie znała, bo nie było czasu ich obejrzeć. Wszystko na żywo. I bez awarii.

Dzień później wydawał już ktoś inny. A ja pojechałem na zdjęcia, bo dowiedziałem się, że pod ambasadą radziecką zbierają się protestujący przeciw wileńskiej masakrze.  Zszedłem do wydziału zdjęciowego, gdzie królował doskonały organizator Marek Sitnik. Zaraz mi znalazł ekipę. Nie byle jaką. Operator Stanisław Holnicki słynął nie tylko z zawodowego kunsztu, ale i z tego, że w słowach nie przebiera.

Od razu pokazałem mu kasetę – graliśmy wtedy na Betacamach 20 – żeby się nie wracać i nie tracić czasu. Bo nie była przewinięta. 

– Starczy jeszcze na parę minut nagrania?

Spojrzał i zawyrokował po swojemu:

– Tu jest jeszcze od ch… miejsca.

– To będziemy grali od ch… pikiety pod  ruską ambasadą – odpowiedziałem w tym samym stylu.

W ten sposób znaleźliśmy wspólny język.

Przydało się to już na Belwederskiej. W paru słowach powiedziałem, do czego zmierzam.

Materiał dla Obserwatora zmontowałem z trzech długich ujęć; jakby dzień jeszcze trwał, kolejnego jak w porze zmierzchu i trzeciego już ciemnego, gdzie rozbłyskiwały tylko przyniesione przez uczestników pikiety znicze i pochodnie. Wszystkie dzielił odstęp nie więcej niż kwadransa. Takie możliwości daje telewizja, gdy kamerę dzierży ręka mistrza. Oświetleniowiec z sanganem (lampą trzymaną w ręku mającą własne zasilanie) miał wielki udział w tej naszej etiudzie. Trzy długie ujęcia, jakby z dnia, pory zmierzchu i nocy poprzetykałem okrzykami demonstrantów: “Sowieci do domu”, “Wolna Litwa”, wiadomo jakie wtedy były nastroje tamtej zimy…

Następnego dnia w Sejmie znowu mnie podziwiano: tym razem nie za operatywność, lecz pracowitość.

– Że też ci się chciało w taki mróz cały dzień sterczeć pod ruską ambasadą – rzucił z uznaniem kolega radiowiec. A ja tam przecież spędziłem 45 min zaledwie…

Kiedy wiele lat wcześniej wspomniany już tu Sławomir Koehler zdawał na reżyserię, zasiadający w komisji kwalifikacyjnej Andrzej Trzos-Rastawiecki (nakręcił m.in. “Gdziekolwiek jesteś, panie prezydencie” o Stefanie Starzyńskim) przeglądając papiery kandydata, z których wynikało, że ma już dyplom architekta, spytał go złośliwie, dlaczego zamiast projektować domy zamierza robić filmy. Po latach Koehler znalazł godną na to odpowiedź, w czym i moja zasługa, bo tego dnia wydawałem. Puściłem jego materiał o chaosie architektonicznym na granicy epok w Warszawie  – po odchodzącym socjalizmie zostawał MDM, zwiastunem kapitalizmu stawały się wyrastające w plombach starszej zabudowy biurowce, zwykle takie same jak w Kuala Lumpur czy Santiago de Chile  – i dokonującym się przy tej okazji gwałcie na przestrzeni publicznej.

Prawdziwą etiudą filmową, spełniającą zarazem cechy informacji dziennikarskiej stał się inny materiał Koehlera. Pod tekst jednego z pożegnalnych przemówień Mazowieckiego w roli premiera reżyser podłożył zdjęcia zmieniającej się naprędce Warszawy: ze stoiskami handlu ulicznego, trudnymi do zliczenia kantorami i banerami reklam, z bazarem na Stadionie Dziesięciolecia, gdzie dziś stoi nowoczesny Narodowy. Ten niedługi felieton autora, darzącego szefa ustępującego rządu szacunkiem, w języku obrazu odpowiadał na pytanie o przyczyny klęski premiera: dostrzec się dało, że Mazowiecki nie nadążył za rzeczywistością.

Za to my niezmiennie staraliśmy się to robić. Co przyczyniło się do takiego, a nie innego finału. Obserwator poległ bowiem na polu chwały. 

Na Belweder ruszyli górnicy, by przypomnieć Wałęsie o obietnicach przedwyborczych, jakie poczynił, ale nie wypełnił. Tłum był wtedy nieprzebrany. W zapowiedzi studyjnej w Obserwatorze daliśmy stanowiska obu stron konfliktu: władzy i robotników. Ale materiał filmowy nie zawierał ani słowa dziennikarskiego tekstu, bo wobec dramaturgii wydarzenia wszelkie słowo własne (w telewizji zwane “offem” lub całkiem żargonowo “zieloną” dla odróżnienia od “białej” ze studia) okazało się tu zbędne. Lepiej przemówiły wypowiedzi manifestantów, ale i urzędników, co do nich wyszli, okrzyki z tłumu, skandowanie i śpiewy (od dostojnej Roty po świeże i złośliwe rymowanki o Grubym Lechu), dźwięki górniczych i policyjnych syren. 

Wiadomości dały z tego banalny felieton o nieuniknionych kosztach zmiany ustrojowej. Ludzie mieli już dosyć. Drożyzny w sklepach i przekazów bez treści. 

Nasz materiał autorstwa Tomasza Drozdowicza był doskonały, ale okazał się gwoździem do trumny Obserwatora.                     .                        

Najpierw postanowiono o podporządkowaniu nas – dotychczas pozostających w strukturze Programu Drugiego – Dyrekcji Programów Informacyjnych czyli skamielinie post-komunistycznej, pozostałej po czasach DTV. Tego samego, o którym pisano po murach choćby w 1981 r: “DTV łże jak łgał”. 

Zareagowaliśmy na to odczytanym w programie protestem. A z kolei władze telewizji – zdjęciem nas z anteny.

W odpowiedzi rozpoczęliśmy strajk okupacyjny w redakcyjnych pomieszczeniach. Pierwszy i jak dotychczas wciąż ostatni w prawie 75-letniej już dziś historii Telewizji Polskiej. 

Związkowcy telewizyjni przynieśli nam biało-czerwoną opaskę pozostałą po gotowości strajkowej, ogłoszonej w 1981 roku. Zaś my wywiesiliśmy z okien okazałą płachtę z napisem: “Obserwator demokracji”. 

Naprzeciwko, po drugiej stronie kanionu ulicy Świętokrzyskiej, mieściły się jakieś państwowe biura. Stamtąd Komisja Zakładowa NSZZ “Solidarność” wystawiła wielki transparent, mówiący o poparciu dla nas. Wszystko to w momencie, kiedy Wałęsa – w imieniu którego zdejmowano program – formalnie pozostawał prezydentem wybranym z poparciem Związku. 

Wedle dostępnych nam wiadomości, likwidację Obserwatora podpowiedział mu jego ówczesny kapciowy Jarosław Kaczyński, zanim ostatecznie w pół roku później przegrał rywalizację o tę funkcję z wieloletnim kierowcą przewodniczącego “S” Mieczysławem Wachowskim. Nowy premier Jan Krzysztof Bielecki w trakcie kameralnego spotkania w rok później powiedział nam, że wcale nie chciał zdejmować Obserwatora, a nie miał wtedy powodu kłamać, bo szefem rządu już nie był.  Nie uchodził wcale za naszego zagorzałego przeciwnika także rzecznik Andrzej Zarębski, którego nazwisko pojawiło się po latach w aferze Lwa Rywina i to dlatego, że podał je Leszkowi Millerowi sam tytułowy jej bohater.

Wykonawcami decyzji o zdjęciu z anteny pierwszego i jak się okazało ostatniego w Telewizji Polskiej dziennika bez komunistów stali się: nowy prezes Radiokomitetu Marian Terlecki, jego zastępca ds. telewizji Marek Markiewicz oraz poeta z Poznania Lech Dymarski, b. członek ogólnopolskich władz Solidarności. Ten ostatni w fotelu szefa Dyrekcji Programów Informacyjnych zastąpił Jacka Snopkiewicza – dawnego propagandystę frakcji gen. Mieczysława Moczara na łamach faszyzującej “Walki Młodych” i delegata na IX Nadzwyczajny Zjazd Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. 

Terlecki, pomimo zacnego opozycyjnego życiorysu, wtedy miał kłopoty ze sobą. Aż wreszcie wspominane tu już “Nie” Urbana dało jednemu z artykułów tytuł: “Prezes wpadł na lody”. Załączone zdjęcie dokumentowało stan rozbitej przez prezesa Terleckiego służbowej Toyoty, którą wpakował się on… na lodziarnię przydrożną.  Po paru podobnych zdarzeniach utracił prezesurę Radiokomitetu, wówczas, gdy nas już tam nie było.        

Za to przykładny jak zawsze Markiewicz przychodził do nas na negocjacje, gdy strajkowaliśmy. Długo i kwieciście perorował. Za sprawą paternalistycznej frazeologii i fałszywie pedagogicznego podejścia zyskał sobie w zespole ksywę “Makarenko”.

Jego odwrotnością pozostawał Dymarski. W trakcie jednego tylko spotkania z nami obraził zespół aż dwa razy. Nazwał bowiem Obserwatora “dziełkiem” i insynuował, że do jego tworzenia Kalbarczyk zaprosił “kolegów z podwórka”. W istocie zdecydowana większość z nas poznała się nawzajem dopiero, gdy program powstawał.

Złym duchem kierownictwa telewizji w naszej sprawie pozostawała Barbara Trzeciak-Pietkiewicz, szefowa Dwójki. Co nią powodowało, trudno odgadnąć.     

My tworzyliśmy, oni tylko burzyli. 

Strajk Obserwatora nie okazał się możliwy do wygrania, z oczywistych względów. Wytrwaliśmy w lutym 1991 r. dziesięć dni, śpiąc pod byle jakimi przykryciami na podłodze redakcyjnych pomieszczeń. Nasze dziennikarki zapamiętały z tego czasu gustowną i markową piżamę prezentera Krzysztofa Lufta, aktora z wykształcenia, który zanim poprowadził wiele wydań naszego programu informacyjnego, zdążył nawet zagrać u Krzysztofa Zanussiego. Organizowaliśmy konferencje prasowe, na które przychodzili dziennikarze zagraniczni, szczerze zszokowani tym, co się dzieje. W ojczyźnie Solidarności władza zdejmowała z anteny niezależny dziennik. 

Z powszechnym szacunkiem spotkała się postawa Elwiry Kądzielskiej, która na trzy dni przed zawieszeniem programu przeszła do nas z Wiadomości. Nie tylko próby powrotu tam nie podjęła, ale w strajku dzielnie uczestniczyła od początku do końca.

– Przeszliście do historii – powiedział mi w parę dni po zakończeniu protestu napotkany przypadkiem na warszawskiej ulicy dawny kolega z “Wyborczej” Edward Krzemień.

Opowieść ta zaczynała się od Jerzego Urbana, skoro to on w chwili historycznego zwrotu w 1989 r. pozostawał szefem Komitetu ds. Radia i Telewizji. Śmiało też może się na nim zakończyć. Kiedy w ponad półtora roku po zakończeniu  odysei Obserwatora przygotowałem dla Wiadomości – pod nowym i światłym już kierownictwem Karola Małcużyńskiego – materiał o tym, jak radzą sobie autorzy stanu wojennego w jedenastą rocznicę jego wprowadzenia, umówiłem się na nagrania nie tylko z generałami Wojciechem Jaruzelskim i Czesławem Kiszczakiem w ich willach, ale również wprosiłem do redakcji “Nie” przy Słonecznej na Górnym Mokotowie..

Powitał tam w progu mnie i moją ekipę zdjęciową zastępca Urbana w tygodniku, Marek Barański, w stanie wojennym gwiazdor DTV. 

– Wychodzimy już dwa lata, a Wiadomości pierwszy raz nas odwiedzają. Od razu widać: dobra szkoła Obserwatora  – rzucił, ściskając mi prawicę red. Barański. A przecież umawiając się na nagranie, przedstawiłem się tylko imieniem i nazwiskiem oraz nazwą redakcji. Legenda pierwszego dziennika bez komunistów pozostawała jednak żywa.

W naszym kręgu kulturowym, czy go śródziemnomorskim czy atlantyckim nazwiemy, uznanie i szacunek ze strony oponenta pozostają szczególnym powodem do chwały.         

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 9

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here