Rafał Trzaskowski nie wygra wyborów prezydenckich głosami widzów TVN, podobnie jak Lech Wałęsa pomimo pokojowego Nobla nie był w stanie w nich zwyciężyć przed 30 laty wyłącznie za sprawą poparcia słuchaczy Radia Maryja. Nie chodzi tylko o gest wobec umiarkowanych wyborców, dla których liczy się racja stanu a nie rozliczenia i uprzedzenia. Rolą kandydata demokratycznego – jeśli nie ma on podzielić losu Wałęsy z 1995 r., Bronisława Komorowskiego sprzed 10 lat oraz Donalda Tuska dwie dekady temu – powinno stać się pokazanie wyborcom, że polityka nie jest aż tak zła, jak prezentują ją 24-godzinne stacje telewizyjne.
Zwłaszcza, że podobnie jednostronnemu jej obrazowi zaprzecza dobitnie wysoka frekwencja w niedawnym majowym głosowaniu w pierwszej turze, znów stanowiąca źródło optymizmu a także uzasadnionej dumy Polaków. Fenomen 15 października 2023 r. kiedy to do urn poszło nas 74 proc, najwięcej od zimowych pierwszych powszechnych wyborów do Sejmu Ustawodawczego, których nikt już nie może pamiętać – nigdy już miał się nie powtórzyć, zgodnie z zasadą, że cud zdarza się tylko raz. Tymczasem po nieciekawej, ubogiej merytorycznie i agresywnej werbalnie, urodą zaś przypominającej mecze piłkarzy Czechosłowacji z lat 70, bardziej wtedy zainteresowanych kopaniem nie futbolówki wcale lecz rywali po kostkach – na głosowanie udało się 67,31 proc Polaków, na najbardziej obywatelsko aktywnym Mazowszu nawet 73,4 proc. Skoro nic do stracenia nie mamy, a głosujemy nie dla polityków, lecz dla Polski i dla siebie – pozostaje powtórzyć ten masowy udział w decydującej turze 1 czerwca. W miarę możliwości przypominając politykom obozu demokratycznego, których zanim nastąpi cisza wyborcza mieć będziemy okazję spotykać częściej niż kiedykolwiek słowa natchnionego protest-songu Natana Tenenbauma: “A kto Październik zdradził – łotrem” (nie ma wielkiego znaczenia, że dosłownie odnoszą się one do 1956 i 1968 roku) jako swego rodzaju memento. Trzaskowski zna wprawdzie pięć języków obcych ale intelektualistą nie jest, pewnie więc nie wie, kto zacz ten Tenenbaum. Musi jednak znaleźć w swoim otoczeniu takich, co mu wytłumaczą. Wygra, jeśli zrozumie, że zwycięstwa nie zapewnią mu zwolennicy rozliczeń, przestawiania mieszkańców na wegetarianizm ani aborcji na życzenie i bratania się z fałszywymi uchodźcami-nożownikami nasyłanymi przez reżim białoruski. Wszyscy do/ kupy stanowią wciąż mniejszość. Demokratyczny kandydat może postawić na ich dopieszczanie, ale nie ma po co, bo i tak zagłosują na niego a nie Karola Nawrockiego. W domu też nie zostaną, bo ich żarliwość na to nie pozwoli.
Wyznawców przekonywać nie potrzeba
Skutecznej polityki nie prowadzi się jednak z ogniem ani obłędem w oczach. W USA kandydat w ogóle nie bierze się za kampanię w stanach, w których głosy i tak ma zapewnione. Utwierdzanie wyznawców w wierze okazuje się stratą czasu. Podobnie jak pozyskiwanie szczątkowego poparcia od skrachowanych kandydatów (Magdalena Biejat) bez gwarancji, że ich wyborcy podszeptu przegranych posłuchają. Raz już się przecież zawiedli. Po co więc po raz wtóry narażać się na to samo.
Zwierzchnik Trzaskowskiego w partii, Donald Tusk zyskał sobie szacunek nie wtedy, gdy nadskakiwał “Gazecie Wyborczej” ani poklepywał po plecach z Jerzym Owsiakiem tylko wówczas, gdy wysiadł z samochodu i na asfalcie szosy śmiało dyskutował z kibicami, zamierzającymi blokować przejazd jego kolumny.
Trzaskowski nie przekona nas, że jest postacią charyzmatyczną. Gdyby nią pozostawał, nie potrzebowałby bodźcowania w postaci pływania z rekinami. Jeśli podobnie feralne choć podobno w dobrej wierze produkowane opowiastki nie mają się okazać gwoździem do trumny dla jego prezydenckich ambicji, powinien udowodnić, nie błaznowaniem wyłącznie, lecz w miarę świeżym a przy tym obliczalnym i sprawdzalnym przekazem, że nie jest pomyłką Tuska tylko, lecz – jeśli rzecz ująć brutalnie – misiem na miarę obecnych możliwości obozu demokracji. Skoro wiemy już, że tym misiem być nie przestanie. Nawet francuski mag marketingu politycznego Jacques Seguela, który przed laty tak bardzo pomógł Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, że większość Polaków szczerze uwierzyła, że ich prezydent jest człowiekiem wykształconym i mężczyzną słusznego wzrostu – nie zrobi z Trzaskowskiego przywódcy. Nie da się wyostrzyć u kandydata cechy, której zwyczajnie nie posiada.
Umowa z wyborcami
Prezydent Stanów Zjednoczonych Harry Truman był wcześniej sprzedawcą w sklepie z odzieżą męską. Ronald Reagan marnym aktorem. Obaj jednak wiedzieli w jaki sposób w najstarszej działającej nieprzerwanie demokracji świata kontrakt z wyborcami zawrzeć, by wyciągnąć ich z domów na głosowanie. I co istotne – zobowiązań wtedy powziętych dotrzymali. Po upływie ich podwójnych kadencji Amerykanom żyło się lepiej niż przedtem. Po to są przecież prezydenci w demokracji.
W dniu wyborów prezydenckich nie wskazujemy autorytetu społecznego – pamiętamy jaki był los kampanii charyzmatycznego i ratującego życie kardiochirurga prof. Zbigniewa Religi w walce o ten urząd, lecz człowieka do zadań, które ma wypełnić, w tym wypadku, bo takie są wymogi chwili ale i realne uprawnienia głowy państwa, związanych bardziej z obronnością i pozycją Polski na arenie międzynarodowej, niż nawet z oceną ustaw, chociaż to kolejna podstawowa prezydencka prerogatywa.
Wbrew formule wspomnianego już specjalisty od wizerunku, Jacquesa Segueli, że wybory i plakaty muszą mieć charakter bardziej psychologiczny niż polityczny, ale w zgodzie z jej dalszą częścią, iż obywatel głosuje na przyszłość, a nie przeszłość, co ważne zwłaszcza w kampanii prezydenckiej – słynne “Wybierzmy przyszłość” Aleksandra Kwaśniewskiego przekonało Polaków nie z tego powodu, że było zgrabne – ale dlatego, że odczytane zostało jako zapowiedź uzyskania przez Polskę trwałego miejsca we wspólnocie atlantyckiej i europejskiej. Co zresztą rzeczywiście w trakcie dwóch kadencji nastąpiło. I na czym korzystamy teraz, gdy od trzech i pół roku mamy wojnę tuż za wschodnią granicą.
To argument za Trzaskowskim, skoro jego partyjny szef Tusk podpisuje traktat z Francją dający nam parasol obronny ze strony mocarstwa atomowego, a Nawrocki pozostaje tylko krótkim i zdawkowo potraktowanym gościem Donalda Trumpa, którego zamiary wobec naszej części Europy pozostają nieodgadnione i nieobliczalne, a w grę wchodzi także najgorszy wariant typu “Jałta bis”, oznaczający pozostawienie nas na pastwę losu wobec kremlowskiej ekspansji. Kwaśniewski wygrał wtedy w 1995 r, chociaż jego centrolewicowa formacja (koalicja SLD-PSL) sprawowała władzę od półtora roku podobnie jak teraz Koalicja 15 Października i także była przez wyborców surowo oceniana.
Natomiast obojętność, jaką wykazali wówczas obywatele wobec “kłamstwa magisterskiego”, którego dopuścił się Kwaśniewski rokuje z kolei lepiej szansom Nawrockiego, zaplątanego nie tylko w aferę z pozbawieniem seniora kawalerki, przejętej w zamian za opiekę, co okazało się zobowiązaniem później zignorowanym – ale również w kolejne wersje tłumaczeń tej sprawy, które wszystkie nie mogą być prawdziwe, skoro zbyt wiele się w nich nie tylko na poziomie szczegółu zmieniało. Praktycznie wszystko.
Minął na pewno czas “przybijania piątki z Trzaskiem”, co przywodzi trochę na myśl nieudane hasło “Krzak tak” z położonej przez ludzi Wiesława Walendziaka (gł. byli to Waldemar Gasper i Maciej Pawlicki) prezydenckiej kampanii Mariana Krzaklewskiego z 2000 r, gdzie wizerunek kandydata na siłę fajnego w ogóle nie przystawał do ministranckiej osobowości ówczesnego przewodniczącego Akcji Wyborczej Solidarność a zaniechania rządu Jerzego Buzka stały się oczywistą barierą wzrostu poparcia. Podobnie jak w wypadku kampanii Wałęsy nie zadziałało też wtedy straszenie komunistami. Zwłaszcza dla młodszych roczników, znów z zgodzie z wykładnią Segueli, przeszłość nie miała wielkiego znaczenia.
Prawdziwy koniec ośmiu gwiazdek
Podobnie teraz wyczerpała się magia ośmiu gwiazdek, skuteczna jeszcze 15 października 2023 r, chociaż już wtedy o wyniku rozstrzygnęli wcale nie uczestnicy marszów Komitetu Obrony Demokracji, lecz umiarkowani wyborcy, pobudzeni do moralnego sprzeciwu wobec handlu wizami oraz propagandowych niegodziwości telewizji Jacka Kurskiego i jego nieodrodnego następcy Mateusza Matyszkowicza.
Dziś trudno wytłumaczyć, dlaczego półtoraroczna “kohabitacja” rządu Donalda Tuska z przezywanym notariuszem czy nawet wprost długopisem Jarosława Kaczyńskiego prezydentem Andrzejem Dudą nie tylko nie przyniosła żadnych nieszczęść ani katastrof państwu polskiemu a nawet stanowiła dla zwycięzców z 15 października dogodne alibi, żeby nie uchwalać zmian, obiecanych przed tą datą – a teraz z kolei objęcie tego samego urzędu przez wywodzącego się podobnie z pisowskiej formacji Karola Nawrockiego stanowić ma plagę egipską.
Straszak nie działa, po prostu. Pozostaje więc szukać nowych środków wyrazu. Kamienia filozoficznego kandydat obozu demokracji nie znajdzie w debatach telewizyjnych: odbyło się ich wiele, jeśli się pojawi, wypada w nich marnie. Zaś repertuar tricków typowo marketingowych zdaje się wyczerpywać. Zresztą możliwości medialne Trzaskowskiego, chociaż już w dzieciństwie został aktorem (zagrał w serialu “Nasze podwórko” reżyserowanym przez Stanisława Lotha wedle scenariusza Tomasza Jastruna), okazują się limitowane. Tradycyjne kampanijne rytuały nie pomogą przekonać milczącej większości. A ściślej, powiedzmy sentencjonalnie, zostanie ona w domach i realną większością się nie okaże, za to po wyborze Nawrockiego będzie milczeć nadal, aż objawi się dopiero przy okazji jakiegoś kolejnego 15 października.
Wariant rumuński nr 2 czyli pycha sprawiedliwie ukarana
Przez lata, pomimo podziwu, żywionego dla powstańców z tego kraju, którzy po kilku dniach zbrojnie obalili dyktaturę Nicoale Ceausescu w ostatnich tygodniach historycznego roku 1989 r. – wariant rumuński uchodził u nas za straszak, bo wiązał się z przelewem krwi, a my zasadnie chlubiliśmy się pokojowym i niemal bez ofiar przejściem od komunizmu do demokracji.
Ironia historii sprawia, że teraz po 36 latach inny wariant rumuński okazuje się zobowiązującym wzorem dla demokratycznych polityków, bo pokazuje jak uniknąć najgorszego. Z ich punktu widzenia oczywiście.
W pierwszej turze wyborów prezydenckich w Rumunii, która tak naprawdę zupełnie pierwszą nie była, bo parę miesięcy wcześniej już głosowano, ale wynik unieważniono, kiedy po ingerencji z zagranicy (masowe finansowane stamtąd nielegalne reklamy) najlepszy wynik uzyskał pruputinowski Calin Georgescu, do powtórki już nie dopuszczony. W kolejnej, jeśli użyć oksymoronu pierwszej turze najwięcej głosów uzyskał reprezentujący dokładnie tę samą orientację George Simion. Jego przewaga nad kandydatem demokratów burmistrzem Bukaresztu Nicusorem Danem okazała się wręcz miażdżąca: 41 proc do 21 proc. Druga tura wydawała się smutną dla zwolenników Rumunii demokratycznej, proatlantyckiej i europejskiej formalnością.
Jednak właśnie przed nią miała miejsce bezprzykładna mobilizacja wcale nie tylko wyborców Dana, lecz również tych, co wcześniej nimi nie byli. Do urn poszli ci, którzy w pierwszej turze nie głosowali, ale niewiele wiedząc o bukareszteńskim merze, postanowili bronić demokracji i dotychczasowego kursu geopolitycznego na Zachód a nie w kierunku Kremla.
Na swoje nieszczęście prokremlowski radykał George Simion stracił w kampanii czas na podróż do Polski i poparcie u nas Karola/nawrockiego. Gdyby godziny spędzone na Śląsku poświęcił raczej na spotkanie z górnikami u siebie i obiecał im podwyżki – zostałby może prezydentem. Zgubiły go jednak pewność siebie i pycha. Uczestnicy drugiej tury polskich wyborów prezydenckich również powinni mieć tę gotową pouczającą opowieść z morałem na uwadze. Podobnie jak ich sztaby.
W rozstrzygającym głosowaniu Nicusor Dan zdobył głosy 53,6 proc rodaków. Nie da się powiedzieć, że świat odetchnął, bo poza losem Rumunii ma jeszcze parę problemów: na Ukrainie i w Strefie Gazy a także na linii rozdzielenia wojsk Indii i Pakistanu, dwóch krajów z których każdy dysponuje bronią jądrową. Na pewno jednak głębiej oddychają nasi ceniący demokrację rumuńscy przyjaciele.
Za wcześnie jednak na snucie analogii między Trzaskowskim a Danem. Na razie łączy ich tylko fakt pełnienia funkcji prezydenckiej w stołecznym mieście. Nicusor Dan sprawował ją w sposób odmienny od właściwego Trzaskowskiemu w Warszawie, bo w Bukareszcie walczył z patodeweloperami, bronił historycznej przestrzeni miasta i jego estetyki. Nieugiętością wobec lokalnych mafii zaskarbił sobie sympatię, która uczyniła go ostatnią kartą i nadzieją rumuńskiej demokracji. Na porównanie z nim Trzaskowski, w naszej stolicy przecież gospodarz fatalny, bo odpowiada za chaos w przestrzeni miejskiej i pogarszającą się jakość życia, a dba głównie o rowerzystów (czyli zaledwie 10 proc warszawiaków) musi dopiero zasłużyć.
Zasłuży, jak nas do siebie przekona. Oby zdążył przed tą rozstrzygającą rozgrywką. Prędzej mu się to uda, jeśli przestanie straszyć nas zwycięstwem swego konkurenta jako swego rodzaju trzęsieniem ziemi lub podobnym kataklizmem. Polska bowiem, chociaż od trzech i pół roku naszego położenia geopolitycznego nie da się już uznać za korzystne, jak przez trzy poprzednie dekady, nie leży na szczęście w strefie aktywnej sejsmicznie. Umiarkowanych wyborców, którzy zwykli u nas decydować o wyniku każdego powszechnego głosowania, kandydat obozu polskiej demokracji – skoro sam siebie tak określa – zjedna sobie, jeśli przedstawi jej spójną wizję. Najlepiej choć trochę różniącą się od przekazu jego partyjnego zwierzchnika Donalda Tuska, jak pokazują zarówno wynik pierwszej tury prezydenckiego głosowania jak wyniki badań opinii, w półtora roku po historycznym 15 października coraz bardziej sceptycznie przyjmowanego przez Polaków. Również obrońcy demokracji muszą wykazać się pokorą wobec jej reguł i zasad. Skoro decyduje większość, wypada zasłużyć na jej poparcie.
Wyborcy dopiero co w pierwszej turze jasno ocenili demokrację walczącą, propagowaną przez obecny rząd. Sentencjonalnie można powiedzieć: wina Tuska, jeśli odwołać się do liczmanu, kojarzonego ze słynną piosenką niezapomnianego Wojciecha Młynarskiego. Odłóżmy jednak żarty na bok. Być może Trzaskowski wygra te wybory, jeśli zaproponuje publicznie inny model i uczyni to w wiarygodny sposób: demokracji, jeśli już muszą jej towarzyszyć dodatkowe określenia, nie tylko powszechnej, ale empatycznej. Odwołującej się do dobra wspólnego i racji stanu. Takiej, która nikogo nie wyklucza a nie tylko różni się nieco od przekazu konkurenta. Jeszcze nie jest za późno. Tylko tyle i aż tyle.
