Paradoksalnie w całej historii Telewizji Polskiej od zmiany ustrojowej podjęto tylko jedną próbę tak stanowczego odejścia od jej złych, kojarzonych z czasami stanu wojennego tradycji. Stanowiło ją wprowadzenie na antenę pierwszego “dziennika bez komunistów”, jak od początku określano nowy program informacyjny “Obserwator”. Jego historia zakończyła się pierwszym strajkiem okupacyjnym w dziejach TVP. Warto ją przypominać, skoro mija 35 lat, nikt potem nie wymyślił nic lepszego, a decydenci w kraju i w stacji wciąż nie radzą sobie z wdrażaniem wysokich standardów telewizji publicznej. Albo zwyczajnie nie chcą tego robić.
W kwestii przywracania TVP społeczeństwu Koalicja 15 Października może powiedzieć, że zrealizowała plan minimum: z wieloma innymi obietnicami wyborczymi nawet tego osiągnąć się nie udało. Telewizja rządowa nie stała się wprawdzie z dnia na dzień ponownie publiczną, ale ustało zgorszenie, łączone z wcześniejszymi rządami Jacka Kurskiego i Mateusza Matyszkowicza w tej stacji, zamienionej wtedy w dyżurny przekaz propagandowy Prawa i Sprawiedliwości. Rząd Donalda Tuska w pierwszych tygodniach urzędowania wprowadził do TVP likwidatora, na antenę powrócili cenieni dziennikarze jak Justyna Dobrosz-Oracz. Nie widać za to woli dalszej naprawy.
Zwolennikom minimalizmu lub pospolitego cynizmu politycznego, wykazującym, że kiedyś TVP była “ich” a teraz “nasza” , więc powodów do narzekań brak, odparować można znanym z Witolda Gombrowicza pytaniem: – Jak to zachwyca, skoro nie zachwyca?
Tym bardziej, że lat 1990-2015 a więc umownie czasu przed Kurskim nie da się uznać za stracony, skoro zręby telewizji publicznej starano się zbudować w oparciu o ustawę o radiofonii i telewizji wzorowaną na najlepszej w świecie francuskiej. O rzetelną informację odporną na podszepty polityków starali się kolejno zadbać: szef “Wiadomości” w latach 1992-93 Karol Małcużyński i Telewizyjnej Agencji Informacyjnej 1994-96 Jacek Bochenek.
Redagowaniu programu przez telefon przez oficjeli umieli się sprzeciwić także zawiadujący główną anteną o 19,30 Jarosław Grzelak i Piotr Sławiński. Staff wydawców bywał tak urozmaicony i wielobarwny jak w połowie lat 90. kiedy to główne wydanie przygotowywali na zmianę Grzegorz Miecugow i Agnieszka Romaszewska. W czasach już całkiem niedawnych metr sewrski informowania tworzyły w relacjach z Sejmu Danuta Ryszkowska i Iwona Sulik.
Wszystko to było możliwe, zanim PiS kopnęło w stół po objęciu w 2015 r. samodzielnych rządów w kraju. “Obserwator” pozostaje więc wprawdzie próbą pierwszą i najdalej idącą, ale nie jedyną uwolnienia telewizyjnych przekazów od politycznego gorsetu. Kto zaś uznaje sam podobny zamysł za idealistyczny, temu przypomnieć można, że swego czasu szefem informacji w telewizji kolumbijskiej pozostawał laureat literackiej nagrody Nobla Gabriel Garcia Marquez (od 1992 r.), a mowa wszak o zmagającym się z wieloma problemami kraju Trzeciego Świata.
Telewizja jako obiekt strategiczny, strzeżony po 13 grudnia ’81 przez obecnego szefa “Solidarności”
Porównanie obecnej TVP z pisowską pozostaje równie jałowe, bo oznacza odniesienie do przeszłości w branży, której realia zmieniają się błyskawicznie, więc kto spogląda wstecz ten się cofa – jak niewiele wznosiło zestawianie ekscesów Kurskiego oraz jego gwiazdeczek (jak Danuta Holecka, Magdalena Ogórek czy Jacek Łęski) z wyczynami zapamiętanych z czasów po 13 grudnia 1981 r. spikerów w wojskowych mundurach i stojących za ich plecami komisarzy. Telewizja Polska stanowiła wówczas obiekt strategiczny. Wśród szwejków w czerwonych beretach, obstawiających jej budynek, znajdował się wtedy Piotr Duda obecnie przewodniczący NSZZ “Solidarność” a ściślej pozostałej z dumnego niegdyś Związku resztówki odgrywającej przy PiS rolę podobną jak przedtem CRZZ i OPZZ przy PZPR.
Żołnierz Ludowego Wojska Polskiego Piotr Duda strzegł wówczas telewizyjnych gmachów przed ekstremą Solidarności i KPN. Chociaż ta wcale nie kwapiła się ich szturmować. Kiedy w drugim obiegu pojawił się tekst o możliwości atakowania centrów władzy i informacji napisany przez Jacka Kuronia, pomimo nadzwyczajnej pozycji autora, liderzy podziemia uznali go za wypadek przy pracy.
Do gmachu głównego TVP przy Woronicza wkraczałem we wrześniu 1990 r. głównym wejściem ale drogą jak najbardziej pokojową, jako 25-letni dziennikarz z doświadczeniem z drugiego obiegu oraz pracy w dziale politycznym “Gazety Wyborczej” i tygodniku KPN “Opinia” już po zmianie ustrojowej. Chociaż z wykształcenia jestem krytykiem literackim, nie potrzebuję rozbudowanej bibliografii, ażeby zapoczątkowane tym doświadczenie przy pracy nad pierwszym – i jak dotychczas ostatnim – programem informacyjnym TVP bez komunistów opisać. Nie z sentymentu przecież, ale dlatego, że może się okazać przydatne, skoro wtedy w pół roku udało nam się więcej – chociaż wyłącznie w formacie 20 antenowych minut dziennie, za które odpowiadaliśmy – niż obecnej władzy przez prawie dwa lata prób i błędów.
Krajobraz Telewizji Polskiej wydawał się wtedy ponury, a przeprowadzone przez rok zmiany kosmetyczne. “Dziennik Tv” przechrzczono naprędce na “Wiadomości” podobnie jak teraz po grudniu “roku pamiętnego” 2023 te ostatnie na “19,30”. Szefem informacji telewizyjnej pozostawał Jacek Snopkiewicz, znany z artykułów z 1968 r. na łamach “Walki Młodych”, stanowiącej wtedy nieformalny organ frakcji gen. Mieczysława Moczara. Główny program informacyjny przygotowywali ci sami redaktorzy, którzy przez całe lata 80. walczyli z ekstremą solidarnościową, wzmacniani oficjalnie regularnymi szkolaniami marksistowsko-leninowskimi i mniej formalnie polewaną w nadmiarze wodą ognistą. Niechęć premiera Tadeusza Mazowieckiego do bardziej stanowczych zmian pozostaje powszechnie znana. Wtedy jednak szef Radiokomitetu Andrzej Drawicz oraz zastępca tegoż do spraw telewizji Jan Dworak wymogli na pierwszym po wojnie niekomunistycznym szefie rządu bardziej zdecydowaną postawę.
W tym historycznym dniu..
Właśnie tego samego 17 września 1990 r, kiedy w dziesięciopiętrowcu “na Woro” odbyło się pierwsze oficjalne spotkanie ws. nowego programu informacyjnego “Obserwator” – okazało się, że w planowanych na listopad i grudzień wyborach prezydenckich wystartują przeciw sobie dwaj kandydaci obozu Solidarności: jej przewodniczący Lech Wałęsa i premier Tadeusz Mazowiecki. Oznaczało to, że czasu na nowe przedsięwzięcie… nie będziemy mieli wiele. Nazwisko Stanisława Tymińskiego nie stało się wtedy jeszcze znane powszechnie, ale wydawało się oczywiste, że obrońcy starego komunistycznego układu podejmą kontratak, wykorzystując zarówno reguły demokracji, którą przez dziesięciolecia wcześniej zwalczali jak gorszące przejawy “wojny na górze” w obozie zwycięzców z 4 czerwca 1989 r. Właśnie tym argumentem Drawicz z Dworakiem przekonali ostrożnego do granic kunktatorstwa Mazowieckiego.
“Obserwator” miał stać się nową jakością w Telewizji Polskiej. Nie podlegaliśmy Dyrekcji Programów Informacyjnych, którą zawiadywał wciąż dawny delegat na IX Nadzwyczajny Zjazd Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Jacek Snopkiewicz. Nowy projekt mieli robić ludzie z otwartymi głowami.
Na czele programu stanął Damian Kalbarczyk. Z wielką brodą i w okularach, przypominał intelektualistów z paryskiej Dzielnicy Łacińskiej. Rzeczywiście wcześniej opracował wybór pism Tomasza Masaryka, jednego z twórców państwowości czechosłowackiej po I wojnie światowej i napisał o nim pracę doktorską. Przede wszystkim był jednak znany jako zastępca Marcina Króla w “Res Publice”. Słynął z doskonałych manier i olimpijskiego spokoju, a powikłane dzieje programu tej opinii o nim nie zmieniły.
“Res Publica” okazała się pierwszym w historii między Łabą a Władywostokiem zalegalizowanym pismem wydawanym wcześniej w drugim obiegu. Do kiosków jako prywatny miesięcznik trafiła w 1987 r, okresie liberalizacji po amnestii z września 1986 roku, co stanowiło efekt rozmów toczonych przez Marcina Króla, za które naczelnego “Res Publiki” wyklął Adam Michnik. Pismo współtworzyło wiele wybitnych postaci, innym zastępcą Króla był Paweł Śpiewak.
Za to zastępcą Kalbarczyka w “Obserwatorze” został Rafał Zakrzewski. Ponieważ wcześniej pełnił tę samą funkcję przy Jacku Żakowskim w biurze prasowym Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego (sejmowo-senackiej emanacji Solidarności), a o mnie wiedziano, że wywodzę się z Konfederacji Polski Niepodległej – wielu spodziewało się antagonizmu między nami. Zawiedli się. Gdy program wystartował, a Zakrzewski był redaktorem wydania, wolał poprosić mnie jako głównego reportera politycznego o wyjazd do Sejmu z ekipą na 5,5 godziny, wiedząc, że skręcę mu z tego potem trzy pełnowartościowe materiały, w sumie połowę 20-minutowego dziennika. A gdyby trzy osoby kolejno na zdjęcia posłał, każdej dając ekipę na dwie godziny, nie miałby pewności, że cokolwiek na antenę dostanie. Z kolei kiedy w danym dniu “Obserwatora” wydawałem ja, Zakrzewski nie musiał dopytywać się o kolejność materiałów, bo wiedział, że okaże się zgodna z hierarchią wydarzeń.
Na spory ideowe nie było zresztą czasu, pozostawaliśmy je komuchom z “Wiadomości” teraz równie nieudolnie nadskakującym nowej władzy jak kiedyś tej co, ich na front telewizyjny rzuciła.
Nowy program, nowy format
Dla nas liczył się nowy format i nowy program. Informowanie społeczeństwa a nie wychowywanie go. Uznawaliśmy nie bez racji, że właśnie to nas od komunistów różni.
Nad projektem “Obserwatora” pracowali znakomici młodzi reżyserzy, późniejsi twórcy głośnych fabuł jak Andrzej Jakimowski (“Sztuczki” i “Zmruż oczy”) i Tomasz Drozdowicz oraz dokumentów, jak Sławomir Koehler (“Chłopak i dziewczyna” o nie spełnionej miłości młodych z warszawskiego getta).
W studiu jako prezenterzy zasiedli: aktor z wykształcenia Krzysztof Luft, który wcześniej zdążył zagrać u Krzysztofa Zanussiego, późniejsza celebrytka Agata Młynarska, córka Wojciecha oraz Katarzyna Gruszczyńska po krakowskiej teatrologii. Gospodarze studia nie byli celebrytami ani pacynkami, lecz podobnie jak my – osobami od ciężkiej roboty. Kiedy na kwadrans przed emisją prezenterka Gruszczyńska zwróciła się do reżysera Koehlera o przyniesienie jej czegoś do picia z bufetu w podziemiach zwanego Mariottem, nasz kolega jako człowiek z natury uprzejmy wprawdzie prośbę spełnił, ale stawiając przed Kasią zamówiony sok czy colę spytał ją z pełną godności ironią posiadacza czterech dyplomów akademickich (oprócz reżyserii Sławek miał jeszcze trzy inne fakultety: architekturę, filozofię i bodajże chemię):
– Gwiazdeczko, może cię jeszcze po pleckach poklepać?
Śmiechu było z tego co nie miara, prezenterka piekliła się, że denerwuje się ją tuż przed wejściem na antenę, ale nasz reżyser naprowadził ją swoją złośliwością na właściwy porządek rzeczy. W redakcji “Obserwatora” panowały naprawdę demokratyczne stosunki. Do czterdziestoletniego szefa Damiana Kalbarczyka wszyscy zwracali się po imieniu. Nie czyniono rozróżnień między niedawnymi bohaterami opozycji – jak Nataszą Bryżko (później w dyplomacji kulturalnej nowej Polski), co związana z Liberalno- Demokratyczną Partią “Niepodległość” w latach 80. wchodziła na dachy i montowała tam urządzenia do rozrzucania ulotek a innymi młodymi ludźmi, dla których praca w programie była po prostu pierwszą w ich życiu. Zmierzaliśmy przecież do normalności i w tym kierunku próbowaliśmy prowadzić informację telewizyjną.
Monitory w redakcji nastawione były na CNN lub BBC, czasem niemieckie ZDF czy ARD lub stacje francuskie, nawet na włoskie RAI Uno, prawie nigdy na stanowiące zmurszałą wtedy skamielinę “Wiadomości”. Te ostatnie nadawały często zamiast newsów rudą planszę z napisem “Przepraszamy za usterki”, bo stary układ i w ten sposób potrafił pokazać, kto tam rządzi. Budowano mit, że weterani DTV są fachowcami, tyle, że nikt nie potrafił sprecyzować od czego…
Pierwszy temat na antenę: Lech Wałęsa prezydentem
Wystartowaliśmy, jak to się w telewizji mówi, na ostro. Pierwszy materiał pierwszego wydania “Obserwatora”, mojego autorstwa, nosił tytuł: “Lech Wałęsa prezydentem”. Po zapowiedzi studyjnej z podaniem wyniku wyborów, film zaczynał się tzw. setką reporterską, jak w tym medium nazywa się wypowiedź uchwyconą a nie specjalnie upozowaną. Zwycięzca po poznaniu rezultatów głosowania mówił po swojsku:
– Zdrowie wasze w gardło nasze.
I wychylał kielicha.
Nagrywaliśmy zwycięzców ale i przegranych. Zamiast podlizywać się nowej władzy, doceniliśmy rzeczowo tę, co odchodziła. Materiał o pożegnalnym wystąpieniu Tadeusza Mazowieckiego nasz Sławomir Koehler zilustrował obficie zdjęciami z ulic Warszawy, pokazującymi, jak wiele się przez te półtora roku pomimo rozlicznych ludzkich krzywd, owocujących takim a nie innym wynikiem wyborczym, w stolicy zmieniło. Koehler pokazał łóżka i szczęki z których niczym na bazarze prowadzono sprzedaż przy głównych ulicach ale też wypełnione towarami witryny sklepów, jeszcze dwa lata wcześniej puste, szare i smutne.
– Kochałem Mazowieckiego i dlatego przygotowałem taki felieton – wspominał prawie w ćwierć wieku później nasz reżyser. – Był najuczciwszym politykiem. Powiedziałem mu to, gdy po jakimś czasie w barku w siedzibie telewizji, czekając na wejście do studia szukał drobnych na kawę. Poprosiłem, żeby pozwolił sobie ją zafundować. Zapamiętał mnie i gdy w 20. rocznicę Okrągłego Stołu nagrywałem go u niego w domu, oznajmił, że się zrewanżuje i poczęstował koniakiem całą ekipę telewizyjną [1].
Nie tylko podejście do nowej władzy ale i inwencja różniły nas od “Wiadomości”. Znalazło to wyraz w sposobie zrelacjonowania spotkania desygnowanego na premiera Jana Olszewskiego (szefem rządu zresztą wtedy nie został Mecenas lecz Jan Krzysztof Bielecki, Olszewskiemu udało się to dopiero w rok później) z grupą dziennikarzy, których uznał za opiniotwórczych. Zaprosił wtedy Monikę Olejnik z radiowej Trójki, Agnieszkę Kublik z “Gazety Wyborczej”, Jerzego Modlingera z “Wiadomości” oraz mnie. Rozmawialiśmy w jego ciasnym gabinecie, a ja zastanawiałem się, jak to później zmontuję. Po chwili już wiedziałem i zadawałem kolejne pytania. Aż Olejnik syknęła w pewnym momencie ze złością:
– Przecież ja przed chwilą o to samo pytałam, trochę innymi słowami.
– Spokojnie, wiem co robię – odparłem, dla niej nieco zagadkowo.
Wiedziałem rzeczywiście: chwilę wcześniej dałem dyskretny znak mojemu operatorowi – a był to jeden z najlepszych, po latach nie pamiętam już czy Jerzy Ernst czy Władysław Malarowski – że interesują mnie wyłącznie moje pytania i odpowiedzi “Olsza”. A nie ujęcia stołu, obrazów, popielniczek nawet, bo co w tym gabinecie niby dało się jeszcze sfilmować.
Z nich za to zmontował swój temat dla “Wiadomości” Jerzy Modlinger, robiąc z naszego spotkania banalną relację niczym z konferencji prasowej. Chociaż w swoim programie zaliczał się do tych nowych a nie starych, do Telewizji Polskiej przyszedł po latach z drugiego obiegu. Ale kto wejdzie między wrony…
Za to ja z tego co nagrane zmontowałem po prostu wywiad z Janem Olszewskim. Wyłącznie moje pytania i odpowiedzi kandydata na premiera.
Rozmowa wyemitowana została jako główny temat o 19,00, bo nadawany w Programie Drugim “Obserwator” miał pół godziny wyprzedzenia wobec “Wiadomości”. Gdy mój materiał zobaczyli szefowie Modlingera, wpadli we wściekłość na jego partaninę. I w ogóle jego relacji nie dali na antenę. Z czego musieli się później tłumaczyć wzywani na dywanik na Woronicza, bo zablokowanie tematu uznano za manipulację polityczną: Mecenas był przecież kandydatem na premiera.
Za to ja z kolei, gdy tylko następnego dnia pojawiłem się w Sejmie wraz z ekipą zdjęciową, musiałem wiele razy odpowiadać na to samo pytanie kolegów dziennikarzy: – Łuki, powiedz, kto ci załatwił ten ekskluziw z Olszem? W odpowiedzi robiłem tylko tajemniczą minę.
Wiele wtedy działo się nie tylko w kraju. Gdy Sowieci zaatakowali Litwę a w Wilnie zginęło kilkunastu obrońców wieży telewizyjnej, informacje i komentarze zbieraliśmy do ostatniej chwili. Wszystko mieliśmy gotowe dopiero na dwie minuty przed emisją na żywo w TVP2 o godz. 19.
Zaś następnego dnia ugrupowania niepodległościowe zwołały protest pod ambasadą ZSRR. Powiadomiły nas o nim, gdy już trwał.. Tego dnia nie wydawałem, więc sam ruszyłem z ekipą. W pośpiechu zgarnąłem jedną tylko kasetę Betacam 20 i nie wiedząc czy mam po drugą wracać na górę, żeby nie tracić czasu, pokazałem ją w wydziale zdjęciowym Stanisławowi Holnickiemu, operatorowi znanemu zarówno z dobrych zdjęć jak soczystego języka – z pytaniem czy zmieści się nagranie.
– Tu jest jeszcze od ch.. miejsca – odpowiedział rzeczowo i po swojemu.
– To będziemy grali od ch.. pikiety pod ruską ambasadą – powiadomiłem go w swoim stylu.
Dało się więc powiedzieć, że zyskaliśmy od razu wspólny język, chociaż niekoniecznie jak ze słownika prof. Witolda Doroszewskiego. Kiedy mój operator zorientował się, że ten eseista z “Res Publiki” nie dzieli włosa na czworo, łatwiej nam przyszła rozmowa o konkretach.
Gdy na Belwederskiej wysiadaliśmy z samochodu, ludzie z transparentami i pochodniami od dawna już tam stali. A właśnie zapadał zimowy zmierzch, niczym w opowiadaniu Stefana Żeromskiego. W paru słowach wywiedziałem się u operatora, co z tego wynika dla mojego materiału. Postarał się bardzo.
W odstępie kwadransa zrobił mi trzy długie ujęcia: dzienne, wieczorne i nocne, powiedzmy w języku laika. Z nich później całość zmontowałem. A tekst dałem najprostszy: “przez cały dzień przedstawiciele ugrupowań niepodległościowych protestowali przed ambasadą ZSRR przeciwko inwazji wojsk radzieckich na Litwę”. W tle zapadał zmierzch i rozbłyskiwały już po ciemku pochodnie i znicze. Wypuściłem jeszcze odgłosy skandowania. I znów kolejnego dnia w Sejmie koledzy nie mogli wyjść z podziwu, że chciało mi się w taki mróz przez cały dzień wystawać pod ruską ambasadą, żeby jeden krótki materiał zrobić. A ja tam z ekipą może z pół godziny spędziłem, licząc wyładunek z samochodu i rozstawienie sprzętu.
Naszym działaniom towarzyszyła szczera sympatia artystów sztuki telewizyjnej. Czasem opowiadali nam całkiem jeszcze świeże anegdoty o redaktorach z DTV, co kiedy ktoś się ociągał z montażem materiału, wpadali tam z pistoletem, krzycząc, że to sabotaż. Ludzie telewizji polubili przynajmniej tych z nas, którzy uznawali, że warto pytać i wiedzieli, o co.
W dwa lata później już jako dziennikarz odmienionych za sprawą Karola Małcużyńskiego “Wiadomości” szykowałem materiał o tym, jak w nowej Polsce radzą sobie autorzy stanu wojennego. Pojechałem oczywiście z ekipą do redakcji “Nie” Jerzego Urbana w willi przy Słonecznej na Górnym Mokotowie. Tygodnik sprzedawał wtedy 700 tys. egz.
– Pierwszy raz nas TVP zauważyła – powitał nas w progu zastępca Urbana, znany z anteny po 13 grudnia 1981 Marek Barański. – No tak… – spojrzał na mnie. – Dobra szkoła “Obserwatora”.
A przecież umawiając się na nagranie w “Nie”, przedstawiłem się tylko imieniem, nazwiskiem i aktualną redakcją.
Nie da się ukryć, że uznanie ze strony oponenta w kulturze nazywanej czasem śródziemnomorską uchodzi za szczególnie cenne.
Dopóki jednak nowy program istniał, sprzysięgły się przeciw niemu wszystkie złe moce, zwłaszcza stary układ w środkach nie przebierał, czego dowodzą słowa Jacka Snopkiewicza z napisanej wspólnie z Aleksandrą Jakubowską książki “Telewizja naga”. Nie to w nich nawet najgorsze, że pozostają kłamliwe: “Premiera “Panoramy” wypadła jeszcze gorzej niż po wielu latach premiera kulawca czyli “Obserwatora” ” [2]. O co z tym kulawcem chodziło? W naszym niewiele ponad dwudziestoosobowym zespole pracowało dwóch niepełnosprawnych kolegów, poruszających się o kulach. Aż dowiedzieli się ze smutkiem, że z ich powodu przezywa się cały program. Daje to pojęcie o metodach wówczas używanych. Frasującemu się z tego powodu redaktorowi wydania Andrzejowi Dworakowi (zbieżność nazwisk z b. wiceprezesem przypadkowa), który dzielnie pomimo inwalidztwa zawsze zdążał ze wszystkim jak trzeba – tłumaczyłem, że podobny styl świadczy wyłącznie o tych, co się nim posługują. Niewielka pociecha.
Demo górników… i koniec eksperymentu
O losie “Obserwatora” miała rozstrzygnąć relacja z demonstracji górników pod Belwederem, gdzie po generale Wojciechu Jaruzelskim wprowadził się już Lech Wałęsa. W paruzdaniowej zapowiedzi ze studia przedstawiliśmy tło sporu społecznego. Materiał filmowy składał się wyłącznie z okrzyków manifestantów i ich skandowania oraz prób repliki oficjeli, którzy do nich wyszli: same setki reporterskie, bez słowa komentarza. Władza jednak nie zdzierżyła.
Ówczesny premier Jan Krzysztof Bielecki powiedział nam później, że on wcale nie chciał zdejmować “Obserwatora”. Rzeczywiście z dostępnych nam wtedy informacji wynikało, że pomysłodawcą zamknięcia programu był raczej szef prezydenckiej kancelarii Jarosław Kaczyński, zanim jeszcze przegrał rywalizację o miano głównego kapciowego Lecha Wałęsy z jego kierowcą Mieczysławem Wachowskim.
Zapadła decyzja o podporządkowaniu nas DPI, czyli faktycznym zrównaniu ludzi “Obserwatora” z komunistami z “Wiadomości”.
Nie mogliśmy się na to zgodzić. Zespół rozpoczął strajk okupacyjny w pomieszczeniach redakcji. Spaliśmy na podłodze i obozowaliśmy tam przez dziesięć dni. Niektóre dziennikarki programu dziś jeszcze pamiętają gustowną piżamę prezentera Krzysztofa Lufta. A Sławomir Koehler, jak na wytrawnego reżysera przystało, siebie i nas filmował. Może kiedyś to zmontuje. Przecież był to pierwszy w historii strajk w Telewizji Polskiej. I jedyny, bo po nas nikt już tak stanowczo widzom jej przywrócić nie próbował.
Odwiedzali nas na strajku politycy: Władysław Frasyniuk, co nas zagrzewał do wytrwania oraz poseł Bohdan Pilarski, który próbował nas złamać: ale po rychłej publikacji list agentów okazało się, że to jego wcześniej złamały służby specjalne poprzedniego ustroju.
Wywiesiliśmy z okien wielki transparent: “Obserwator demokracji”.
Z okien naprzeciwko, gdzie mieściły się państwowe instytucje, związkowcy stamtąd na znak poparcia dla nas wystawili swój, jeszcze większy. Napisano na nim po prostu: “NSZZ Solidarność”. Aparatczycy z Komisji Krajowej wsparli wcześniej Wałęsę, a teraz zwykli związkowcy nas.
Na negocjacje ze strajkującym zespołem przychodził wiceszef telewizji Marek Markiewicz, którego przezwaliśmy Makarenką ze względu na pedagogiczną grandilokwencję, z jaką te rozmowy prowadził. Jedno spotkanie odbyło się na Woronicza w gabinecie nowego prezesa Mariana Terleckiego. Bez efektu. Otwarcie prowokował nowy szef DPI Lech Dymarski, który mówił nam, że “Obserwator” to “dziełko” stworzone przez “kolegów z podwórka”. Żaden nie miał nic do zaoferowania.
Próbowano nas za to dyskretnie skorumpować, sugestią, że kto strajk przerwie, a w telewizji pozostanie, będzie mógł zarabiać w “Wiadomościach” przy tematach innych niż polityczne. Osoba, co nam tę niemoralną propozycję przekazała, miała nawet na tych, co się złamią, gotowe określenie zbiorowe: “stajnia Kalbarczyka”. Odpowiedź usłyszała też zbiorową: do tej stajni nie wejdziemy, bo za bardzo cuchnie łajnem [3].
Wałęsa odszedł już daleko od swoich przedwyborczych obietnic. Znajdował się już w fazie ponownego “wzmacniania lewej nogi”, w czym “dziennik bez komunistów” w dodatku rzetelny i pod względem standardów nawiązujący do przekazów telewizji zachodnich mógł mu tylko przeszkadzać.
Przeszliście do historii – powitał mnie napotkany w parę tygodni po zakończeniu naszego strajku Edward Krzemień z “Gazety Wyborczej”.
Obecnym włodarzom TVP życzyć można tylko, żeby kiedyś to samo powiedziano o nich.
[1] CZŁOWIEK WIĘZI I SOLIDARNOŚCI. Kwartalnik “In Green” nr 1 z 2014, s. 10
[2] Aleksandra Jakubowska, Jacek Snopkiewicz. Telewizja naga. Wydawnictwo Alfa, Warszawa 1991, s. 23
[3] por. Obserwator demokracji. “Opinia” nr 18, wiosna 2018, s. 109 i nast.