Porozmawiajmy o kadrach państwa

0
0

Z drem Andrzejem Anuszem, autorem książek “Wokół Marszałka” i “Nielegalna polityka”, socjologiem, posłem w latach 1991-93 (PC) i 1997-2001 (AWS) rozmawia Łukasz Perzyna

– Sprawca afery Szpitalu Południowym Dawid Kacprzyk na szczęście nie jest typowym polskim lekarzem, zresztą pomimo, że zawiadywał SOR-em, nawet specjalizacji nie miał. Istnieje za to realna obawa, że zostanie uznany za charakterystycznego przedstawiciela młodego pokolenia w polityce: cwaniak z młodzieżówki, pozbawiony skrupułów. Kiedy w 1991 r. wchodził Pan w pierwszych wolnych wyborach do Sejmu z doświadczeniem z Niezależnego Zrzeszenia Studentów, wszystko wydawało się zmierzać we właściwym kierunku. Pan miał wtedy 26 lat, mniej niż dr Kacprzyk teraz. Posłanką została z listy KPN 25-letnia działaczka jej młodzieżówki Katarzyna Pietrzyk, a z Polskiej Partii Przyjaciół Piwa także Pana rówieśnik Krzysztof Ibisz, co wprawdzie z komuną przedtem nie walczył, ale celebrytą będąc, wybory potraktował jako rodzaj audiotele i talent show. Nawet mieszkańcy osiedli milicyjnych mieli na kogo głosować, bo wystartował, i też z Partii Piwa zdobył mandat, ich z kolei celebryta Jerzy Dziewulski. Czyli wszystko wtedy działało jak powinno w formującej się demokracji. Kiedy przestało i z jakiego powodu?

– Na pewno proces pogorszenia się tej pozytywnej tendencji okazał się długi. Rzeczywiście w punkcie wyjścia Sejm odzwierciedlał zarówno siłę, jak i interesy środowisk, które wprost przyczyniły się do odzyskania niepodległości, jak Solidarność, KPN czy mniejsze formacje centroprawicowe albo Ruch Demokratyczno-Społeczny powołany wtedy przez Zbigniewa Bujaka – ale też i pozostałych kręgów społeczeństwa, nie tylko na wcześniejszej walce o wolność skupionych. I przede wszystkim trzeba się było postarać, żeby się do Sejmu dostać. Zachowania ostentacyjnie niemoralne, do których Pan się odwołuje w pytaniu o obecną szpitalną aferę, mogły szanse zdobycia mandatu przekreślić, lub przynajmniej skrajnie taką możliwość utrudnić. Trzeba pamiętać, że w Sejmie, pierwszym z wolnych wyborów w 1991 r. pochodzącym, znalazła się reprezentacja środowisk postkomunistycznych, stosunkowo nieliczna, ok. 60 posłów, zresztą wtedy parlament był rozdrobniony, a kluby niewielkie.

– W wypadku Sojuszu Lewicy Demokratycznej można powiedzieć, że byli to ci, którym udało się przejść przez Morze Czerwone, chwalono Aleksandra Kwaśniewskiego, że ich przeprowadził od socjalizmu realnego do demokracji. Wielu z nich zadbało o pozory?

– Wtedy Włodzimierz Cimoszewicz werteryzował czy hamletyzował, że Leszek Miller nie powinien składać ślubowania poselskiego, dopóki nie wyjaśni sprawy moskiewskich pieniędzy, tej pożyczki od Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, przywożonej wcześniej w reklamówkach. Bo trzeba się najpierw rozliczyć. A reprezentowali przecież obaj, Cimoszewicz i Miller, tę samą formację polityczną.

– To kiedy zaczęło być gorzej, że nie trzeba już było się tak starać, czy to w sferze realnej czy choćby propagandowej?

– Decyzja o wprowadzeniu na wybory w 1993 r. progu pięcioprocentowego jako niezbędnego warunku obecności w Sejmie przyczyniła się do osłabienia jego reprezentatywności. Nagle po wyborach okazało się, że jedna trzecia obywateli nie ma swoich przedstawicieli w Sejmie, bo tyle wynosiły w sumie elektoraty partii, przede wszystkim konserwatywnych, którym nie udało się do niego wejść. Za to ci, co w nim się znaleźli, poczuli się pewniej: kluby stały się liczne, nie sposób wszystkich posłów zapamiętać, więc i starać się za bardzo nie trzeba, wystarczy zadbać u liderów i selekcjonerów list wyborczych o “miejsce biorące”, jak się je w slangu zawodowych polityków określa.

– I w tym klimacie Cimoszewicz, wcześniej tak zasadniczy w kwestii moskiewskiej pożyczki, poradzi powodzianom, że powinni się wcześniej ubezpieczyć, co podobnie jak teraz omijanie kolejki na SOR w Szpitalu Południowym stanie się wtedy symbolem arogancji klasy politycznej? 

– A nas wcześniej wyborcy zmusili do łączenia się, znaliśmy sondaże i ich oczekiwania. Tak powstała Akcja Wyborcza Solidarność, w połączeniu z efektem katastrofalnej powodzi stulecia w trakcie której rządzący zawiedli, stało się to przesłanką zwycięstwa wyborczego. Już u władzy AWS podjęła trud reformowania Polski. Uchwalone wtedy regulacje dotyczące samorządu i nowy podział administracyjny wciąż obowiązują. Nie mamy powodu, by się tego wstydzić. Polska zyskała wtedy miejsce w NATO, co teraz stanowi fundament naszego bezpieczeństwa w trudnej obecnie sytuacji międzynarodowej.  Oczywiście nasze przystąpienie NATO nie stanowi wyłącznej zasługi AWS i współrządzącej wtedy z nami Unii Wolności, bo kierunek atlantycki polskiej geopolityki pierwszy skutecznie wyznaczył rząd Jana Olszewskiego. Dlatego też wraz z grupą posłów z Porozumienia Centrum w trakcie swojej pierwszej kadencji w parlamencie domagałem się od Jarosława Kaczyńskiego, żeby realnie i szczerze rząd Mecenasa Olszewskiego poparł, a nie tylko w sferze deklaracji. Prezes PC myślał już jednak wtedy o kolejnej koalicji, wymarzonej z Unią Demokratyczną, która wtedy nie powstała, bo PC tam nie chciano. Natomiast rząd Jerzego Buzka sfinalizował 90 proc konkretów w negocjacjach akcesyjnych z Unią Europejską. Można powiedzieć, że nasi następcy – a znowu okazali się nimi postkomuniści – przyszli na gotowe.

– Ale jednak tego nie zepsuli?

– Nie zepsuli rzeczywiście, ale skoro najważniejsze sprawy: udział Polski w Sojuszu Atlantyckim, negocjacje z UE czy reformę samorządową mieli już załatwione, uznali znowu, że nie muszą się przesadnie starać. Stąd tak liczne afery za drugich postkomunistycznych rządów: Lwa Rywina czy świętokrzyska. Udział w tej drugiej skutecznie przykrył zasługi tamtejszego barona Henryka Długosza dla ustanowienia województwa w Kielcach. Wcześniej jako koalicja AWS-UW przystaliśmy na dodatkowe szesnaste województwo świętokrzyskie, bo prezydent Aleksander Kwaśniewski, teraz traktowany niemal jak uosobienie reformatorskich tendencji, zawetował nasz pierwszy projekt z 15 województwami. Zresztą my nie mieliśmy nic przeciwko Kielcom ani ich mieszkańcom, zależało nam natomiast, żeby województw nie było za dużo. Skończyło się kompromisem zawartym dla dobra państwa polskiego. Nowy podział administracyjny wtedy wynegocjowany umożliwił optymalne pozyskiwanie przez 16 regionów zagranicznych funduszy pomocowych. Kolejne ekipy rządzące nie dbały już o reformy, ułatwiające rozwój. Co najwyżej przeprowadzały jakieś zmiany w nadziei na pozyskiwanie konkretnych grup wyborców. W imię motywacji partyjnej, a więc egoistycznej, a nie propaństwowej.

– Jak autor “Wokół Marszałka” postrzega porównanie tego, co w sferze kadr państwa polskiego zdarzyło się po 1989 r. z tym, co działo się po roku 1918?

– Wtedy trzeba było scalić państwo z trzech dotychczasowych zaborów. Podstawą stała się administracja austro-węgierska, bo tam w urzędach mówiło się przynajmniej po polsku. Wielki trud został podjęty. Pamiętamy wizję Szymona Gajowca z “Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego, wydanego w pierwszych latach niepodległości. Oczywiście unifikacja państwa i budowa nowej administracji nie przebiegały idealnie. Zdarzały się afery korupcyjne, jak głośna żyrardowska. Józef Piłsudski nie tylko dokonał przewrotu majowego w 1926 r, ale pozyskał poparcie znacznej części opinii publicznej dla gwałtownych działań pod hasłem uzdrowienia życia publicznego. Sanacji, jak nazwano cały jego obóz. Odwołał się też do pojęcia imponderabiliów, które do obiegu publicznego wprowadził mój stryjeczny pradziadek i poseł wolnej Polski a przedtem zesłaniec i wieloletni towarzysz walki Piłsudskiego Antoni Anusz. Kto łamie reguły, ten odpada, taką zasadę starali się piłsudczycy przeforsować w polityce kadrowej, chociaż oczywiście zmieniło się to na niekorzyść już po śmierci Marszałka w 1935 r. 

– W powieści Szczepana Twardocha “Morfina”, której akcja toczy się tuż po klęsce wrześniowej z 1939 r, pojawia się retrospekcja, jak główny bohater przypomina sobie swoją obowiązkową służbę wojskową w podchorążówce w Grudziądzu. Przyszłych oficerów tam uczono wcale nie podlizywania się, lecz takich odpowiedzi na pytanie przełożonego, żeby go nie obrazić, ale też nie skłamać? Godności i rzeczowości zarazem, co się im przydało później?

– Na pewno narzędziem wychowania obywatelskiego w międzywojniu pozostawało nie tylko wojsko, ale również harcerstwo (bohaterów “Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego: Aleksego Dawidowskiego “Alka” czy Tadeusza Zawadzkiego “Zośkę” znamy wszyscy i wiemy, że byli autentyczni.) Czy Strzelec, z którego lokalnych komendantów wywodziło się później wielu partyzanckich dowódców: jak legendarny Stanisław Sojczyński ps. Warszyc, co w Łódzkiem walczył najpierw przeciw Niemcom, a potem komunistom. Patriotycznemu formowaniu osobowości służyła w 20-leciu szkoła: wspomniany przed chwilą Sojczyński zanim wojna wybuchła był nauczycielem na wsi. Swoją rolę odegrał sport, niedawno na łamach “Opinii” przypomnieliśmy rolę pierwszej  polskiej złotej medalistki olimpijskiej (w 1928 r. w rzucie dyskiem w Amsterdamie) Haliny Konopackiej w niezwykłej i udanej operacji ewakuowania z kraju polskiego złota w 1939 r. O dobre wzorce nietrudno, pod warunkiem, że ktoś chce do nich nawiązywać. Jeśli jednak rozmawiamy o polityce ostatnich lat, to szczególnie niekorzystna dla jakości kadr odrodzonego po raz kolejny w 1989 r. państwa okazała się polaryzacja, na wcześniej nie notowaną skalę, między PiS a PO-KO. Prowadziła do przekonania, że urzędnik musi być swój, z własnego obozu. Efekty oglądamy teraz, przy okazji szokującego braku nadzoru nad tym, co działo się w Szpitalu Południowym.  Na długo przedtem usankcjonowano myślenie, że zwycięzca bierze wszystko i niczym za bardzo nie musi się przejmować. To paraliżuje państwowe struktury, szkodzi także domenie, za którą odpowiada samorząd, lepiej przez obywateli niż Sejm czy rząd oceniany jak wskazują badania opinii. Utrwalenie tendencji, nakazującej zagarnianie wszystkiego do siebie, przyczynia się do upadku jakości polskiej polityki również w jej personalnym wymiarze. Chociaż przecież po przełomie ustrojowym powstała Krajowa Szkoła Administracji Publicznej, której absolwenci mieli na wzór francuski tworzyć apolityczną służbę cywilną. To się nie powiodło, bo dobre wzory i tendencje zastąpił prosty czy wręcz ordynarny podział łupów, którego skutki teraz dostrzegamy.            

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 0 / 5. ilość głosów 0

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here