Rosjanie i Marsjanie

0
53

Powaga tak, panika stop – tak oddać można pożądane postawy wobec wzmagającego się zagrożenia. Histeria szkodzi wcale nie politykom ani mediom głównego nurtu, wspólnie wykorzystującym ją dla zwiększenia popularności, lecz ich wyborcom i odbiorcom. Polacy nie poddali się panice w noc nalotu dronów z 9 na 10 września ani gdy później ogłoszono alarm na wschodzie kraju. Podobnie jak w pandemii, zwyczajni obywatele wykazują więcej rozsądku niż ci, co pretendują do ich reprezentowania. Celem dyktatora Władimira Putina pozostaje zastraszenie nas. Kto mu w tym pomoże – zasłuży na leninowskie miano pożytecznego idioty.

Z dnia, jaki nastąpił po nocy z 9 na 10 września, kiedy to wtargnęło do nas 21 pirackich rosyjskich obiektów powietrznych, zapamiętałem raptem dwa przykłady niepokojących reakcji. Młodego człowieka, który akurat wtedy paradował w okolicach warszawskiego Placu Trzech Krzyży w T-shircie z nadrukiem: “Ukraińcy na front”. Ale każdemu przecież wolno nosić, co mu się podoba, podobnie jak innym to oceniać. I sąsiada, od rana perorującego na spacerze z psem w trakcie rozmów z panami innych czworonogów, że te drony co nadleciały w nocy, na pewno były ukraińskie, bo tak przeczytał o nich w internecie. Ale każdemu wolno mieć własne źródła informacji i podchodzić do nich krytycznie lub z pełnym zaufaniem. Za to ten sam dzień dostarczył mi bez przesady kilkudziesięciu przykładów budujących zachowań, co dowodzą, że nie dajemy się ogłupić ani wystraszyć. Od porad, jakie produkty warto kupić na zapas na wszelki wypadek, bo się nie zepsują – do sugestii, co ma zawierać ewakuacyjny plecak. Rzeczowych, nie panikarskich, bo Polak lubi być na każdą sytuację jak najlepiej przygotowany.     

Jak na polu minowym żyjemy nie od drugiego tygodnia września br. ale od 24 lutego 2022, kiedy to Kreml rozpoczął pełnoskalową operację przeciwko sąsiadującej z nami Ukrainie, wypychając tym samym do nas miliony wojennych uchodźców, których wspólnymi siłami godnie i gościnnie przyjęliśmy. Największa od zakończenia II wojny światowej operacja humanitarna w Europie powiodła się dzięki ofiarności zwyczajnych obywateli, którzy po raz kolejny pokazali, że nie przypadkiem właśnie w Polsce pół wieku wcześniej narodziła się Solidarność jako największy na całym globie ruch społeczny, w ciągu dekady zmieniający na korzyść oblicze współczesnego świata. Pokojowe usunięcie murów i zasieków okazało się nie metaforą ale realnym geopolitycznym faktem. 

Podobnie teraz nasza rola nie staje się mniej ważna, kiedy jak ocenia dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności Basil Kerski: “(..) podpułkownik KGB, rezydent w NRD w Dreźnie w 1989 roku, którego zadaniem było zatrzymanie rewolucji środkowo-europejskiej Solidarności, od 20 lat robi wszystko, żeby zatrzymać pozytywne skutki tej rewolucji dla całej Europy. Właściwie kwestionuje nie tylko niepodległość Ukrainy ale całego ładu europejskiego (..). Druga siła, która mnie przeraża – to Chiny, Partia Komunistyczna Chin, która 4 czerwca 1989 roku zatrzymała solidarnościową rewolucję w tym kraju, która sympatyzowała z Okrągłym Stołem w Polsce, z kulturą dialogu, z Solidarnością. Wtedy powstały w Pekinie wolne związki zawodowe. Ta rewolucja została zatrzymana i dzisiaj partia komunistyczna z pomocą kapitalizmu, pieniędzy albo TikTok prowadzi wojnę z naszymi wartościami” [1].         

Zagrożenie konkretne, demony abstrakcyjne

Kiedy w Przewodowie pod Hrubieszowem na Lubelszczyźnie jeszcze w pierwszym roku wojny ukraińskiej rakieta zabiła dwóch cywilnych obywateli Polski, gdy kolejna spadła już na szczęście bez ofiar w lesie pod Bydgoszczą, kiedy teraz we wrześniu wleciało do nas 21 dronów a potem jeszcze w niedawny weekend ogłaszano alarm lotniczy dla Chełma i Świdnika – za każdym razem, kiedy to się dzieje, znajdujemy złowrogie potwierdzenie, że zagrożenie nie jest abstrakcją. A wybór społeczeństwa – bo przecież nie tylko pisowskiej ekipy, zastąpionej w międzyczasie przez nową i demokratyczną – ażeby od początku wspomóc napadniętych sąsiadów, pozostaje wyrazem mądrości zbiorowej, instynktu samozachowawczego oraz polskiej racji stanu: do ostatniego z tych pojęć w początkach odrodzonej polskiej demokracji odwoływał się premier Jan Olszewski, trafnie wytyczając atlantycki kierunek naszej strategii obronnej, kiedy jeszcze nawet pokojowy noblista Lech Wałęsa mówił co najwyżej o “NATO bis”.

Bez członkostwa w Sojuszu do którego Mecenas pokazał drogę, a po latach wprowadził nas do prawdziwego a nie dublowanego NATO premier Jerzy Buzek za sprawą życzliwości i przenikliwości prezydenta Billa Clintona – znajdowalibyśmy się obecnie w podobnej sytuacji jak  Mołdawia. Teraz obejmuje nas swoim działaniem artykuł 5. Traktatu Waszyngtońskiego, zobowiązujący kraje Paktu Północnoatlantyckiego do wspólnej obrony w razie ataku na jeden z nich. naszą rolą pozostaje przypominanie o tym sojusznikom, jak teraz Donaldowi Trumpowi. Za to Europa Zachodnia, jak pokazuje przykład współdziałania w obronie polskiego nieba z Holendrami i Włochami swoje zadania zna i amnezji bliskiej tej pojałtańskiej nie ulega. Teraz nie chodzi już wcale o wspieranie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego ani jego niewdzięczność za pomoc, jaką już otrzymał. Tylko jak najbardziej o dosłownie pojmowane bezpieczeństwo Polski: naszych granic i przestrzeni powietrznej.                    

Politycy ani ludzie mediów nie powinni jednak zagrożenia wyolbrzymiać aż do rozmiarów, jakie wyznacza uznawanie wybuchu wojny za nieuchronny – bo służy to nie ich partiom ani środkom przekazu (poza krótkotrwały skupieniem na nich uwagi), lecz wyłącznie wzniecaniu panicznych nastrojów.   

Strach przed zielonymi ludzikami 

Kiedy w 1938 r. w Stanach Zjednoczonych radio NBC nadało słuchowisko znakomitego reżysera Orsona Wellesa – adaptację również wybitnej powieści Herberta George’a Wellsa “Wojna światów” o inwazji Marsjan, a rzecz przedstawiono tak, jakby wszystko działo się naprawdę i w czasie rzeczywistym – tysiące Amerykanów wybiegły w panice z domów i wpatrywały się w niebo, starając się dostrzec tam oznaki niebezpieczeństwa. To fakt powszechnie znany. Nie wszyscy wiedzą, że gdy z kolei w trzy lata później rozgłośnie podały całkiem już prawdziwy komunikat o ataku Japończyków na bazę Pearl Harbour na Hawajach – wielu obywateli USA, nauczonych doświadczeniem, uznało, że to podobna fikcja.

To dowód, jak sianie paniki dzisiaj poskutkować może w fatalny sposób: zobojętnieniem na rzeczywiste zagrożenie w przyszłości.

Czołówka poniedziałkowej “Gazety Wyborczej” autorstwa Bartosza T. Wielińskiego zaczyna się od kasandrycznej przepowiedni: “Półtora roku temu słowo “przedwojnie” uznałem za przesadę. Teraz pytanie brzmi, jak długo przedwojnie jeszcze potrwa”. Kończy się zaś – po opisie rosyjskich akcji dronowych i późniejszego odwołanego alarmu, jeszcze bardziej złowróżbnie: “(..) po tym incydencie trzeba pytać, jak długo przedwojnie jeszcze potrwa. I jak najlepiej wykorzystać czas, jaki nam jeszcze został”. Brzmi to całkiem grobowo. Chociaż faktografia zawarta w tym samym tekście do podobnie fatalistycznych wniosków nie upoważnia, skoro autor stwierdza: “10 września rosyjski nalot odparło polskie i holenderskie lotnictwo, drony zagrażające lotnisku pod Rzeszowem zestrzelono” [2]. Chodzi rzecz oczywiste o Jasionkę, wykorzystywaną przez Amerykanów do pomocy Ukrainie w ramach mostu powietrznego, chociaż oczywiście nie tylko w tym celu.

Narracja, że wybuch wojny musi okazać się nieuchronny, poza oczywistą jej moralną oceną, wydaje się chybiona. Wciąż bowiem istnieje co  najmniej kilka mniej apokaliptycznych a prawdopodobnych scenariuszy. Zarówno raczej pesymistycznych, chociaż lepszych od gorącej wojny Rosji z całym NATO w tym z nami – w jednym z nich dojdzie do zawarcia przez Donalda Trumpa tzw. złego pokoju z Władimirem Putinem, kosztem integralności terytorialnej Ukrainy. Nieco lepszy wariant zakłada wygaszenie wojny pełnoskalowej drogą takiego układu pokojowego, który jako sukces przedstawić będą mogły wszystkie strony. Putin zachowuje się obecnie jak najgorszy na kuli ziemskiej agresor, ale przez lata wpisywał się jednak w politykę “resetu” Baracka Obamy, więc nagłego zwrotu nie da się wykluczyć. Podobnie jak korzystniejszych dla nas wariantów nagłej zmiany w samej Rosji, w wyniku której Putin utraci władzę drogą przewrotu pałacowego albo rewolucji podobnej, jaka w grudniu 1989 r. obaliła w Rumunii dyktaturę rządzącego tam równie długo Nicolae Ceausescu. Co oczywiście łączy się z ogromnym ryzykiem, skoro z rąk do rąk przechodzić mogą wyrzutnie atomowe i kody do odpalenia rakiet, ale pozostaje jednak lepsze od wojny pełnoskalowej z udziałem mocarstw. 

Lepiej więc nie straszyć ponad miarę. I nie odbierać ludziom nadziei, że pokój zostanie zachowany, póki ona istnieje. Co nie znaczy, że nie warto się przygotować na każde z wyzwań. Od niedawna mamy zresztą ustawę o obronie cywilnej, za pisowskich rządów zaniedbanej tak, że stare dotyczące jej regulacje wygasły a nowych nie uchwalono. Teraz bez przeszkód można włączać w przygotowania do obrony powszechnej coraz większą grupę obywateli, zwłaszcza, że samorządy – najlepiej znające specyfikę lokalną i cieszące się najwyższym zaufaniem mieszkańców – deklarują w tej mierze gotowość do współpracy. Podobnie na polu współdziałania międzynarodowego operacja “Wschodnia Straż” nie okazuje się fikcyjnym projektem lecz konkretnym programem wspólnej obrony świata zachodniej demokracji, którego flanką pozostajemy. 

Od środków masowego przekazu ani polityków, składających publiczne deklaracje lub wypuszczających dyskrecjonalne przecieki, nikt nie wymaga wypełniania roli sumienia narodu. W tych kwestiach Polacy nie mają zresztą kłopotu, przez ostatnie trzy i pół roku znów – za sprawą naszych wspólnych zachowań – podobnie jak w czasach Solidarności staliśmy się przedmiotem uzasadnionego podziwu reszty wolnego świata. Tym bardziej nikt, kto zyskuje uprzywilejowane możliwości zwracania się do innych, nie powinien przyjmować postawy Kubusia Fatalisty. Bo to postać jednak komediowa chociaż z niezmiernie mądrej XVIII-wiecznej powiastki Denisa Diderota  rodem. A sytuacja jest poważna. I zasługuje na komentarze na jej miarę.               

[1] cyt. wg: 40.rocznica utworzenia Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej NSZZ “Solidarność”. Wyd. Kancelaria Senatu, Warszawa 2023, s. 78-79 

[2] Bartosz T. Wieliński. Znów zawyły syreny. “Gazeta Wyborcza” z 15 września 2025

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 12

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here