Polska, Atlantyk i moment dziejowy

0
14

Obecny kryzys NATO może oznaczać zarówno pozytywne przesilenie i korzystne przegrupowanie, pozwalające Europie przejąć większą odpowiedzialność za Sojusz Atlantycki – jak rozpad dotychczasowej struktury i konieczność budowy nowej na jej gruzach. Również z dominującą rolą Europejczyków. W pierwszej, spokojniejszej kadencji Donald Trump jeszcze wytrzymał i zachował wspólne bezpieczniki. W drugiej, już w trakcie gorącej wojny na Wschodzie, stawia pod znakiem zapytania dotychczasowe sojusze i powołuje wirtualne nowe jak Rada Pokoju, która skupi wyłącznie Amerykę i jej satelitów. Dla Polski powinno to oznaczać nie lament nad końcem dobrej koniunktury, lecz konieczność wykuwania nowej. Nikt tego nie zrobi za nas.

Dobór rozmówców przez amerykańskiego sekretarza stanu Marco Rubio, który pozostaje pierwszym kandydatem do sukcesji po Donaldzie Trumpie, a zaraz po zakończeniu Konferencji Monachijskiej pojechał na Słowację i Węgry, dowartościowując tym samym Roberta Fico i Viktora Orbana, najbardziej proputinowskich jeśli pominąć Aleksandra Łukaszenkę europejskich liderów – pokazuje dobitnie, że źródła problemu nie stanowi osobowość obecnego prezydenta USA. Ani nawet skala materiałów o nim na Kremlu zgromadzonych i mogących stać się zarzewiem szantażu, jeśli założyć, że na pewno istnieją, bo nawet tego nie wiemy. To nie jedyna zagadka, dotycząca zmiany w USA. 

Ameryka bez wyrzutów sumienia i dylemat reszty wolnego świata

W całej polityce amerykańskiej – a Trump został przecież wybrany demokratycznie, za konkurentkę mając absurdalnie operetkową Kamalę Harris, zachowującą się jakby chciała pokazać, że zupełnie nie nadaje się do pełnienia funkcji, o którą się ubiega  – dokonał się niekorzystny dla całego wolnego świata zwrot. Europa a już na pewno strategicznie położona na wschodniej flance NATO Polska muszą na to znaleźć zadowalającą dla siebie odpowiedź.           

Nie może ona być na fikcyjnie mocarstwową miarę, bo do czego to prowadzi – przekonali się już raz nasi przodkowie w 1939 roku. Zapewne też powinna stać się wspólna, oparta na sojuszach nie egzotycznych jak wtedy, ani wirtualnych jak obecny z Trumpowską Ameryką – lecz realna. Skoro obecny prezydent USA skrzykuje do swego namiotu prorosyjskich watażków o autorytarnych skłonnościach jak Fico czy Orban, budując tym samym piątą kolumnę w demokratycznej Europie – porozumiewać się muszą również nieskłonni do ustępstw wobec Władimira Putina, bo zbyt dobrze kremlowskiego dyktatora znający alianci.

Zawarty w ubiegłym roku przez Donalda Tuska sojusz polsko-francuski, gwarantujący nam zachowanie parasola atomowego nawet w wypadku rejterady Amerykanów (kto pamięta, jak uciekli z Afganistanu, wie, że nie jest to iluzoryczne zagrożenie), okazuje się w tej mierze znakomitym prognostykiem. Za to uległość obecnej ekipy wobec Niemiec, podobna jaką Pałac Prezydencki objawia wobec Amerykanów – to opcja fatalna choćby z powodu braku jej akceptacji przez opinię publiczną. 

Rozbieżność interesów, jaka teraz się ujawnia przy okazji europejskich kredytów na ożywienie polskiego przemysłu zbrojeniowego i odnowienie armii w Polsce (SAFE), między rządem i sejmową większością a prezydentem Karolem Nawrockim i stojącą za nim partią poprzedniej władzy, nie jest wyłącznie obowiązkowym elementem formatu kohabitacji ani tym bardziej kolejnym przejawem polskiej tendencji do swarów i wojen na górze – lecz wyrazem oczywistej sprzeczności między opcją proeuropejską a amerykańską.

W tym sensie – kiedy wiadomo, że alternatywnych rozwiązań europejskiego systemu bezpieczeństwa nie da się z dnia na dzień zbudować – gra na dwóch fortepianach staje się koniecznością. Nawet jeśli prezydent Nawrocki nie ma palców pianisty, lecz twarde dłonie boksera czy uczestnika kibolskich ustawek. Po kilku kolejnych głosowaniach powszechnych w ważnych krajach Unii może się zresztą okazać, że to Tusk ze swoją trans-europejskością, jeśli tak rzecz ująć, stanie się w tej wspólnocie jeśli nie anachronizmem to przedstawicielem opcji mniejszościowej. Strach przed Rosją podzielają jednak na szczęście liczni liderzy prawicy europejskiej.

Pół wieku dobrej koniunktury… i wystarczy?

Co nie zmienia faktu, że niemal idealna koniunktura dobiega końca. W formacie międzynarodowym dla Polski trwała przez pół wieku. Od porozumień Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie w Helsinkach (1975 r.), kiedy to łasi na zachodnie kredyty przywódcy komunistyczni przystali na dołączenie do nich “trzeciego koszyka” zasad, zawierających prawa człowieka i obywatela, przekonani, że okażą się one bez znaczenia. Tymczasem za kolejnej po sygnatariuszu Helsinek Geraldzie Fordzie prezydentury Jimmy’ego Cartera właśnie te pryncypia stały się filarami dyplomacji amerykańskiej. Status quo na naszą korzyść zmieniały kolejno: wybór krakowskiego kardynała Karola Wojtyły na stolicę Piotrową (1978 r.), fiasko zaordynowanej przez Leonida Breżniewa w rok później radzieckiej inwazji na Afganistan i po kolejnym roku fenomen antykomunistycznej Solidarności, którego nie powstrzymało nawet wprowadzenie stanu wojennego przez komunistów w Polsce. Kolejnymi wyznacznikami tego pierwszego od trzystu lat tak dobrego dla nas czasu historycznego stały się: głasnost i pierestrojka za Michaiła Gorbaczowa w ZSRR i fakt, że nie potwierdził on aktualności doktryny Breżniewa (zakładającej ograniczoną suwerenność państw socjalistycznych) podczas wizyty w Polsce w 1988 r.

Już w następnym roku komuniści przegrali u nas 4 czerwca wybory wprawdzie nie całkiem wolne, ale takie, w których głosy policzono uczciwie. To od Polski zaczął się demontaż socjalizmu realnego, nawet jeśli ikoną tego procesu stała się rozbiórka muru berlińskiego.

Znane powiedzenie jeszcze z 1980 r. głosiło, że w wolnym świecie lewica popiera polską Solidarność, bo to związek zawodowy i ruch robotniczy, a prawica z tego powodu, że stoczniowcy modlą się nawet podczas strajku i wieszają portret Jana Pawła II na bramie zakładu pracy. Nie zmienia to faktu, że kiedy komuniści wprowadzili stan wojenny – socjaldemokratyczny kanclerz RFN Helmut Schmidt wespół ze swoim NRD-owskim odpowiednikiem Erichem Honeckerem ubolewał, że stało się to konieczne. A jeden z bossów amerykańskiego Citibanku cieszył się po tymże 13 grudnia 1981 r, że Polska teraz szybciej i pewniej spłaci zaciągnięte kredyty. 

Nawet gdy zainteresowanie świata skupiło się już nie na Polsce, lecz rozpadającym się Związku Radzieckim i jednoczących się Niemczech – z dobrej koniunktury korzystaliśmy nadal. Jednak bez przesady, jeśli zważyć, że do NATO wpuszczono nas po dziesięciu latach od upadku komunizmu zaś do Unii Europejskiej po piętnastu, chociaż po II wojnie światowej Niemcy, którzy ją wywołali musieli na miejsce w Atlantyckim Sojuszu czekać podobnie dziesięć lat zaś we Wspólnocie Europejskiej – dwanaście. 

Sprawiedliwość historyczna rzadko jednak pozostaje miarą dyplomacji i polityki międzynarodowej. Z tych również względów Polska musi przygotować się na każdy możliwy wariant rozwoju sytuacji. Ze świadomością własnego strategicznego położenia, miękkiej siły (soft power to dzisiaj ważna kategoria) jaką dysponujemy i którą zademonstrowaliśmy w ogólnospołecznej akcji pomocy ukraińskim wojennym uchodźcom oraz wagi wszystkiego, co we wsparcie wschodniego sąsiada już zainwestowaliśmy.   

Roztropne zachowania Rumunii, która w 1989 r. startowała z pozycji nieporównanie trudniejszej od Polski, po krwawej rewolucji, jaka obaliła tam dyktaturę Nicolae Ceausescu i w warunkach kryzysu ekonomicznego i społecznego, dotykającego znaczną część społeczeństwa, a przed rokiem z powodzeniem obroniła się przed kremlowską ingerencją w demokratyczne wybory prezydenckie i z powodzeniem szuka partnerów w Europie  – wskazują, że w dążeniu do swoich celów, związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa i rozwoju kraju nawet w warunkach presji dronowej i wojny hybrydowej oraz hakerskich ataków ze wschodu, nie musimy się czuć odosobnieni. Z kolei przykład Czech, zwykle uznawanych za kraj spokojny, gdzie teraz narasta pokaźny wewnętrzny kryzys, stanowi dowód, że nikt w Europie nie stanie się samotną wyspą. Pozostaje więc łączenie sił z tymi, którzy podobnie postrzegają sytuację. Ze świadomością, że jej poprawa nie nastąpi z dnia na dzień i wymaga konsekwentnego współdziałania.   


Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 3

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here