Porzuceni umiarkowani

0
1055

Czy powrócą, by współrządzić? Z badań opinii i prognoz taka możliwość wynika

Obóz demokratyczny staje przed diabelską – z punktu widzenia głównej jego siły: partii Donalda Tuska – alternatywą. W grę wchodzi oddanie władzy PiS za niecałe dwa lata, przy czym formacja Jarosława Kaczyńskiego sprawowałaby ją w koalicji z jedną Konfederacją lub raczej z obiema – albo wyrzeczenie się obecnej supremacji i przystanie na nowego przyszłego sojusznika, jaki powstanie na gruzach Trzeciej Drogi lub poza nią, a przyciągnie umiarkowanych wyborców. 

Tak jak stało się to przed 15 października 2025 r, kiedy to wobec krachu pomysłu jedynej słusznej wspólnej listy pod batutą Tuska powstała inicjatywa Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz Polski 2050 i to głosy na Trzecią Drogę oddane rozstrzygnęły o odsunięciu PiS od władzy.

Obecnie zarówno PSL jak Polska 2050 znajdują się w sondażach trwale poniżej progu pięcioprocentowego, dającego bilet wstępu do przyszłego Sejmu.  W wielu badaniach granicy tej nie przekracza także Lewica, co pokazuje, że “efekt Włodzimierza Czarzastego” po objęciu przez niego funkcji marszałka szybko się wyczerpał.  

Wnioski z prawie dwóch lat, a ściślej, czy jedna porażka wystarczy

Sygnałem alarmowym pozostaje wynik drugiej tury wyborów prezydenckich sprzed siedmiu miesięcy, w której Karol Nawrocki, kandydat formalnie obywatelski a faktycznie z krwi i kości pisowski pokonał zastępcę Tuska w partii rządzącej – Rafała Trzaskowskiego. Wskazywać można, że kandydat był żaden i bez cienia charyzmy. Rzeczywiście Nawrocki w kampanii chociaż boksował w ringu z dziennikarzem Miłoszem Kłeczkiem w trakcie przeprowadzanego wywiadu, podczas gdy Trzaskowski co najwyżej opowiadał o pływaniu z rekinami, a czego wyborcy nie widzą, to nie istnieje. W dodatku kampanię kandydata Koalicji Obywatelskiej zatopił worek kartofli przydźwigany do Domu Pomocy Społecznej przez jej posłankę Kingę Gajewską, natomiast Nawrockiemu nie zaszkodziło nawet odesłanie do innego DPS seniora, który przekazał mu kawalerkę. Przy Nawrockim ujawnił się zresztą efekt znany z obu zwycięskich kampanii Donalda Trumpa w Ameryce (w 2016 i 2024 r.): czym więcej kandydatowi zarzutów stawiały media głównego nurtu, tym mniej ludzi w nie uwierzyło. W Polsce przyczyniła się do tego nikła wiarygodność mediów publicznych w których odbudowę zawczasu nie zainwestowano.

Część umiarkowanych w dniu drugiej tury została w domu i to ich nieobecność przesądziła o wyniku.

Nie chcieli dalej żyrować zaniechań władzy a tym bardziej jej rażących błędów. Do tych ostatnich zaliczyć trzeba wspomniany już brak rzetelnej reanimacji TVP, gdzie po wprowadzeniu likwidatora rządzący ograniczyli się do zastąpienia wrażych nominatów swoimi własnymi, co poprawiło klimat, ale nie program. Widzowie nie będą wiecznie wdzięczni za zluzowanie dawnej ekipy Jacka Kurskiego żurnalistami mniej zacietrzewionymi, skoro obiecywano dużo więcej: przywrócenie misji telewizji publicznej jako potentata informacji i miejsca debaty. Obie te role TVP pełniła w latach 1990-2015, a więc nawet przed uchwaleniem przez postsolidarnościową jeszcze większość ustawy o radiofonii i telewizji, wzorowanej na najlepszej w świecie francuskiej.

Do pogorszenia obrazu nie tylko odpowiedzialnej za nich Koalicji Obywatelskiej, ale całego rządzącego sojuszu przyczyniły się też ekscesy prokurator Ewy Wrzosek (w sprawie, zakończonej śmiercią Barbary Skrzypek odegrała zasmucającą rolę, co oczywiście wcale nie oznacza, że afery, jaką badała… nie było) oraz Romana Giertycha jako lidera samozwańczego zespołu parlamentarnego do ścigania nieprawości pisowskich. I znów wypada zastrzec, że bezsprzecznie miały one miejsce, tyle, że nie musi ich tropić dawny zastępca Jarosława Kaczyńskiego w pisowskim rządzie, który w równoczesnej roli ministra edukacji zapisał się pomysłem wycofania z listy lektur szkolnych Witolda Gombrowicza, na co wtedy nawet sam prezes zareagował sprzeciwem.

Do lektur szkolnych nie ma jednak szczęścia także obecna ekipa. Z ich listy Barbara Nowacka skreśliła “Katedrę” Jacka Dukaja. Złośliwi utrzymują, że bez jej przeczytania, na podstawie samego tytułu. Arcydzieło pisarskie Dukaja, niewielkiej objętości i przystępne dla fascynującej się nowymi technologiami młodzieży, którego ekranizacja autorstwa Tomasza Bagińskiego otarła się o Oscara, stwarzało szansę przekonywania młodych, że szkoła nie jest nudna. Jak bryki i wypisy, co “Katedrę” zastąpiły.      

Dodatkowych strat przysporzyła już po porażce Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich próba kwestionowania ich wyniku. Mniejsza nawet o to, że znów rękami Giertycha, masowo mailującego szablony protestów, zwanych od tego “giertychówkami”. Tym samym Koalicja 15 Października wyrzekła się sama efektu pewnej moralnej wyższości, streszczającego się w najprostszych słowach: my jesteśmy lepszymi demokratami. I wynik każdych wyborów uznajemy. Gdy się to skończyło, dodatkowy argument zyskali zwolennicy popularnej rymowanki: PiS, PO – jedno zło. “Gazeta Wyborcza” nazywa ich w swoim slangu “symetrystami”. Uczestnicy operacji – na szczęście niedokończonej – podważania wyborczego rezultatu w oczywisty sposób napędzili zwolenników obu Konfederacjom, bo skoro partie głównego nurtu nie potrafią przegrywać (KO w ub. r. a PiS w 2014 w wyborach samorządowych) to porządek zrobić mogą wyłącznie ugrupowania, co same się przedstawiają jako antysystemowe, więc do niczego się stosować nie muszą.

Zacietrzewienie towarzyszące kwestionowaniu wyniku z 1 czerwca 2025 r. wzbudziło jednak też uzasadnioną konfuzję u sporej części wyborców demokratycznych. Zwłaszcza, że frekwencja, chociaż nie tak rekordowa, jak 15.10.2023 r, okazała się jednak imponująca. A więcej od Karola Nawrockiego głosów w wyborach prezydenckich uzyskał tylko pokojowy noblista Lech Wałęsa w 1990 roku. Z czego też warto zdać sobie sprawę. Niewybredna propaganda przeciw prezydentowi zrazi jego – nazwijmy ich tak – jednorazowych zwolenników, bo teraz będą nie jego, lecz własnego wyboru, czyli cząstki siebie, bronić.

Nie ma co liczyć Koalicja 15 Października na “efekt flagi”: skupianiu się poparcia obywateli przy aktualnej władzy w czasie zagrożenia. Od nocy dronów (z 9 na 10 września ub. r.) to ostatnie nie jest iluzją. Jednak jak dowodzą badania opinii publicznej – beneficjentami “efektu flagi” okazują się… w równej mierze Tusk jak Nawrocki. Obaj zyskują notowania wyższe niż ich bezpośrednie zaplecze. Dla meczu między nimi nie ma to jednak wielkiego znaczenia.  

Meandry “kohabitacji” jak z francuska nazywa się współrządzenie, w tym traktowanie jak narzędzia rywalizacji zarówno Rady Gabinetowej w sprawach bezpieczeństwa państwa jak mediów społecznościowych, podoba się pewnie radykałom, ale zraża umiarkowanych. Podobnie jak oczywiste sekciarstwo nielicznych zmian, przez obecną ekipę dokonywanych, nawet jeśli generalnie się ona nie przepracowuje.     

Odważniki na jedną szalę Temidy. Zmiany dla korporacji, nie dla racji stanu

Zwykły obywatel zyskuje nieodparte wrażenie, że władza, czy to próbując stwarzać fakty dokonane czy preparując na użytek wcześniej Andrzeja Dudy teraz Karola Nawrockiego projekty ustaw do oczywistego przez kolejnych pisowskich prezydentów zawetowania – dba głównie o interesy najbardziej wpływowych środowisk. Działa więc w imię przesłanek partykularnych i korporacyjnych a nie ogólnospołecznych interesów.

Najlepiej to widać – więc zarazem najgorszy efekt to przynosi – po domenie prawa. Kwestie przybliżenia wymiaru sprawiedliwości zwykłemu obywatelowi a nawet skrócenia czasu wlokących się niemiłosiernie postępowań sądowych (za rządów Zbigniewa Ziobry jeszcz się on wydłużył) – zupełnie znikły z listy priorytetów. Reformy teraz forsowane sprawiają wrażenie respektujących w pierwszym rzędzie interesy sędziów z Iustitii – cześć im i chwała, że się zakusom pisowskim sprzeciwiali, ale nie tędy droga, by odchylać dla odmiany wahadło w drugą stronę. Lepiej już, by Temida zachowała przepaskę na oczach. Nie dokładajmy jej odważników na jedną tylko szalę.  

Podobnie adwokatów źle traktowała władza pisowska, co nie musi oznaczać podnoszenia teraz mecenasowskiego środowiska do rangi głównego beneficjenta zapowiadanego powrotu do praworządności. Palestra ma się nieźle, a zarabia jeszcze lepiej, ludzie to widzą i oceniają.      

W sądach pogłębia się wyższość demonstracyjnie okazywana zwykłemu obywatelowi. Nie tylko przez sędziów ale czasem prostych asesorów. Uzasadnienia niektórych decyzji także w sprawach cywilnych swoim mimowolnym komizmem przywodzą na myśl czasy PRL.   

Dla przykładu pani sędzia w sporze między spółdzielnią a właścicielem mieszkania o czynsz, który ten drugi uznaje za wyliczony bezpodstawnie – odrzuca wniosek o zbadanie, dlaczego zarząd tejże sp-ni  podaje do sądu tylko mieszkańca, ale już nie najemców komercyjnych lokali użytkowych, co zalegają jej z kwotami dwa razy większymi. Zdaniem “Temidki” z sądu przy Marszałkowskiej – nie ma to bowiem… znaczenia dla sprawy. To co ma? W sytuacji, gdy w wielu spółdzielniach mieszkaniowych zakonserwowany został dawny układ esbecko-PZPR-owski (bo jeśli rzecz ująć obrazowo, na zebrania przychodzą i głosują potomkowie tych, co przed laty dostawali lokale, by innych mieszkańców pilnować – a zaganiana reszta nie ma na to czasu wczesnym popołudniem w dniu powszednim) podobnie lobbystyczne podejście grozi podważaniem przekonania o bezstronności sądu, nieodłącznego tak od praworządności jak demokracji. 

Z kolei powadze wymiaru sprawiedliwości szkodzi asesorska arogancja objawiana, gdy w odpowiedzi na monit o częściowe zwolnienie z kosztów sądowych znów w sprawie cywilnej a nie karnej – wnioskujący oprócz odmowy otrzymuje zamiast uzasadnienia pouczenie, że jeśli go na opłacenie tychże nie stać, może się wziąć do pracy fizycznej. Dodajmy, że wnioskodawca wykonuje zawód zaufania publicznego. Takim też powinny być wszystkie profesje składające się na wymiar sprawiedliwości. Kiedyś już nie pomogło jego prestiżowi, kiedy minister Jarosław Gowin ujednolicał rozporządzeniem używane w sądach długopisy. I publicznie oznajmiał, że “ma w nosie literę prawa”, bo i tak zdarzyło mu się powiedzieć.     

Przewlekłość postępowań i natrętna arogancja jurystów to kwestie na podstawie których zwyczajny obywatel wyrabia sobie opinię o wymiarze sprawiedliwości. Nie buduje jej wcale kazuistyka związana z Krajową Radą Sądownictwa, kibicowanie kolejnym wyrokom TSUE (Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej) czy eskalacja podziału na paleo- i neosędziów, czym zajmuje się najchętniej obecna ekipa. I tak bezradna wobec wet kolejnych pisowskich prezydentów. Dla zwykłego obywatela to burza w szklance wody. I wrażenie, że rządzący dbają przede wszystkim o interes środowiska i tak uchodzącego za wpływowe czy wręcz mocarne.   

Podobnie dbałość władzy w głównej mierze o swoich to przeświadczenie całkiem roztropnie wypływające z regulacji obecnej władzy dotyczących mediów prywatnych. Tusk rozporządzeniem rządowym wprowadził zakaz sprzedaży TVN i Polsatu bez zgody… rządu właśnie. Co istotne, przyjęte zasady nie zadziałają w wypadku bliskiego już przejęcia obecnego właściciela TVN – Warner Bros Discovery, bo transakcja dokona się w Ameryce, więc podobne rodzime regulacje nie mają znaczenia. Krytykowano liberalną przecież ekipę za pełzającą nacjonalizację prywatnych  telewizji, a teraz jeszcze się okazuje, że wszystko to na nic…

Z całym szacunkiem dla środowisk: prawniczego i medialnego, nie da się zignorować, że to nie one w pierwszym rzędzie tworzą nowe miejsca pracy i wzrost gospodarczy. czyni to pracujący na swoim polski przedsiębiorca, nierzadko desperacko zmagający się z nieuczciwą konkurencją obcych korporacji w praktyce nie płacących tu podatków. Dotyka to również sektora rolniczego. I znowu emocje wokół umowy z Mercosurem tego nie przesłonią.   

Tworzą wzrost gospodarczy, czy znajdą partnerów w polityce

W perspektywie kolejnego już roku szczególne zaniepokojenie wielu praktyków gospodarki wzbudzają niekorzystne dla nich zmiany, dotyczące księgowania i naliczania podatków. Słyszy się powszechne narzekania w tym środowisku. Pojedyncze jednak, bo w wyniku zaniechań kolejnej już władzy – przedsiębiorcy nie doczekali się wciąż własnej reprezentacji. Takiej, jaką już dysponują wspominane już tu zawody prawnicze z notariuszami włącznie, ale także lekarze i farmaceuci, czy wreszcie architekci. Tam jakoś nikt nie psioczy, że przynależność jest obligatoryjna. A to właśnie stanowi alibi, bo nawet nie powód, że politycy nie ułatwiają powołania Powszechnego Samorządu Gospodarczego.  Podobnego ,jaki działał w Polsce przed II wojną światową, a próby jego późniejszej reaktywacji storpedowała biurokracja komunistyczna. W Niemczech taki samorząd przedsiębiorców pozostaje nie tylko oczywistością, ale mocnym partnerem dialogu społecznego.       

W Polsce od kilku lat wokół pomysłu odrodzenia Powszechnego Samorządu Gospodarczego rozwinął się znaczący ruch społeczny. Dysponujący nie tylko ekspertyzami ale gotowymi projektami. Zakorzeniony w istotnych dla ekonomiki kraju środowiskach. Udawanie, że nie istnieje, pozostawało bardziej zrozumiałe za rządów PiS, niechętnie spoglądających na wszelkie formaty samoorganizacji społeczeństwa. Podobna postawa dziwić może jednak u obecnej ekipy, odwołującej się do koncepcji społeczeństwa obywatelskiego, której samorząd pozostaje oczywistą częścią.    

Skoro o samorządzie mowa, istotny w kontekście reprezentowania poglądów umiarkowanych obywateli okazać się może ten terytorialny. Nie jako całość oczywiście, zwłaszcza, że szyld “Bezpartyjnych Samorządowców” raz już nie poskutkował, o czym jeszcze będzie mowa – ale jego cieszący się autorytetem ludzie. 

Okazja trafia się oczywista. Za rządów PiS administracyjnie ograniczono do dwóch liczbę kadencji prezydentów miast, burmistrzów, czy wójtów. Zapewne wielu tych, co nie mogą kandydować po raz trzeci – bo nawet zniesienie limitu przez obecny parlament ani chybi zawetuje Nawrocki – w wyborach samorządowych w 2029 r, spróbuje sił dwa lata wcześniej w walce o mandaty poselskie. 

Niekoniecznie z list już istniejących ugrupowań. Wszyscy się zresztą na nich nie zmieszczą. Mnogość postaci cieszących się wśród mieszkańców autorytetem pochodzącym z aktywności samorządowej rokuje, że środowisko to mogłoby stać się zaczynem czegoś poważniejszego, niż osiągnęli Bezpartyjni Samorządowcy w 2023 r, którzy wtedy zdobyli… jeden procent z kawałkiem. Przyczyn ich porażki nie trzeba nawet uzasadniać, bo znakomicie przeanalizował je mec. Marek Czarnecki na łamach PNP 24.PL, którego oceny zresztą na tych samych łamach próbowałem nieco łagodzić nie tyle w polemice nawet – bo miał rację przecież – ale w swego rodzaju zdaniu odrębnym.  

Zarówno zwolennicy reaktywacji Powszechnego Samorządu Gospodarczego jak lokalni liderzy znani z aktywności w istniejącym od 1990 r.  samorządzie terytorialnym żywią w znakomitej większości przekonania umiarkowane. Każda więc inicjatywa polityczna – ich wspólna, każdego z tych środowisk osobno czy po prostu z ich udziałem – może być bacznie obserwowana przez wyborców spokojnych, niechętnych wiecznym kłótniom i dwubiegunowemu podziałowi ewentualnie uzupełnianemu przez radykałów z obu flank (obie Konfederacje: ta Sławomira Mentzena oraz Korony Polskiej Grzegorza Brauna, ale też Razem Adriana Zandberga z drugiej strony). 

Lista środowisk obecnie pozbawionych własnej reprezentacji okazuje się dłuższa. To na pewno klasa kreatywna, a rośnie jej liczebność i znaczenie. I jeszcze będzie się wzmacniać, bo mowa o wykonujących pracę, której nie zastąpi sztuczna inteligencja. Z kolei dla znacznej części młodzieży nudziarzami okazują się zarówno Tusk i Kaczyński jak Mentzen i Braun, a nawet najszybciej chwytający kontakt z młodymi Zandberg. Pytanie, czy w ogóle wystąpią, a jeśli tak, to razem czy osobno i czy spróbują je skaptować partie już istniejące, zwłaszcza te, co zmiękną wobec groźby obicia się od spodu o próg 5 proc.          

Im bliżej wyborów, tym politycy chętniej oddzwaniają…

Tę zasadę zna każdy, kto chociaż raz próbował organizować dowolny ruch społeczny czy nawet reprezentację znaczącego, ale spoza świata partii, środowiska. Co więcej: przeważnie im się to potem opłaca. Wyborcy cenią bowiem tych, co potrafią zawiązywać porozumienia i kaptować sojuszników. Polskie Stronnictwo Ludowe w 2019 r. podwoiło wynik w porównaniu z przedwyborczymi sondażami, bo dogadało się nie tylko z resztówką Kukiz ’15 wraz z jej liderem rockmanem Pawłem, ale nawiązało też współpracę ze środowiskiem niezależnych przedsiębiorców. Nie do końca szczerą, bo nie otrzymali oni tzw. miejsc biorących jak mawiają sztabowcy czyli owocujących mandatami poselskimi. Tych jednak za ich sprawą ludowcy uzyskali więcej, choć badania dawały im poparcie 4 proc, przy urnach urosło do prawie 9 proc.

W świetle opisanego sposobu traktowania sytuacyjnych sojuszników przez politycznych wyjadaczy, zasadne okazuje się pytanie, czy warto, żeby reprezentanci nieobecnych teraz w polityce środowisk w ogóle do partyjnych liderów wydzwaniali. Czy nie lepiej, żeby skrzyknęli się nawzajem. 

Emmanuel Macron w Francji. Wołodymyr Zełenski w Ukrainie czy nawet Javier Milei w odległej ale ważnej dla reszty świata Argentynie nie wyrośli wcale z tamtejszych systemów partyjnych, tylko wykorzystali moment ich rozwibrowania. 

Nie trzeba zresztą daleko szukać przykładów. W czasie podobnym, jaki teraz nas dzieli od wyborów do Sejmu w 2027 r, ale przed wyborami z 1997 r. – Akcja Wyborcza Solidarność jeszcze nawet nie powstała. Utworzyły ją zaledwie na 15 miesięcy przed głosowaniem powszechnym Związek i liczne partie centroprawicowe. A jednak to AWS tamte wybory wygrała i rządziła po nich, z zasiedziałą w parlamencie Unią Wolności (wcześniej Unią Demokratyczną). W sumie cztery lata, z czego ostatni rok już bez UW.      

Żeby zmieniać Polskę, nie trzeba koniecznie wygrywać wyborów…

Brzmi to jak paradoks, ale urasta do rangi pewnika. Jesienią 2027 r. raczej nikt, nawet faworyt z PiS, nie uzyska samodzielnej większości do rządzenia. Z kolei KO liczyć może na dobry, może nawet pierwszy wynik, ale nie znajdzie partnerów do koalicji, jeśli obecny układ poparcia, jaki oddają sondaże, nie zmieni się skokowo.

W takiej sytuacji wystarczy mieć tyle mandatów, żeby stanowiły odpowiednik złotej akcji – i wtedy ci nowi w Sejmie będą mogli powiedzieć: bez nas nie da się rządzić.

Wystarczy okazać się, przy podobnym jak oni potencjale lub nawet mniejszym – mniej kłopotliwym więc łatwiejszym partnerem koalicyjnym od Mentzena czy Brauna.

Każda inicjatywa demokratyczna zawdzięczająca miejsce w Sejmie poparciu umiarkowanych wyborców bez trudu ten warunek wypełni. Oczywiście jeśli tylko arytmetyka na to pozwoli.

A wtedy nietrudno zażądać od mocniejszego koalicjanta spełnienia postulatów, na których tym umiarkowanym wyborcom zależy. Bo politykom starych partii zależeć będzie na rządzeniu oraz preferowanych tekach ministerialnych. 

To nie fantazja żadna, tylko prognoza, poparta licznymi badaniami opinii i ocenami autorytetów w dziedzinie demoskopii.     

Co trzeciemu Polakowi karta dań nie odpowiada, zanim stanie się kartą wyborczą

Co trzeci z nas z zadowoleniem powita nową partię już na wybory do Sejmu w 2027 r, jak wynika z sondażu United Surveys [1].

Skąd miałaby ona czerpać zwolenników, wydaje się oczywiste. Tym razem bowiem to radykałowie, jeśli mowa o istniejących już bytach, mają na kogo głosować. Wyostrzyły swój przekaz zarówno Prawo i Sprawiedliwość jak Koalicja Obywatelska. Zaś jeśli Konfederacja Mentzena wyda się komuś łagodna, to wyłącznie w porównaniu z tą drugą: Korony Polskiej Brauna. Podobnie jak Razem Zandberga w zestawieniu ze starą partią i gwardią Czarzastego. Kto założy cokolwiek nowego – musi odwołać się do tych, którym obecna karta dań nie odpowiada, zanim stanie się ona kartą do głosowania w jesiennych wyborach do Sejmu w 2027 r. 

Istnienie “centrum” w polskiej polityce potwierdza prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego: “To, że go nie widać, nie znaczy, że go nie ma. W sondażach nie pojawiają się wyborcy, którzy zmienili zdanie, bo gdy pytamy ludzi, na kogo głosowali we wcześniejszych wyborach, nie mówią prawdy (..). Jest grupa wyborców, która ma dość obydwu głównych partii. Każdy z pary Tusk-Kaczyński od 20 lat przekonuje, że ten drugi nie ma prawa rządzić. I każdy z nich odniósł taką narracją oszałamiający sukces, bo przekonał do swojej tezy dwie trzecie Polaków. To oznacza, że jedna trzecia uważa, że Kaczyński ma prawo rządzić, a Tusk nie, jedna trzecia myśli odwrotnie, a jedna trzecia, że żaden z nich nie ma prawa rządzić (..)” [2]. Prof. Flis nie przywołuje przytoczonego przez nas wcześniej badania United Surveys, ale.z pewnością je zna, więc można powiedzieć, że wszystko układa się w logiczną całość. Przy czym ten sam socjolog dopuszcza sformowanie koalicji, roboczo przez niego nazwanej “Czwartą Drogą” z udziałem PSL, Polski 2050 a nawet Razem – i zakłada, że sojusz taki wejdzie w 2027 r. do Sejmu. Co rysuje się jako wariant wprawdzie możliwy ale zapewne nie najbardziej prawdopodobny. Pewne prawidłowości okazują się za to niezmienne, niezależnie od marki instytutów demoskopijnych i nazwisk autorów analiz.        

Tym razem dość mają umiarkowani a nie radykałowie, co więcej – widać podstawy, by tak się działo. A nie są bierni, skoro przesądzili o wyniku z 2023 r.  

Za wcześnie więc na wszystkie fatalizmy. Na pewno nie jest tak, że z góry wiadomo, że ta, a nie inna partia musi wybory wygrać, bo inaczej po prostu zdarzyć się nie może.   

Wprawdzie za faworyta wyborów uchodzi Prawo i Sprawiedliwość, ale z badania Pollsteru wynika, że nie więcej niż 53 proc z nas jest przekonanych, że to właśnie PiS po 2027 r. rządzić będzie Polską [3]. Jak na murowanego pretendenta do władzy to… raczej skromnie. Wynik tego sondażu powinien dać do myślenia nie tylko Jarosławowi Kaczyńskiemu… Również wszystkim tym, co go nie chcą ponownie do władzy dopuścić.

[1] badanie United Surveys z 25-26 listopada 2025  

[2] Pierwszy prezydent racji, a nie relacji. Z prof. Jarosławem Flisem rozmawia Agata Kondzińska, “Gazeta Wyborcza” z 29 grudnia 2025 r.

[3] sondaż Pollster, dla Super Expressu, badanie z 6-7 grudnia 2025

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 23

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here