Roberta Lewandowskiego pożegnali pięknie kibice Barcelony, chociaż piłkarskiej kariery nie kończy. Nie wiadomo jeszcze, czy teraz wybierze ofertę saudyjskiego Al-Hilal najatrakcyjniejszą finansowo (90 mln euro za sezon występów) czy mocniejszą sportowo któregoś z klubów włoskich: Juventusu Turyn lub Milanu. Pewne pozostaje tylko, że na Mundialu nie zagra z powodu słabości narodowej reprezentacji, która nie znalazła się w gronie 48 najlepszych drużyn świata, pomimo udziału Lewandowskiego w spotkaniach eliminacyjnych.
Rozgłos, jaki nadali fetowaniu Lewandowskiego przez hiszpańskich a właściwie katalońskich kibiców komentatorzy w kraju może dziwić nie z tego powodu, że akurat największy sukces – wygranie kultowej i prestiżowej Ligi Mistrzów – nasz rodak odniósł przed laty z Bayernem Monachium, a nie Barceloną. Entuzjazm z tym związany maskować ma słabość rodzimej piłki, od której zwycięstwa Lewandowskiego ani innego eksportowego wirtuoza Piotra Zielińskiego – uwagi nie odwrócą.
W Legii go nie chciano, więc wygrał Ligę Mistrzów z Bayernem
Przed czterema laty w barażu ze Szwecją bramki ich obu wprowadziły nas po barażu na poprzedni, katarski Mundial. Drugi z tych goli, autorstwa Zielińskiego, okazał się tak piękny, że zasadne okazały się argumenty, iż wyłącznie dla takich strzałów warto oglądać piłkarskie mecze. W Katarze wszyscy przeżywaliśmy zmagania Lewandowskiego z jego własnymi nerwami przy okazji powtarzanych jeszcze jakby dla podbicia napięcia rzutów karnych. Po raz pierwszy od 1986 r., kiedy to drużynę prowadził legendarny trener Antoni Piechniczek – wyszliśmy z grupy Piłkarskich Mistrzostw Świata i przywieźliśmy z nich 15. miejsce. Nie doceniono go, psioczono na styl gry (chociaż futbol to nie łyżwiarstwo figurowe ani nawet skoki narciarskie) i po powrocie zwolniono twórcę sukcesu, selekcjonera Czesława Michniewicza. Efekt? W barażach o awans na tegoroczny Mundial w Ameryce przegraliśmy z tą samą Szwecją, którą pokonaliśmy wtedy w Chorzowie po niezapomnianych trafieniach Roberta Lewandowskiego i Piotra Zielińskiego.
Pierwszy z nich sukcesy od początku odnosił nie dzięki, ale wbrew działaczom rodzimego piłkarstwa. Na Robercie Lewandowskim nie poznano się w Legii. Warszawscy bossowie piłkarscy uznali wtedy – to nie żart – że jest za wątły i podatny na kontuzje. Zwyczajnie nie chcieli go w drużynie. Znalazł więc Lewandowski miejsce dla siebie w poznańskim Lechu. Ta różnica rozeznania bossów rodzimego futbolu tłumaczy po części obecną dysproporcję. Lech Poznań właśnie zdobył drugi z rzędu tytuł mistrza Polski w piłce nożnej. Natomiast Legia Warszawa przy podobnym budżecie na sezon – w tym roku bardzo długo broniła się przed spadkiem.
Zaś Lewandowski odnosił sukcesy kolejno w poznańskim Lechu, niemieckich klubach: Borussi Dortmund i Bayernie Monachium, wreszcie w Barcelonie. Pierwszy od czasów Zbigniewa Bońka (w barwach turyńskiego Juventusu) i Józefa Młynarczyka (portugalski FC Porto) zdobywał laury z renomowanymi klubami na najwyższym szczeblu europejskich rozgrywek. Czemu trudno się dziwić. Pozostaje graczem spełnionym i na swój sposób doskonałym. Ma sylwetkę lekkoatlety. Nawet o optymalną dietę dba, menu posiłków zestawia mu żona Anna. Oboje Lewandowscy – nie z powodu diabetyki oczywiście – stali się celebrytami i ikonami wyobraźni zbiorowej. Symbolizują tych, którym się udało, za sprawą talentu, determinacji i pracy. To jednak sukces w klubowym czyli indywidualnym wymiarze. Podobnie jak znakomity Fin Jari Litmanen znany z wyników z amsterdamskim Ajaksem w latach 90. czy Duńczyk Allan Simonsen u schyłku lat 70, brylujący w innej niż Robert Borussi, tej z Moenchengladbach – Lewandowski przechodzi do historii jako gracz, któremu udało się osiągnąć wszystko w klubach, za to niewiele razem z macierzystą reprezentacją.
Polacy dumni z rodaka, ale sukcesy tylko za granicą
Nie zmienia to faktu, że Robert Lewandowski daje Polakom radość i dumę, za co zasługuje na uznanie i szacunek. Brak reprezentacyjnego sukcesu w portfolio jego osiągnięć zastanawia jednak i uderza. Zwłaszcza, że ma już 38 lat, parę jeszcze pogra, ale na Mundialu już nie wystąpi. Ten mógł być ostatni. I odmienić wspomnianą opinię. Stało się inaczej.
Nie jest to winą Roberta, faceta z imponującym dorobkiem, o którym cała Polska mówi po imieniu, jak o kimś bliskim. Tylko niezdolnych do skutecznego działania bossów rodzimego futbolu i komentatorów szukających dziury w całym. Przed czterema laty utyskiwali na 15. miejsce w świecie, że styl nie ten. No to teraz mają… pięćdziesiąte. Zadowoleni?
Ekstraklasa w kraju służy pazernym menedżerom w tym celu, żeby w niej otrzaskali się z boiskiem zagraniczni zawodnicy, którzy potem zasilą drogie kluby zachodnie. Polskim talentom niełatwo się przebić. Rządzą tu ci, który przed laty nie poznali się na Robercie Lewandowskim. Jeśli ma to format anegdoty, to całkiem nieśmiesznej. Oddającej indolencję i amatorszczyznę. Za ogromne pieniądze zresztą, o czym świadczą rozległe inwestycje łódzkiego Widzewa, kiedyś – nawet już bez Bońka w składzie – zaszczytnego półfinalisty Pucharu Europy, poprzednika Ligi Mistrzów, teraz do końca broniącego się przed spadkiem z rodzimej Ekstraklasy.
Robert Lewandowski sobie poradzi, czy za większe pieniądze w saudyjskiej drużynie czy – jeśli wybierze prestiż i pozostanie w głównym nurcie światowej piłki – w którejś z włoskich. O polskim futbolu nie da się tego samego powiedzieć. Czekają nas znowu chude lata, skoro na Mundialu nas zabraknie – bo w piłce nożnej kto nie gra z najlepszymi, ten się cofa.
Znów w szarzyźnie kolejnych eliminacji do najmniej prestiżowej Ligi Konferencji, skoro tam, a nie w elitarnej Lidze Mistrzów najdłużej utrzymują się w grze polskie drużyny, wśród utyskiwań na kolejne niekorzystne losowania dla reprezentacji, bo kto źle gra, ten później rozstawiony jest z niskiego koszyka – przyjdzie nam pocieszać się przez lata budującymi wspomnieniami o indywidualnych przewagach Roberta Lewandowskiego. Jak kiedyś przez chude dziesięciolecia poprawiało nam humor rozpamiętywanie dawnych zwycięstw (lub przynajmniej zwycięskich remisów jak z Anglią w 1973 r, na Wembley i z ZSRR w 1982 r. w Hiszpanii w meczu, gdzie nie tylko o futbol chodziło) drużyn Kazimierza Górskiego, Jacka Gmocha i Antoniego Piechniczka czy wysokich, bo trzecich miejsc Kazimierza Deyny i Zbigniewa Bońka w plebiscytach na najlepszego piłkarza Europy – odpowiednio w 1974 i 1982 r, co dokładnie pokrywało się z chlubnymi lokatami reprezentacji na Mistrzostwach Świata..
Samobójcze bramki, czyli nie tylko o futbol chodzi
Już teraz, gdy śledzi się bezmiar hołdów, składanych Lewandowskiemu przez osoby odpowiedzialne za stan polskiej piłki nożnej, od związkowych bossów z PZPN po mainstreamowych komentatorów – nieuchronnie przypomina się to, co Witold Gombrowicz napisał o rodakach w “Dzienniku”: “oni wywyższając Mickiewicza, poniżają siebie”.
Jeśli uwielbieniu nie towarzyszy refleksja – tak dzieje się rzeczywiście. A kolejne talenty się nie przebiją do pierwszego składu w polskich klubach, traktowanych jak przechowalnia zagranicznych zawodników dla bogatszych lub przynajmniej roztropniej pieniądze wydających drużyn zachodnich.
W trudnych czasach wydawało się zrozumiałe, że Polak odnosi sukcesy dopiero, kiedy z kraju wyjedzie, jak miało to miejsce choćby w przypadku reżysera Romana Polańskiego. Odkąd jednak czujemy, że jesteśmy we własnym domu – a zaraz znowu będziemy hucznie świętować rocznicę 4 czerwca 1989 r. – może zacząć to dziwić. Doradzam jednak, by zastanawiając się nad tym, nie popaść w podobny defetyzm, jak po wspomnianym Mundialu w Katarze. Bo gdy nie docenimy sukcesów jakie mamy – nieprędko przyjdą następne.
Zwłaszcza, że sprawa nie tylko futbolu dotyczy. Skoro padło już w tym skromnym szkicu nazwisko Polańskiego, co w światowym filmie zdobył wszystko, co możliwe, a już 90-tkę przekroczył – warto przywołać przykład dużo młodszego reżysera Pawła Pawlikowskiego. Dostał Oscara za na wskroś polski, nawiązujący do naszej tradycji i historii, film “Ida”, ale jako artysta formował się i dojrzewał poza krajem. Również wiele komentarzy dotyczących naszej literackiej noblistki Olgi Tokarczuk wskazuje na głębsze zrozumienie jej twórczości za granicą, niż w ojczyźnie. Nawet jeśli sama mistrzyni czytelnych deklaracji, Polski dotyczących, wcale nie unika. Tyle, że nie zawsze w kraju wiedzą, o co w nich chodzi.
Problem, wyrażający się docenieniem Lewandowskiego w całym świecie z wyjątkiem wykorzystania jego talentu w kraju (pomijam parę udanych sezonów w poznańskim Lechu, co ogólnej oceny nie zmienia) nie sprowadza się więc do sprawności mięśni ani wyczucia w podawaniu piłki. Ważne, by to ostatnie nie finalizowało się – w sytuacji, gdy nie wszyscy życzą nam dobrze – zostawianiu jej przeciwnikowi na własnym polu karnym, co już nie tylko dosłownie można rozumieć. Sytuacja, w której na pochodzących z kraju geniuszach zarabiają i zyskują głównie inni, ale nie ich macierzyste otoczenie, przywodzi myśl bardziej los narodów Trzeciego Świata, a my przecież – jak od rządzących: czy to prezydenta czy premiera, słyszymy – aspirujemy teraz do miejsca w gronie dwudziestu najmocniejszych globalnych gospodarek. Na gospodarowanie rodzimymi talentami też warto zwrócić uwagę, bez upajania się nawet korzystnymi wynikami rankingów. Za Edwarda Gierka znajdowaliśmy się przecież podobno w pierwszej dziesiątce, co niekoniecznie na stan powszechnej szczęśliwości się wtedy przekładało. Za to dumni wtedy byliśmy z całej jedenastki piłkarzy Górskiego, a nie tylko z pojedynczych gwiazd.