Skóra na niedźwiedziu

0
17

Prawo i Sprawiedliwość, chociaż nosiło się z takim zamiarem, nie złożyło w drugą rocznicę wyborów z 15 października wniosku o odwołanie premiera Donalda Tuska, ponieważ – jak nieoficjalnie wiadomo – nie było w stanie wskazać jego następcy z własnych szeregów. A tego wymaga tryb konstruktywnego votum nieufności. Chociaż, jeśli wziąć pod uwagę obecną sejmową arytmetykę, wniosek i tak nie miałby szans.

Jeśli jednak za miernik szans na przyszłość uznać obecne sondaże poparcia, wedle których szansę rządzenia po wyborach mają wspólnie PiS i Konfederacja – epizod z zarzuceniem pomysłu konstruktywnego votum ma znaczenie nie tylko symboliczne. Pokazuje stan przygotowania do przejęcia władzy przez tych, co wybory za dwa lata mogą wygrać. Skoro PiS z szeregów własnej partii nie umie wskazać kandydata na szefa rządu, to jak uzgodni go w przyszłości z Konfederacją. Wielokrotnie przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego atakowaną, raz za “darwinizm społeczny” (czyli brak empatii wobec socjalnie słabszych współobywateli), kiedy indziej za domniemane knucie z obecnie rządzącymi. Pomimo, że ostatnim gestem partii Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka wobec Koalicji 15 Października pozostaje głosowanie jej posłów za kandydaturą Szymona Hołowni na marszałka Sejmu. Miało to jednak miejsce dwa lata temu, ceną dla zwycięzców okazało się oddanie Bosakowi fotela wicemarszałka, zaś Hołownia swój wkrótce zwalnia. Wszystko to więc zeszłoroczny śnieg. A raczej ten sprzed dwóch lat. Zaś do układania już teraz gabinetów cieni pasuje inne stare polskie powiedzenie, o dzieleniu skóry na żywym niedźwiedziu. 

Jak pamiętamy w emitowanym w telewizji czasów późnego Edwarda Gierka serialu kryminalnym “Benacek” jego tytułowy bohater, detektyw i Polonus z Ameryki, dla każdej zagadki kryminalnej znajdował wdzięczną wykładnię w postaci “starego polskiego przysłowia”, niekoniecznie nam znanego. Na przykład: “nic nie uchroni Białegostoku przed zamiecią śnieżną”. 

Jarosław Kaczyński kandydata na nowego premiera nie wskazał, bo nawet przy swojej powszechnie znanej swarliwości i tendencji do rozwiązywania konfliktów, które sam uprzednio wywołał – nie chce dodatkowo antagonizować własnej partii. I tak poharatanej po utracie realnej władzy (chociaż zachowała pałac i kancelarię prezydenta oraz połowę sejmików wojewódzkich), nie za sprawą wirtualnych i często operetkowych rozliczeń  ze strony “demokracji walczącej” lecz przerzucania się odpowiedzialnością za arytmetycznie najlepszy wprawdzie, ale nie dający możliwości rządzenia wynik z 15 października 2023 r.

Prawie jak casting, ale “prawie” czyni różnicę

W roli premiera wciąż widzi siebie obstawiany przez pisowskich pragmatyków Mateusz Morawiecki, który funkcję tę sprawował przez sześć lat – najdłużej po Tusku w historii odnowionej demokracji polskiej. Sprzyja mu Piotr Gliński, b. wicepremier i minister kultury, a teraz główny specjalista od programu i kongresu partii.

Pomny doświadczeń z Glińskim jako “premierem z tabletu”, prezentowanym w tej roli za poprzednich rządów PO z PSL, co dla PiS zakończyło się ośmieszeniem – Kaczyński nie zdecydował się na powtórzenie wariantu z konstruktywnym votum nieufności, pomimo spadku notowań rządzących (z niemal wszystkich sondaży wynika, że spośród czterech partii koalicji do nowego Sejmu weszłyby dwie: KO i Lewica, ale już nie Polska 2050 ani Polskie Stronnictwo Ludowe). Jeszcze bardziej przyczynił się do tego brak zgody we własnych szeregach na jedną i tą samą osobę.

Popularny w partii pozostaje bowiem Przemysław Czarnek, były minister edukacji, polityk niewątpliwie i bez porównania bardziej od Morawieckiego ideologicznie zdeterminowany. Sam Kaczyński zapowiedział niedawno i to w trakcie partyjnego mityngu w plenerze a nie byle jakiej konferencji, że Czarnek w przyszłości premierem zostanie. Nie dodał jednak, że od razu po wyborach. Ani, że tych najbliższych. Czarnka popierają na pewno Jacek Sasin i Mariusz Błaszczak.

Kaczyński jak Iwan Groźny

Wiadomo też, że właściwością sposobu uprawiania polityki przez Kaczyńskiego  pozostaje wypuszczanie mylnych sygnałów czy sugestii i baczne przyglądanie się jak inni – zwłaszcza podwładni – na nie zareagują.

Car Rosji Iwan Groźny, wojujący nie tylko z Polską ale z całym prawie ówczesnym światem, miał zwyczaj publicznego ogłaszania zamiaru ustąpienia i udania się do klasztoru. Po czym śledził, kto się z tej zapowiedzi cieszy. I wyciągał z zachowania bojarów brutalne a czasem okrutne konsekwencje.

Kaczyński raczej po raz wtóry premierem nie zostanie, bo też czasu, kiedy się na to zdecydował (lata 2006-7) nie ma powodu sam dobrze wspominać: skończyło się pochopnie rozpisanymi wyborami przed terminem i utratą władzy. Zresztą pomysłodawcą tej fatalnej dla prezesa operacji pozostawał wtedy Adam Bielan, obecnie inicjator akcji na rzecz neutralizacji Hołowni, która powiodła się w formacie karykaturalnym tylko, bo wszystko wskazuje na to, że doprowadzi do odejścia marszałka z krajowej polityki, być może już na zawsze.

Skoro zaś mowa o Czarnku, nie da się zapomnieć, że bywał wymieniany jako przyszły kandydat na prezydenta przed ostatnimi wyborami. Kaczyński nie jego wskazał jednak, lecz Karola Nawrockiego. Ten ostatni wydaje się postacią kluczową także dla wyboru przyszłego premiera. Prezydent pozostaje poza zasięgiem prób dyscyplinowania go przez centralę partyjną PiS przy Nowogrodzkiej. To, że jeszcze się nie zbuntował otwarcie, nie wskazuje, że nie uczyni tego w sprzyjającym momencie. Na Nawrockiego w drugiej turze 1 czerwca zagłosowali wyborcy zarówno PiS jak obu Konfederacji (Mentzena i Bosaka oraz Korony Polskiej eurodeputowanego i reżysera Grzegorza Brauna). Niemal wszyscy, co sytuują się na prawo od PiS dobrze odbierają Czarnka. Ale to argument raczej przeciw niemu z perspektywy przyszłej decyzji Kaczyńskiego. Prezes nie ma powodu, by Nawrockiego dodatkowo wzmacniać i życie mu ułatwiać, skoro ten się stopniowo usamodzielnia. Chociaż rolę istotną przy klejeniu przyszłej koalicji prezydent zapewne odegra. Przy założeniu, że nie zmienią się skokowo obecne notowania poparcia dla partii politycznych. 

Na razie wedle sondażu Pollster najlepszy wynik uzyskałaby wprawdzie Koalicja Obywatelska (33 proc), ale niewiele by jej to dało, skoro rząd tworzyłyby PiS (30 proc) z Konfederacją (13 proc). Do Sejmu weszłyby jeszcze: Lewica (7 proc), Konfederacja Korony Polskiej (6 proc) oraz partia Razem (5 proc) [1].  

Kto już był w ogródku i witał się z gąską: zapomniani faworyci i efekt last minute 

To jednak połowa kadencji dopiero. Na pewno za wcześnie, żeby już gratulować Sławomirowi Mentzenowi funkcji ministra finansów. A jeśli nawet, to wciąż nie wiadomo, w czyim rządzie przyjdzie mu ją objąć. 

Na dwa lata przed wyborami parlamentarnymi z 1997 r przyszły ich zwycięzca jeszcze nawet nie istniał. Akcję Wyborczą Solidarność powołano bowiem dopiero w czerwcu 1996 roku a wszechwładny później przez całą kadencję i bez porównania mocniejszy od premiera Jerzego Buzka czy marszałka Sejmu Macieja Płażyńskiego przewodniczący Marian Krzaklewski nawet nie przyszedł na spotkanie powołujące AWS, bo nie był pewny, czy się uda. Wysłał w zastępstwie Janusza Tomaszewskiego.

Z kolei przed nieco ponad dwudziestu laty badania opinii publicznej wróżyły zwycięstwo Samoobrony. Dziś nie wszyscy pamiętają, że partia o takiej nazwie istniała. Podobnie w pamięci niewielu zachowało się, że już za drugich rządów PiS najsilniejszą formacją opozycji pozostawała wedle sondaży Nowoczesna Ryszarda Petru. Teraz ubiegającego się o sukcesję po Hołowni w jego słabnącej Polsce 2050, co też naprawdę mało kogo obchodzi. 

[1] sondaż Pollster dla “Super Expressu” z 11-12 października 2025                          

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 3

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here