Polska, Ukraina i nie nasza wina

0
52

Atak na polski konsulat w Brukseli, gdzie sprayem wypisano obelżywe dla nas hasła, dokonany w noc poprzedzającą wizytę prezydenta Wołodymyra Zełenskiego w Warszawie pokazał, jak wielką wagę kremlowskie służby, które niewątpliwie opłaciły grafficiarzy, przywiązują do kontaktów polsko-ukraińskich. Paradoks zaś polega na tym, że nikły efekt warszawskiego spotkania nie obciąża żadnej ze stron.

Winę za brak postępu ponosi Unia Europejska, gdzie Belgowie w trakcie niedawnego szczytu Rady Europy z pazerności sprzeciwili się przekazaniu Ukraińcom zablokowanych na Zachodzie aktywów rosyjskich. Zamiast spodziewanych 200 miliardów dolarów Kijów dostał na ratowanie budżetu ponad dwa razy mniej, w formie pożyczki gwarantowanej kremlowskimi aktywami. To nie to samo.

Wkrótce po przyjeździe do Warszawy sekretarza generalnego NATO Marka Ruttego, a przed wizytą u nas Zełenskiego, “nieznani sprawcy”, w których wykorzystywaniu jak wiadomo specjalizują się nie tylko komuniści ale i ich pogrobowcy jak dyktatorzy: Rosji Władimir Putin i Białorusi Aleksander Łukaszenka – upstrzyli ścianę polskiego konsulatu w stolicy Belgii napisem po polsku “j…ć  mur” (chodzi oczywiście o ten na wschodniej granicy) z zachowaniem prawidłowej ortografii, oraz licznymi hasłami po angielsku, całkiem już nieortograficznymi. Jakby sprawcy chcieli się podpisać. Nie da się zapewne pilnować wszystkich polskich placówek dyplomatycznych za granicą przez 24 godziny na dobę. ale czas najwyższy, żeby u nas w kraju służby specjalne, utrzymywane z podatków obywateli, zajęły się skutecznie podobnymi do brukselskich sprawców pozornymi obrońcami fałszywych imigrantów, utrzymywanymi  z kroplówek od obu wschodnich wywiadów.

Nie wystarczy gadanina, że zwalcza się “ruską narrację” w sieci. Jeśli ktoś ostentacyjnie w imię “humanitarnych” racji ujmuje się za przebierańcami na wschodniej granicy, przez entuzjastów podobnej postawy zwanej zieloną, a przez prawie cztery lata zupełnie nie interesuje losem autentycznych uchodźców z Ukrainy, to zapewne nietrudno przyjdzie udowodnienie mu związków, zwłaszcza finansowych z FSB lub GRU czy białoruskim KGB, oczywiście z zachowaniem zasad praworządności. Niedawna operacja wykolejania pociągów wykazała, że służby te nie są subtelne i ślady pozostawiają.  

Pieniądz wprawia w ruch ten świat, czyli jak w “Kabarecie” Boba Fosse’a, chociaż rzecz nie śmieszy

Polska zastraszyć się nie dała, w przeciwieństwie do Włoch, których zagranicznych przedstawicielstw nikt nie atakował, wystarczyły kremlowskie sugestie, że jeśli Giorgia Meloni nie sprzeciwi się wraz z Belgami konfiskacie aktywów rosyjskich i przeznaczeniu ich w zgodzie z zasadą sprawiedliwości międzynarodowej na potrzeby, w tym obronne, atakowanej od prawie już czterech lat Ukrainy – stracą na tym włoskie firmy w Moskwie i Petersburgu. A przecież powinno ich tam w ogóle nie być, gdyby unijna polityka sankcyjna realizowana była szczerze i lojalnie przez wszystkich członków europejskiej wspólnoty.

Decyzje podejmowano w Brukseli, a gadano o przyszłości regionu w Warszawie, co skazało te rozmowy na status spektaklu bardziej niż forum logistycznego.  

Dowodem miałkości efektów warszawskiego spotkania stały się komentarze mediów głównego nurtu, zajmujące się bardziej recenzowaniem całokształtu polityki wschodniej prezydenta Karola Nawrockiego, niż oceną tego, co rzeczywiście od ukraińskiego przywódcy usłyszał i sam mu powiedział. W sprawach międzynarodowych Nawrocki pozostaje debiutantem, o dyplomacji pojęcia nie ma bowiem ani on sam, ani jego zaplecze. Dowiodła tego nieobecność Polski w kolejnych ważących konsultacjach międzynarodowych,  ws. Ukrainy i rosyjskiego zagrożenia, pomimo sympatii ostentacyjnie okazywanej wywodzącemu się z PiS prezydentowi przez Donalda Trumpa.  Zresztą Zełenski był nie tylko w Pałacu Prezydenckim ale i w parlamencie. Warszawa nie okazała się jednak miejscem, gdzie pat ws. sprzeciwu wobec rosyjskiej agresji pod koniec czwartego roku jej trwania uda się przełamać. Z oczywistych względów. Po prostu za słabi na to jesteśmy.

Bez wychodzenia przed szereg, czyli czym się martwić nie musimy

W pewnym sensie lepiej, że nie ulegamy euforii w kwestii przyszłego członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej. Z całym bowiem szacunkiem dla oporu sąsiadów wobec kremlowskiej inwazji, stwierdzić wypada, że ich powojenna już akcesja do UE oznaczałaby dla Polski gospodarczą katastrofę zwłaszcza w branży rolnej. Nie tylko dlatego, że nie jesteśmy zbyt zamożni. Ten sam problem dotyczy rolnictwa francuskiego. Zalanie Wspólnego Rynku przez tanie i nie przestrzegające norm produkty spożywcze, nie ukraińskie nawet, lecz wytwarzane w Ukrainie przez międzynarodowe koncerny na szybki zysk nastawione – to perspektywa dla wszystkich członków UE niebezpieczna. 

W kwestiach zaś dla nas tylko, a nie całej wspólnoty Europejczyków, ważnych jak ekshumacje ofiar rzezi wołyńskiej, z góry było wiadomo, że nic nie osiągniemy, odkąd w tym samym terminie, w którym Zełenski odwiedzał Warszawę, w Ukrainie zwołano osobne konsultacje na ten temat. O historii nie rozmawiano zbyt wiele, jednak każdy, kto jej koleje zna, doceni gest naszego gościa, który – chociaż nie miał tego w programie wizyty – zatrzymał się przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Dla sensownej polityki historycznej, a zwłaszcza kwestii pamięci większą od ukraińskiego prezydenta i jego otoczenia zawadę stanowią tacy entuzjaści polsko-ukraińskiego pojednania nie z Kijowa wcale lecz z Warszawy, co pouczają nas, że powinniśmy liczyć się z wrażliwością wschodniego partnera. W domyśle: również w kwestii rzezi na Wołyniu (1943 r.) i jej ludobójczych sprawców z kolaborującej z Adolfem Hitlerem Ukraińskiej Powstańczej Armii. Zresztą gdybym to ostatnie zdanie napisał w  Kijowie czy Lwowie, mógłbym zostać za to pociągnięty do odpowiedzialności karnej, bo ukraińskie władze wprowadziły do kodeksów rygorystyczne przepisy w imię fałszywej dbałości o ocenę własnej historii. Polska, co oczywiste, godzić się na to nie może. Zestawianie UPA z Armią Krajową, co zdarza się mniej krytycznym a bardziej natchnionym entuzjastom pojednania, prowokuje pytanie, czy gdyby w przyszłej Rosji po Putinie władzę przejęli demokraci, zdolni wprawdzie do zakończenia brudnej wojny w Ukrainie, ale konserwatywnie czy nacjonalistycznie nastawieni – w imię dogadania się z nimi powinniśmy przystać na porównanie AK z armią Andrieja Własowa. Najlepiej zapytać o to potomków mieszkańców Woli i Ochoty, których rodzice zapamiętali rosyjskich kolaborantów Hitlera jako najokrutniejszych pacyfikatorów tych dzielnic w sierpniu 1944 r. 

Jedynie prawda jest ciekawa – powtarzał doskonale znający się na sprawach wschodnich znakomity pisarz Józef Mackiewicz. Tylko na niej da się budować przyszłość.

Jeśli zaś chodzi o ewentualne gwarancje, których wciąż Ukraina nie otrzymała, choćby takie, że w razie pokoju z Kremlem, chociaż do NATO nie należy, zostanie mimo to objęta artykułem 5. o wspólnej obronie, jeśli tylko Putin miałby umowę, co wojnę zakończyć, potem zerwać – warto zachować wstrzemięźliwość ze względu na nikłą w tej mierze wiarygodność naszych najpotężniejszych zachodnich sojuszników, z pełną świadomością, że lepszych nie mamy ani nie znajdziemy. 

Przed ponad 30 laty w zamian za wyzbycie się pozostałej tam po czasach ZSRR broni jądrowej, Ukraina dostała gwarancje suwerenności oraz poszanowania jej granic. Zawierające takie klauzule Memorandum z Budapesztu podpisały w 1994 r. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, których społeczeństwa szczerze niepokoiła w początkach ery poradzieckiej groźba “proliferacji” broni masowego rażenia. Teraz Trump podpowiada, by Ukraina suwerenności przynajmniej w części się wyzbyła (w kwestii liczebności armii i swobody doboru sojuszy). A od czterech lat wschodnia granica ukraińska zastąpiona została przez linię frontu gorącej wojny pełnoskwalowej. 

Nie wystarczą więc wyłącznie dyplomatyczne rozwiązania i żeby to udowodnić nie trzeba sięgać aż do Układu Monachijskiego z 1938 r, co rzeczywiście Hitlera nie powstrzymał, ale którego nikt z nas pamiętać z oczywistych względów nie może. Wystarczy Umowa Budapeszteńska jako świeższy przykład. Lepiej więc być może, że teraz nawet obietnice na kredyt nie są składane, jeśli z ich dotrzymaniem mocarstwa miałyby mieć podobny kłopot w przyszłości. Tej oczywiście nie znamy nie tylko w wypadku konfliktu na Wschodzie, jednak z samego położenia na mapie wiemy, jak bardzo w tym wypadku nas dotyczy.   

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here