Zadanie postawione przed nowym selekcjonerem reprezentacji pozostaje oczywiste: w sytuacji, gdy na przyszłoroczny Mundial w Ameryce Pn. już awansowały pozbawione piłkarskich tradycji Jordania czy Uzbekistan – może nim być wyłącznie udział Polski w gronie 48 najlepszych drużyn świata. Jan Urban zastaje jednak sytuację zagmatwaną. Dopiero co przegraliśmy z nie zaliczaną do potentatów Finlandią, a nasz najlepszy zawodnik Robert Lewandowski nie chciał w tym meczu zagrać, za co pozbawiony opaski kapitana drużyny doprowadził do zwolnienia Michała Probierza, poprzednika Urbana na trenerskiej posadzie.
Uporem jednak 63-letni teraz Jan Urban wykazywał się jeszcze kiedy sam grał, a nie jak teraz szkolił innych. Zamierzał się przenieść do Lecha Poznań, jeździł już nawet stanowiącym własność tego klubu samochodem. W tym samym czasie jednak Legia próbowała ściągnąć go do siebie groźbą powołania do zasadniczej służby wojskowej. Urban nie uległ. W odpowiedzi na szantaż dogadał się z zabrzańskim Górnikiem Etat w kopalni chronił wtedy skutecznie przed wojskiem.
To z Górnikiem – zanim wyjechał do Hiszpanii grać dla Osasuny – Jan Urban zdobył trzy razy mistrzostwo kraju. W tym czasie wystąpił też w reprezentacji na Mistrzostwach Świata w Meksyku (1986 r.). Polska po raz czwarty z rzędu uczestniczyła wtedy w Mundialu, ale ponieważ wcześniej zajmowała dwa razy trzecie miejsce (1974 i 1982) a raz piąte (1978 r.), meksykański wynik zespołu prowadzonego przez Antoniego Piechniczka – wyjście z grupy i pozycję wśród szesnastu najlepszych – pochopnie uznano za porażkę. Chociaż później wiele razy przyszło nam do niego wzdychać, kiedy zabrakło nas na trzech kolejnych turniejach, do czego przyczynił się brak odporności rodzimego futbolu na zmiany ustrojowe: załamanie się dotychczasowego systemu klubów górniczych i hutniczych, kolejarskich i portowych, których zwykle nie chcieli lub nie potrafili przejąć prywatni sponsorzy. Upadło wtedy szkolenie piłkarskiej młodzieży, niszczała baza, boiska Orliki zaczęto budować dopiero po prawie dwóch dekadach, a nowe stadiony na Euro 2012.
Po powrocie na Mundiale począwszy od 2002 r. przyszło nam długo odrabiać straty, aż do turnieju w Katarze (2022 r.), kiedy znów znaleźliśmy się w szesnastce najmocniejszych w świecie, czego nie docenili znawcy, utyskujący na marny styl gry. Rolą Urbana pozostaje teraz zadbanie o to, żeby historia sprzed trzydziestu lat się nie powtórzyła i nie przełożyła na dekady zaniedbań. Innej niż awans możliwości nie ma. W przyszłorocznych Mistrzostwach Świata uczestniczyć ma aż 48 drużyn narodowych. Wiadomo już, że wśród nich znajdą się nie tylko broniąca tytułu Argentyna czy Brazylia ale także Ekwador czy Nowa Zelandia. Polski nie może tam zabraknąć, skoro nie tak dawno przekonaliśmy się, że kto nie gra z najlepszymi, ten się cofa, a potem długo musi doganiać czołówkę.
A w grupie eliminacyjnej mamy nie tylko Finlandię, która pokonała nas niedawno i niespodziewanie, bo potęgą jest raczej w hokeju na lodzie – ale również renomowaną Holandię, z którą przegraliśmy rok temu na Euro, chociaż nie bez walki, skoro długo prowadziliśmy a do 83 minuty utrzymywaliśmy korzystny wynik remisowy. Z tymi obydwoma reprezentacjami zagramy już we wrześniu. To pokazuje, jak niewiele czasu ma Jan Urban: a jeśli wtedy punktów nie zdobędziemy, nierealny stanie się nie tylko bezpośredni awans z grupy, ale nawet udział w barażach, przedłużających nadzieje na wyjazd na wielki turniej do USA, Kanady i Meksyku.
Nowy trener wie, jak mało ma czasu, dlatego zapowiada, że nie tylko w reprezentacji nie przeprowadzi rewolucji ale nawet nie dokona jej przebudowy. Jak przytomnie spostrzegł komentator Interii, Jan Urban w trakcie konferencji zwracał się nie tyle do dziennikarzy co do swoich nowych podopiecznych. Misja, jaką ma do wypełnienia, jest na tyle krótka, że postawa mediów, nawet głównego nurtu, jeśli nawet zaważy na jej wyniku, to w stopniu raczej minimalnym.
Zadanie to całkiem odmienne niż niedawna praca w Górniku, spokojna o tyle, że zespołowi nie groził wprawdzie spadek ale też nie marzyły mu się europejskie puchary. Z kolei kiedy Urban w pierwszym wyjazdowym od razu mistrzowskim meczu poprowadzi drużynę przeciw Holandii, musi wiedzieć, że w ojczyźnie Ajaxu, Feyenoordu i PSV z Eindhoven na nikim nie wywrze wrażenia tytuł mistrza Polski, który jako szkoleniowiec zapewnił Legii.
W takiej lidze nigdy jeszcze nie grał: nawet Osasuna z Pampeluny, dla której jako zawodnik strzelał bramki, także na stadionie madryckiego Realu, to jednak nie Barcelona. Chociaż gdy z Robertem Lewandowskim porozmawia, co nieodzowne, to z pewnością bez kompleksów. Po jego premierze można być tego pewnym.
Nikt się nie będzie wtrącał
Jan Urban podczas pierwszej prezentacji w roli selekcjonera wywarł korzystne wrażenie swoją reakcją na pytanie, czy władze Polskiego Związku Piki Nożnej wtrącały mu się do doboru współpracowników. Tym bardziej, że tuż obok siedział niezbyt popularny prezes PZPN Cezary Kulesza, który dopiero co zapewnił sobie kolejną kadencję w tym fotelu. Jakże to tak, niby zdziwił się uprzejmie Urban. Ktoś miałby na niego wpływać, z kim zamierza pracować? Ostentacja w tej mierze dobrze wróży.
I więcej znaczy nawet niż fakt, że drugim trenerem będzie Jacek Magiera (kiedy osiem lat temu prowadził Legię. zremisowała z madryckim Realem w grupie Ligi Mistrzów), a w sztabie znajdzie się Józef Młynarczyk, chociaż ten był bramkarzem u Antoniego Piechniczka a także zdobył Puchar Europy z portugalskim FC Porto, Albo że dyrektorem reprezentacji został Adrian Mierzejewski, co chyba ponad miarę rozeźliło Zbigniewa Bońka.
W trakcie pierwszej konferencji Urban nie ukrywał też, że spory kłopot polskiej piłki stanowi zdominowanie rodzimej Ekstraklasy przez zawodników zagranicznych. A formę naszych występujących za granicą niełatwo na bieżąco monitorować. Skoro trafnie diagnozuje problemy, zwiększa to szansę, że sobie z nimi poradzi.
Jako zawodnik sam nie miał szczęścia, z tych samych względów, co Roman Kosecki. Szczyt formy ich obu przypadł na czas słabszej kondycji reprezentacji. Jednak Kosecki został tylko przed laty posłem z komisji sportu, a Urban zyskuje teraz możliwości bez porównania większe. Jako selekcjoner zadbać może bezpośrednio o wyniki narodowej drużyny, a także o styl jej gry, do którego tak wielką wagę przywiązują wybredni eksperci malkontenci. Chociaż kiedy w 1973 r. wywalczyliśmy pamiętny zwycięski remis na Wembley, kwalifikując się tym samym na pierwsze po wojnie Mistrzostwa Świata – nikt nie utyskiwał, że drużyna Kazimierza Górskiego wtedy głównie się broniła, a najlepszy na boisku był bramkarz Jan Tomaszewski nazwany “człowiekiem, który zatrzymał Anglię”.
Po latach błądzenia i eksperymentów z zagranicznymi trenerami (sukcesów nie zapewnili naszej piłce Portugalczycy: Sousa ani Santos) trzymamy się przy kolejnym wyborze “polskiej myśli szkoleniowej”, chociaż ten termin, który ukuł król strzelców mistrzostw z 1974 r. Grzegorz Lato, bezlitośnie wykpiwały media głównego nurtu. Tyle, że to polscy trenerzy są autorami wszystkich sukcesów reprezentacji: Kazimierz Górski w 1974, Jacek Gmoch w 1978 r. Antoni Piechniczek w 1982 i 1986 r. oraz Czesław Michniewicz w 2022 r, za których sprawą wychodziliśmy z grupy na Mundialach, także Adam Nawałka co wprowadził nas do ćwierćfinału Euro w 2016 r. A wypada do tej listy dopisać także sternika srebrnej drużyny olimpijskiej z Barcelony (1992 r.) Janusza Wójcika, bo chociaż rywalizowały tam drużyny młodzieżowe, medal też sprawił radość rodakom. Każdy znalazł własną receptę na rywali: Górski demonstrował potoczny zdrowy rozsądek, objawiający się w powiedzeniach takich jak słynne “piłka jest okrągła, a bramki są dwie”. Z kolei Gmoch, z inżynierskim tytułem, najpierw prowadził Górskiemu bank informacji o przeciwnikach, potem już zawiadując samodzielnie drużyną, napisał “Alchemię futbolu” a w ustalaniu taktyki meczowej wykorzystywał sztukę gry wojennej, o której wiele czytał. Nawałka zaś okazał się takim perfekcjonistą i pedantem, że skrzyczał kiedyś dziewczynę podopiecznego, bo przyniosła piłkarzowi coca colę, a wiadomo, że to napój niezdrowy, zawodnik musi diety przestrzegać, jeśli na boisku ma do czegoś dojść.
Kunszt ich wszystkich dostarczył nam emocji nie tylko sportowych. Triumfy ekipy Górskiego stały się okazją do dumnych i spontanicznych przemarszów z biało-czerwonymi flagami po ulicach polskich miast, na parę lat przed wyborem Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową i czasem pierwszej “Solidarności”. Przed Mundialem w Hiszpanii w 1982 r. nikt nie chciał z nami grać towarzysko, bo w kraju trwał stan wojenny, więc Zachód bojkotował juntę gen. Wojciecha Jaruzelskiego a państwa socjalistyczne bały się eksportu do nich przy tej okazji solidarnościowych idei. Kiedy w podzięce za kolejny zwycięski remis, tym razem z ZSRR, kiedy nie tylko o piłkę nożną chodziło, kibice wręczyli Antoniemu i Zycie Piechniczkom po ich powrocie do kraju ogromny bukiet kwiatów – trener i jego żona, oboje pochodzący ze Śląska złożyli je zaraz na płycie Placu Zwycięstwa, gdzie warszawiacy kwietnym krzyżem od grudnia 1981 r, upamiętniali górników z Kopalni Wujek poległych w obronie swojego zakładu pracy.
Jednak Jan Urban – skoro pora wrócić do współczesności – ma za zadanie nie tyle zmierzyć się z legendą poprzedników, chociaż życzyć mu wypada, aby i jej sprostał, co wprowadzić reprezentację na kolejne Mistrzostwa Świata. Chodzi o to, żeby amerykański Mundial za rok nie stał się podobnym dla Polaków wstydem i traumą, jak ubiegłoroczna olimpiada paryska, z wyłączeniem oczywiście złotego medalu Aleksandry Mirosław i dziewięciu pozostałych z mniej cennego kruszcu. Sposób na uniknięcie kompromitacji pozostaje tylko jeden: trzeba na Mundial pojechać. Nawet jeśli potem mamy, jak po Katarze, długo spierać się o jego rezultaty. Powiedzenie, że nieobecni nie mają racji odnosi się nie tylko do szans podniesienia umiejętności zawodników za sprawą motywującej gry o wysoką stawkę – ale też promocji Polski jako marki.
Wybór Lewandowskiego
Wiadomo już, że nowy selekcjoner zamierza skłonić do powrotu do drużyny narodowej nie tylko Roberta Lewandowskiego ale i Kamila Grosickiego. Z całym dla talentu tego drugiego szacunkiem, to decyzja zawodnika Barcelony mieć będzie zasadnicze znaczenie. Pozostaje ikoną futbolu. I bohaterem wyobraźni zbiorowej. Wraz z żoną Anną tworzą najpopularniejszą parę celebrytów w Polsce. Poza tym Lewandowski powiedział wcześniej tylko tyle, że w kadrze nie zagra, dopóki trenerem pozostanie Probierz. Powinien też wiedzieć, że Grzegorz Lato odnoszący sukcesy w belgijskim Lokeren ani Zbigniew Boniek jeszcze większe w turyńskim Juventusie – nie tylko nie uchylali się przed reprezentowaniem Polski, ale wydatnie przyczynili się do zdobycia przez drużynę Piechniczka trzeciego miejsca w świecie w 1982 r..
Podobnie uznawani wtedy dzięki klubowym sukcesom odpowiednio w Borussi Moenchengladbach i Ajaxie Amsterdam za najlepszych piłkarzy Europy: przed prawie półwieczem Duńczyk Allan Simonsen i ćwierć wieku temu Fin Jari Litmanen nie gardzili wcale występami w reprezentacjach nie zaliczanych wtedy wcale do czołówki światowej.
Poza tym powrót Lewandowskiego pozwoli mu w razie awansu na Mundial na godne ukoronowanie kariery występem na największej po olimpiadzie imprezie sportowej. Przewagi w barwach Borussi Dortmund, monachijskiego Bayernu czy Barcelony nieśmiertelności piłkarzowi nie zapewnią, daje ją wyłącznie stanie się bohaterem Mistrzostw Świata. Wystarczy przypomnieć wyczyny Argentyńczyka Leo Messiego sprzed trzech lat w Katarze, chociaż akurat naszego bramkarza Wojciecha Szczęsnego z rzutu karnego nie udało mu się pokonać. Lewandowski kończy w sierpniu 37 lat, na Mundialu będzie o rok starszy. Dla piłkarza to taki wiek, jak dla pisarza osiemdziesiątka. Czas, żeby pomyśleć o własnym miejscu w historii.
Wygląda na to, że trener się nie boi
Zyska je również Jan Urban, jeśli nie tyle wyprowadzi polską piłkę z kryzysu, bo to formuła abstrakcyjna, z której niewiele wynika – co po prostu na kolejny wielki turniej nas wprowadzi. Co prawda autorzy niedawnych sukcesów: Jerzy Brzęczek, dzięki któremu zagraliśmy w 2021 na Euro oraz Czesław Michniewicz, za którego sprawą i kosztem mocnej Szwecji pojechaliśmy na katarski mundial, przywożąc stamtąd 15. miejsce i ulegając tylko dwóm najlepszym zespołom świata, Argentynie oraz Francji – zamiast premii i prolongaty kontraktu otrzymali potem dymisje.
Jednak Urban, pewny siebie, nie sprawiał w dniu prezentacji wrażenia zalęknionego perspektywą, że również jego to spotka. Za to odmowa ujawnienia, zarówno przez niego samego, jak prezesa Kuleszę, podstawowej przecież informacji na jak długi czas kontrakt z selekcjonerem zawarto, wskazuje niezbicie, że w polskim futbolu do normalności wciąż jeszcze daleko, nawet jeśli jej jaskółki się pojawiają.
W tym roku, po raz pierwszy od 1970 czyli czasu triumfów Górnika i Legii, w ćwierćfinałach europejskich pucharów wystąpiły aż dwie nasze drużyny: Jagiellonia Białystok i właśnie warszawska Legia. Dwa lata wcześniej na tym samym szczeblu pokazał się Europie poznański Lech. Pora więc przypomnieć rymowankę, wydrukowaną w przedwojennym “Przeglądzie Sportowym”: “Ze znakomitych zewsząd polskich drużyn / zbierzcie nareszcie skład takiej jakości / Żeby nas w kraju nie bił każdy z gości / Czech, Węgier, Niemiec / czy Murzyn”. Tym bardziej, że teraz przecież najlepsi nasi zawodnicy, nie tylko Lewandowski, grają w zespołach zagranicznych.
