Karolowi Nawrockiemu ufało w lutym br. 49 proc Polaków, jednak teraz tylko co czwarty z nas zgadza się z decyzją prezydenta o zawetowaniu SAFE. Nie da się na tej podstawie wnioskować, że z powodu weta notowania głowy państwa osłabną, motywacje obywateli pozostają bardziej złożone. Zaś premiera Donalda Tuska w sondażach zaufania wyprzedzają wprawdzie tylko prezydent Nawrocki i jego własny zastępca w rządzie Radosław Sikorski, ale gdyby wybory odbyły się teraz, Koalicja Obywatelska, której przewodzi nie byłaby w stanie stworzyć rządu. Jedyna możliwa do wyobrażenia większość to koalicja PiS z obiema Konfederacjami.
Na Koalicję Obywatelską zagłosowałoby wprawdzie 32 proc z nas, w Sejmie zasiadłoby 180 jej posłów, ale byłoby to pyrrusowe zwycięstwo. Wbrew obecnym zaklęciom Jarosława Kaczyńskiego, wykluczającego oficjalnie sojusz rządowy z Grzegorzem Braunem, nową większość – jeśli rozpatrywać realne warianty – byłoby w stanie stworzyć Prawo Sprawiedliwość (24 proc, 144 posłów) z obiema Konfederacjami: Sławomira Mentzena (14 proc, 78 mandatów) oraz Korony Polskiej Brauna (8 proc i 37 mandatów): te trzy formacje skrajnej prawicy miałyby razem 259 posłów. Aż nadto do rządzenia, skoro wystarczy 231.
Dodajmy “swojego” prezydenta Nawrockiego – i nowy układ gotowy. Za to urobek Lewicy Włodzimierza Czarzastego – 7 proc i 21 mandatów po dodaniu go do potencjału KO nie tworzy większości, skoro PSL sytuuje się minimalnie poniżej progu pięcioprocentowego, którego przekroczenie gwarantuje obecność w przyszłym Sejmie, chociaż warto pamiętać, że to partia zwykle niedoszacowana, bo jej zwolennicy nie ufają ankieterom, a ci z kolei rzadziej docierają do wiejskich domostw niż do blokowisk w miastach [1].
Co prawda Kaczyński zarzeka się, że rządu tworzyć z Braunem nie będzie, ale kiedy przed laty był przeze mnie pytany na użytek “Tygodnika Solidarność” o współrządzenie z Samoobroną – określił ten wariant jako “skrajnie mało prawdopodobny”. Po czym… taką właśnie koalicję z Andrzejem Lepperem zawarł. Wskazanie przez prezesa na przyszłego premiera Przemysława Czarnka znanego z radykalnej ekspresji ułatwić ma najpierw pozyskiwanie zwolenników obu Konfederacji przez PiS, potem zawarcie sojuszu, niezbędnego do większości wobec przewidywanego – tak to nazwijmy – ograniczonego powodzenia tej pierwszej operacji.
Na pewno nie będzie w koalicji z obydwoma “Konfami”, jak mawia się poufale w PiS, przeszkadzać prezydent Nawrocki W drugiej turze wyborów sprzed roku, gdy odpadli już Mentzen i Braun, głosowali na niego ich wcześniejsi zwolennicy, co dało mu zwycięstwo nad kandydatem KO i zastępcą Tuska w partii Rafałem Trzaskowskim. .
Nawrocki lideruje rankingowi zaufania do polityków z 49 proc wskazań. Jednak niewiele mniej ufa wicepremierowi i ministrowi spraw zagranicznych Radosławowi Sikorskiemu (47 proc). Donald Tusk wzbudza zaufanie u 41 proc z nas. Pouczające okazuje się zestawienie nieufności do tej samej trójki liderów: premierowi Tuskowi nie ufa bowiem większość Polaków (52,5 proc), podczas gdy Nawrockiemu 43 proc, a Sikorskiemu zaledwie 37 proc. Wśród polityków z podium – tylko premier wzbudza w większej liczbie Polaków nieufność niż zaufanie [2].
Jednak kiedy Polaków pytano, jak powinien postąpić prezydent z ustawą o SAFE, instrumencie unijnym pozwalającym na pozyskanie nisko oprocentowanych pożyczek na obronność o wartości łącznej 180 mld złotych – tylko jedna czwarta z nas wskazała na późniejszą decyzję głowy państwa o wecie jako właściwą. Aż 53 proc obywateli uznało, że Nawrocki powinien SAFE podpisać [3].
Jeśli więc problem ująć najkrócej, co drugi z tych, którzy Karolowi Nawrockiemu ufają – wolałby, by prezydent w sprawie SAFE podjął inną decyzję niż weto.
Tłumnie do wyborów, samotnie przed telewizorem
Nie oznacza to jednak wcale, że prezydent ich zaufanie teraz straci. Bezpieczeństwo kraju to sprawa w oczywisty sposób ważna dla Polaków, ale nie jedyne kryterium, wedle którego oceniamy liderów życia publicznego. O reperkusjach wspomnianej rozbieżności nawet dla popularności PiS, a tym bardziej jego szans w wyborach – dopiero za półtora roku przecież – tym trudniej teraz wnioskować. W takim jak teraz okresie nie wszyscy interesują się polityką. Stali widzowie 24-godzinnych stacji bez przerwy raportujących o działaniach Sejmu, rządu czy głowy państwa – uchodzą w swoich macierzystych środowiskach raczej za oryginałów.
Za to w wyborach działa prawo wielkich liczb. Udział obywateli w ostatnim głosowaniu do parlamentu, 15 października 2023 r. – 74 proc, okazał się najbardziej powszechny od 1919 roku, a więc czasu, którego nikt nie może pamiętać. Pokaźna była też frekwencja w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich – 72 proc.
Socjologowie chętnie podkreślają, że żaden sondaż, nawet przeprowadzony w zgodzie ze wszystkimi demoskopijnymi regułami, nie jest prognozą wyborczą. Stanowi tylko fotografię nastrojów społecznych aktualną w chwili, kiedy się go przeprowadza.
Może to i lepiej, chciałoby się dodać, gdy patrzy się na otrzymywane teraz wyniki badań.
Nadzieja zostaje… pośrodku
Ale to zastrzeżenie fachowców od badań opinii nie stanowi jedynej podstawy do optymizmu. Lista uczestników przyszłorocznych wyborów do Sejmu nie została bowiem ostatecznie zamknięta. Warto pamiętać, że na półtora roku przed wyborami parlamentarnymi z 1997 r – czas to odległy, ale nie prehistoria – ich późniejsza zwyciężczyni, Akcja Wyborcza Solidarność jeszcze nawet nie istniała. Powołali ją dopiero w czerwcu 1996 r. związkowcy wspólnie z politykami centroprawicy. Później rządziła przez cztery lata, przez większość tego czasu w koalicji z Unią Wolności, a nawet przeprowadziła cztery reformy zwane wielkimi, spośród których jedyna – administracyjno-samorządowa wciąż obowiązuje i uchodzi za nadzwyczaj udaną.
Jedna trzecia z nas z nadzieją powita powołanie zupełnie nowej partii politycznej jeszcze przed wyborami przewidzianymi na 2027 r. [4]. Być może ten wynik okaże się kluczowy dla dalszego rozwoju sytuacji. Nie od rzeczy dodać, że nowa siła mogłaby powstać tylko w umiarkowanej strefie życia publicznego, bo radykałowie tak z lewicy (partia Czarzastego i Razem Adriana Zandberga) jak z prawicy (Konfederacja Mentzena oraz Korony Polskiej Brauna) ofert im odpowiadających znajdują aż nadto. Oczywiście sama potrzeba społeczna nie wystarczy, muszą znaleźć się organizatorzy, którzy na nią odpowiedzą. Bez trudu da się jednak wskazać środowiska pozbawione reprezentacji w obecnej polityce, jak tworzący miejsca pracy przedsiębiorcy, wchodząca w dorosłe życie w klimacie niepewności młodzież czy rosnąca w siłę i znaczenie klasa kreatywna.
Niejeden raz w naszej najnowszej historii jej wiatr powywracał nieodwołalnie partyjne szyldy, chociaż wielu wydawało się, że zostaną na zawsze. O genezie i błyskawicznym dojściu do władzy Akcji Wyborczej Solidarność była już mowa. Równie pouczające okazują się dzieje jej upadku. Ku powszechnemu zaskoczeniu w 2001 r. wyborcy nie wpuścili do Sejmu obu partii wcześniej tworzących koalicję rządową, AWS ani Unii Wolności – i był to pierwszy taki wypadek w najnowszych dziejach Europy. Pamiętamy, jak konsekwentnie i sprawiedliwie polscy wyborcy rozliczyli w 1993 r. nieprawości prawicy (do Sejmu nie weszły wtedy m.in. Porozumienie Centrum Kaczyńskiego oraz Kongres Liberalno-Demokratyczny Tuska), zaś w 2015 r. z kolei – podobne brewerie lewicy (wtedy nastąpił koniec Janusza Palikota i przynajmniej w polityce krajowej Leszka Millera). Jeśli więc politycy obecnego establishmentu śpią spokojnie, to zapewne dlatego, że są marnie poinformowani. Sondaż uspokaja klasę polityczną, kiedy czyta się wyniki jednego tylko z nich. Gdy porówna się już kilka – da się dostrzec tendencję do zmiany, jeśli nie wprost zapowiedź, że się dokona.
Czarny łabędź i efekt motyla
Zaś oprócz znanej teorii czarnego łabędzia, autorstwa Nassima Taleba, głoszącej, że wielu zjawisk nawet o przełomowym znaczeniu przewidzieć się nie da (co potwierdził zarówno globalny kryzys finansowy Lehman Brothers od września 2008 r, jak późniejsza o ponad dekadę pandemia koronawirusa) – na uwagę zasługuje również pojęcie efektu motyla, promowane przez niedawno zmarłego politologa Wojciecha Błasiaka, publikującego m.in. w PNP 24.PL. Wykazywał on, że z pozoru drobne i pozbawione znaczenia zjawiska społeczne rezonować mogą w postaci ich nader poważnych następstw. Dr Błasiak nie wykluczał, że w podobny sposób rozpadnie się układ, dominujący w rodzimej polityce nieprzerwanie od 1989 r. “(..) A więc inna Polska jest możliwa. Ale tylko możliwa” – przewidywał ostrożnie ten wnikliwy, ale i odpowiedzialny analityk [5].
Zasadnie pozostajemy dumni z powszechnego udziału obywateli w niedawnych wyborach, wbrew niesprawiedliwie powtarzanemu lata całe przez marnych publicystów poglądowi, że sprawy publiczne Polaków nie interesują.
W głosowaniu do Sejmu i Senatu z 15 października 2023 r. uczestniczyły niemal 22 miliony obywateli. Zaś w drugiej turze wyborów prezydenckich z prawa głosu skorzystało nas ponad 21 mln. Nawrocki wygrał wtedy z przewagą 369,6 tys głosów, tylu, ile mieszkańców liczy Szczecin. Przy tak nikłych różnicach poparcia rozstrzygające znaczenie mogą mieć kwestie trudne do przewidzenia: pewnie raczej przy najbliższym głosowaniu powszechnym nie staną się nimi losy programu SAFE ani tym bardziej obsady Trybunału Konstytucyjnego. Na tym polega całe piękno, ale i wyzwanie demokracji. Z perspektywy polityka – warto się starać. Z punktu widzenia obserwatora – trudniej przewidywać. Ale niech już nam nie mówią, że nasz głos nie ma znaczenia…
[1] sondaż IBRIS z 9 marca 2026
[2] badanie opinii IBRIS, luty 2026
[3] sondaż OPINII24 z 11-12 marca 2026
[4] sondaż SW Research, koniec listopada 2026
[5] Wojciech Błasiak. Fasadowa demokracja. Akces, Warszawa 2022, s. 374