Mimo wycofania się (tymczasowego?) PiS-u ze swego projektu – sama ostatnia dyskusja na ten temat warta jest prześledzenia, choćby dla potwierdzenia zupełnej bezradności klasy politycznej III RP wobec kryzysu naszego systemu emerytalnego i wizji jego nieuchronnej ponoć katastrofy. Zwłaszcza, że to przecież nie koniec pomysłów pseudo-ekonomicznych tego rządu.

Ekonomia Dyzmów

O ile nie mógł dziwić płacz liberałów różnej maści, dla których wszelkie koncepcje tego typu to tylko „fiskalizm i zwiększanie obciążeń” – o tyle zastanawiające było wahanie lewicy (i „lewicy”). Jej część miała bowiem ogromną ochotę przyznać się do ulegania takiemu samemu liberalnemu doktrynerstwu (typowemu dla niemal wszystkich większych partii i ugrupowań po 1989 r.), podczas gdy reszta, wobec braku jakiekolwiek alternatywnego programu pozytywnego skłaniała się do poparcia propozycji rządowych na zasadzie „skoro nie możemy bogaczom podnieść podatków – to chociaż podniesiemy im składki!”.

Pozornie brzmi to może nie sensownie, ale przynajmniej w miarę konsekwentnie. Tyle tylko, że akurat w tej sprawie warto się wsłuchać choćby w to, co ma do powiedzenia… Solidarność. Bo to właśnie związek zwrócił uwagę na drobiazg, jakoś umykający innym biorącym udział w dyskusji. Oto bowiem bieżącym skutkiem zniesienia progu faktycznie byłaby progresja składek i zwiększenie obciążenia najlepiej zarabiających, korzystających w polskim systemie z nieuzasadnionych przywilejów podatkowych. ALE… Ale w długoterminowym efekcie wprowadzenie tej kategorii płatników na rynek emerytalny oznaczałoby skokowe rozwarcie nożyc emerytalnych i jeszcze większe dysproporcje w wysokości wypłacanych świadczeń. Czyli ZWIĘKSZENIE NIERÓWNOŚCI SPOŁECZNYCH.

Uzasadnieniem istnienia progu, występującego w różnych formach także w innych systemach ubezpieczeniowych (gdzie jednak przeważnie oznacza raczej zróżnicowanie wysokości świadek, przy procentowo największym obciążeniu dochodów ze środka stawki, choć i przy wysokiej kwocie wolnej) – jest założenie, że najwyżej uposażeni… poradzą sobie sami. Tzn. nie muszą liczyć na emeryturę państwową, skoro ich dochód pozwala na samodzielne odłożenie na starość. Koncepcja progu miała więc pierwotnie charakter stricte “sprawiedliwościowy” i zdroworozsądkowy, zasadniczo odmienny od suflowanego dziś “uprzywilejowania bogatych“.

Nie wprowadzając do swojego projektu zabezpieczeń spłaszczających przyszłe emerytury – PiS chciałby wprowadzić EKONOMIĘ DYZMÓW, przerzucając nieuchronne skutki rozsadzenia systemu emerytalnego koniecznością wypłaty zwielokrotnionych świadczeń dla najbogatszych na wcale nie tak dalekich następców. A równocześnie nikt nawet nie stara się myśleć o realnym uratowaniu ZUS-u, bo ani go nikt nie lubi (słusznie), ani też nie odważy się na żaden z dwóch kroków: albo jawny i całkowity powrót do budżetowania i skończenie z fikcją składek albo postulowaną przez liberałów prywatyzację emerytur. W obu przypadkach bowiem konieczna byłaby kotwica w postaci “uKRUSowienia” emerytur, nazywanego obecnie gwarantowaną emeryturą obywatelską. Obecny rząd nie jest jednak w stanie tak strategicznych zmian przeprowadzać, niezależnie od skali posiadanej większości.

Na pasku banksterów

Zamiast tego, w niemal zupełnej ciszy przykrytej medialną awanturką o 30-krotność – rząd wprowadza rozwiązanie na swój sposób pośrednie, likwidując wreszcie OFE, jednak ani nie oddając naprawdę ludziom gromadzonych przez nich środków, ani nie gwarantując przyszłych emerytur. Tak zwana “prywatyzacja OFE” i powołanie IKE to bowiem w istocie tylko dopełnienie złodziejskiej reformy Buzka-Balcerowicza i oddanie lekką ręką przeszło 160 miliardów złotych w ręce banksterów, już zupełnie poza kontrolą państwa, a w istocie i samych płatników. I z całą pewnością nie jest to wypadek przy pracy, ale ujawnienie prawdziwych priorytetów ekipy Mateusza Morawieckiego.

Już prędzej czysto PR-owska i przypadkowa była zarzucona właśnie propozycja zagrania składką, która dając czysto doraźne skutki budżetowe (i negatywne długofalowe) i tak przecież w żaden sposób nie dotykałaby sedna problemu. Skoro bowiem chodzi o zwiększenie udziału lepiej zarabiających w redystrybucji – czemu rząd nie decyduje się na wprowadzenie progresji w podatku dochodowym, oczywistszą, prostszą i nie rodzącą bieżących dodatkowych kosztów dla płatników oraz przyszłych zobowiązań dla budżetu? Ano dlatego, że w warunkach polskich jakakolwiek dyskusja o progresji podatkowej jest uniemożliwiona dekadami dominacji balcerowiczyzmu w klasie politycznej i korwinizmu wśród opozycji.

Tymczasem możliwe jest tylko dwojakie zorganizowanie w miarę zdrowego systemu finansowego państwa: tak, by dawał on bezpieczeństwo, albo tak, by gwarantował wolność. W III RP nie mamy jednak ani jednego, ani drugiego. Ani nie rządzimy swobodnie swymi pieniędzmi, ani nie mamy gwarancji, że państwo zrobi to za nas lepiej. Jak każdy kraj kompradorski – III RP jest tylko obszarem łowieckim banksterów. I wbrew demagogicznym zarzutom o rzekomy “socjalizm” obecnego rządu – dzisiejsze państwo polskie nieodmiennie jawi się wyłącznie tworem uległym wobec najbogatszych, bez grama społecznej i narodowej solidarności. I żaden fałszywy gest, w rodzaju zniesienia tej nieszczęsnej 30-krotności niczego w tym zakresie by nie zmienił.

Twoim zdaniem…

Zniesienie 30-krotności to...
  • dodaj swoją odpowiedź

Czytaj inne teksty Autora:

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 4.3 / 5. ilość głosów 3

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here