Trump i iluzja potęgi

0
168

Brawurowo skuteczna operacja specjalna pojmania oskarżanego o terroryzm narkotykowy lewicowego dyktatora Wenezueli Nicolasa Maduro stwarza iluzję potęgi USA. Daje Amerykanom, po dekadach przegrywanych wojen (od koreańskiej poprzez wietnamską, afgańską i drugą w Zatoce Perskiej) poczucie dumy z sukcesu państwa. Wpłynie na szanse Republikanów w wyborach parlamentarnych oraz ich przyszłego kandydata na prezydenta. Pozostaje nadzieja, że w sytuacji, gdy Donald Trump o trzecią kadencję ubiegać się nie może – tym ostatnim zostanie raczej Marco Rubio, mózg niedawnej akcji na Caracas, a nie D. H. Vance. 

W istocie operacja komandosów Delta Force i bezbłędnie odnajdującego cele amerykańskiego lotnictwa, sprawniejsza nawet od niedawnej wspólnej z Izraelem w Iranie, a przy tym dokonana bez strat własnych, co po hekatombie Indochin, gdzie zostało na zawsze ponad 58 tys. “amerykańskich chłopców”  ma wielkie znaczenie – nie umacnia ani nawet nie potwierdza przywództwa Stanów Zjednoczonych we współczesnym świecie. 

Kanonierki, nie dyplomacja pingpongowa 

Żołnierze walczą wprawdzie bohatersko i roztropnie wykonują rozkazy, bez splamienia się jak przed 20 laty w Iraku strzelaniem do cywilów – ale administracja Donalda Trumpa okazuje się bezradna w globalnej konfrontacji gospodarczej z Chinami (gdzie obiecane przez niego w drugiej zwycięskiej kampanii miejsca pracy w amerykańskich fabrykach?), zaś nie tak dawny szczyt w Kazaniu z października 2024 r. wskazuje na próbę zmontowania przez trzy pozostałe mocarstwa (Rosję, Chiny i Indie) silnej koalicji antyamerykańskiej. Jak wiemy, podobną groźbę zażegnali a nawet skutecznie odwrócili przed ponad półwieczem Richard Nixon i Henry Kissinger, montując sojusz z rządzoną jeszcze przez Mao Zedonga i Zhou Enlaya Chińską Republiką Ludową, która stała się partnerem USA w globalnej rywalizacji ze Związkiem Radzieckim, chociaż dwadzieścia lat wcześniej w wojnie koreańskiej ChRL i Stany Zjednoczone walczyły po przeciwnych stronach..Ich sojusz w latach 70. oznaczał okrążenie ZSRR.   

Jego zawarcie poprzedziła słynna dyplomacja pingpongowa: ponieważ oba kraje nie utrzymywały po Rewolucji Kulturalnej w Państwie Środka stosunków dyplomatycznych, a część rozmów przygotowawczych toczono nawet w chińskiej ambasadzie przy Placu Krasińskich w Warszawie, preludium do wizyty w Pekinie na najwyższym szczeblu stał się wyjazd tam amerykańskiej studenckiej drużyny tenisa stołowego. Do siedziby CIA w Langley masowo zwożono wtedy stoły do gry w ping ponga, ażeby domniemani studenci zalegendowali się właściwie i nie wyszli na ofermy w rozgrywce z chińskimi mistrzami paletki.  

Teraz Trump stawia raczej na dyplomację kanonierek, bo desant na Caracas poprzedzony został atakami na wenezuelskie pirackie statki, szmuglujące dragi i ropę. Stany Zjednoczone szykują się do przechwytywania rosyjskich tankowców, wywożących ropę naftową z Wenezueli, współpracują przy tym z Wielką Brytanią, co stanowi dla nas pocieszający dowód, że prezydent USA szuka, a nawet znajduje sojuszników wciąż w NATO, a nie poza nim.

Ale wszystkich problemów skarcenie wenezuelskiej dyktatury nie rozwiąże.  Odwraca jednak od nich uwagę. I odsuwa w czasie decyzje ich dotyczące. 

Odnosi się to także do wojny w Ukrainie i przyszłości Sojuszu  Atlantyckiego, w tym jego wschodniej flanki, do której zalicza się Polska. Wprawdzie otrzymaliśmy zapewnienie, że 10 tys. żołnierzy amerykańskich u nas stacjonujących pozostanie na polskiej ziemi, ale wiadomo, że zarazem Trump przygotowuje wycofanie części sił zbrojnych USA z Rumunii, narażonej na podobne jak Polska presje ze strony Kremla. Od wojny hybrydowej po drony. I której społeczeństwo niedawno w powszechnych wyborach demokratycznych poskromiło otwarcie proputinowskiego kandydata George’a Simiona, wskazując na prezydenta obliczalnego i prozachodniego Nicusora Dana.           

Nie tyle ekscentryk, co kontynuator polityki amerykańskiej

Trump działa zarazem tak, żeby najtrudniej było go atakować. Intelektualistą nigdy nie był, celebrytą i gwiazdorem telewizji – jak najbardziej. Wie, jak wdrażać i stopniować u niezbyt wymagającej publiczności pożądane z własnego punktu widzenia zachowania.

Podważanie operacji w Wenezueli okazuje się bezprzedmiotowe, ponieważ nie da się cofnąć jej efektów. Uwagę obserwatorów zaprzątają raczej kolejne potencjalne cele ataku USA. Wszystkie znajdują się w Ameryce Łacińskiej. Najczęściej wymienia się Kubę i Kolumbię, państwa od lat z patologiami kojarzone. 

Chociaż każdy portret psychologiczny Trumpa jako przywódcy, jeśli ma pozostać wiarygodny, musi zostać nakreślony grubą kreską – w kwestii Wenezueli przyznać trzeba, że zadziałał perfekcyjnie. Starannie bowiem wybrał moment, cel i format akcji. Uniknął bowiem tego, czego najbardziej obawiają się Amerykanie po doświadczeniach Korei i Wietnamu, Iraku i Afganistanu: uwikłania Stanów Zjednoczonych w długotrwały konflikt zbrojny w odległym kraju. Stąd dobór koncepcji chirurgicznego uderzenia o natychmiastowej skuteczności. Za jego sprawą zyskał zrozumienie tych, co nadal uznają, że Ameryka powinna pozostać policjantem świata. Ale nie naraził się innym, których przestrasza perspektywa, że armia Stanów Zjednoczonych utknie na długo w kolejnej, tym razem latynoamerykańskiej a nie indochińskiej dżungli. Akcja w Caracas trwała 2 godziny i 20 minut. Ażeby ją przygotować, CIA zbudowało duplikat kryjówki prezydenta Maduro w skali jeden do jednego.i tam ćwiczyło. 

Pomimo wielu pozostających tematem anegdot niezręczności, gruboskórny z natury Trump stawia oponentów w trudnej sytuacji. Bo jak bronić Maduro, skoro wenezuelski watażka wcześniej sfałszował wybory prezydenckie, odbierając zwycięstwo Edmundowi Gonzalezowi Urrutii i ogłaszając własne, a pieniądze z handlu narkotykami inwestował w terroryzm międzynarodowy. Zapewne nawet młodzież przy okazji demonstracji przeciwko izraelskim zbrodniom w Strefie Gazy chętnie nakładająca koszulki z Ernestem Che Guevarą nie kwapi się wylewać krokodylich łez po zastrzelonych przez komandosów z Delta Force kubańskich ochroniarzach Maduro. Zaś zarzut Demokratów, że prezydent Stanów Zjednoczonych okłamał kongresmenów, zapowiadając, że Wenezueli nie zaatakuje, da się zbić łatwą repliką: gdyby postąpił inaczej, operacji nie udałoby się utrzymać w sekrecie. I polegliby w niej Amerykanie. A tak Stany Zjednoczone mają swoją bitwę bez łez. Każdy, kto obejrzał choćby jeden film o Wietnamie lepszy od sławetnych “Zielonych beretów” z Johnem Waynem, na tle których nawet “Diewiataja rota” w reżyserii Fiodora Bondarczuka o radzieckiej interwencji w Afganistanie wydaje się dziełem na wskroś wybitnym a przy tym rzetelnym i obiektywnym – wie doskonale, jakie to ma znaczenie.      . 

Demonizowanie Trumpa nie ma sensu, zwłaszcza, że nie ulega wątpliwości, że wiele jego decyzji – w tym odprężenie w relacjach z Kremlem ze spotkaniem na szczycie z Władimirem Putinem w alaskańskim Anchorage włącznie, ale i desant na Caracas o świcie w sobotę 3 stycznia 2026 r. – dałoby się przewidzieć, gdyby analitycy lepiej pracowali.  

W polityce międzynarodowej działania Trumpa nie stanowią kuriozum. Raczej kontynuację doktryny interwencji w Ameryce Łacińskiej. Nie trzeba sięgać aż do jej twórcy prezydenta Jamesa Monroe, co ogłosił ją w 1823 roku. Republikański prezydent George Bush Senior w 1989 r, wykorzystując zainteresowanie Europy w tym Kremla trwającą właśnie rewolucją w Rumunii, gdzie zbrojnie obalano Nicolae Ceausescu porównywanego do Vlada IV Draculi chociaż prowadzącego względnie niezależną od ZSRR politykę- najechał Panamę (1989 r.) i kazał pojmać oraz postawić przed amerykańskim sądem za przemyt narkotyków tamtejszego prezydenta Manuela Noriegę, cieszącego się wtedy reputacją bez porównania lepszą niż teraz Nicolas Maduro. Scenariusze obu operacji nazwać można bliźniaczymi.

Za prezydentury Dwighta Eisenhowera Stany Zjednoczone interweniowały zbrojnie w Gwatemali (1954 r.). Na razie mowa o Republikanach, ale także Demokrata John Kennedy przystał na inwazję w Zatoce Świń (1961 r.), gdzie wylądowali przeszkoleni emigranci kubańscy, co zamiast obaleniem reżimu Fidela Castro skończyło się militarną klęską oraz moralną kompromitacją USA. Lepiej poszło kolejnemu demokratycznemu prezydentowi Lyndonowi B. Johnsonowi na Dominikanie (1965). Bez trwałych efektów – Billowi Clintonowi na Haiti (1994 r.). Za to trudno do sukcesów zaliczyć, pomimo militarnego powodzenia, desant na rozkaz Republikanina Ronalda Reagana na suwerennej, choć przez lewaków rządzonej Grenadzie (1983 r.). 

Co samym Amerykanom opłaca się najlepiej

Nie chodzi o repetytorium z historii, tylko o uświadomienie – w planie maksimum również samym Amerykanom – faktu, że Stany Zjednoczone osiągały swoje zamiary i wzmacniały mocarstwową pozycję wtedy, kiedy budowały szerokie międzynarodowe koalicje albo przyłączały się do już zawartych. Tak było w I i II wojnie światowej. I w pół wieku po tej ostatniej – również w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej (styczeń-luty 1991 r.), gdzie partnerów znalazł demokratyczny Waszyngton, niczym kiedyś Franklin D. Roosevelt w generalissimusie Józefie Stalinie by pokonać Adolfa Hitlera, w konserwatywnych reżimach arabskich z saudyjskim na czele, pragnących podobnie jak USA powstrzymać agresję Saddama Husajna z rządzącej Irakiem lewicowej partii Baas, który przedtem zdążył już podbić bogaty Kuwejt i przez pół roku spustoszyć go tak, że jego funkcje najbogatszego szejkanatu i centrum finansowego regionu trwale już przejęły: Federacja Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz Katar.

Klęskę ponosii za to Amerykanie wtedy, gdy awanturowali się samotnie lub w wirtualnych tylko i fikcyjnych koalicjach, jak w Korei (1950-53), gdzie flagi Organizacji Narodów Zjednoczonych nikt nie traktował poważnie, czy w Wietnamie, skąd wcześniej wycofali się Francuzi. I wreszcie w drugiej wojnie w Zatoce Perskiej (od 2003 r.), kiedy to – zanim jeszcze najpotężniejsza armia świata ugrzęzła w piaskach Iraku – niemal wszyscy europejscy sojusznicy odmówili Stanom Zjednoczonym poparcia, chociaż dali je USA z gorliwością neofitów wywodzący się z proradzieckiej PZPR kolejni polscy premierzy: Leszek Miller i Marek Belka. 

W Europie mamy gotową już, realną a nie wirtualną “koalicję chętnych” do wspierania walczącej z kremlowską inwazją Ukrainy. Wpisuje się to jakoś w tradycyjne cele polityki amerykańskiej, ale tylko określane przez wielkich prezydentów. Zwycięzców wojen światowych: Woodrowa Wilsona oraz Franklina Delano Roosevelta i Harry’ego Trumana. Ale także Demokratę  Jimmy’ego Cartera, który po brudnej wojnie wietnamskiej, kiedy amerykański żołnierz zaczął kojarzyć się światu z zabijaniem dzieci, powrócił do moralnych celów  dyplomacji USA i wsparł opozycję demokratyczną, rodzącą się w naszej części Europy. Dzieło to dokończył Republikanin Ronald Reagan, który wprawdzie nie ostrzegł przyjaciół z Solidarności przed wprowadzeniem przez komunistów stanu wojennego, chociaż jego termin znał – ale później wspierał ich pokojowy opór w podziemiu. A przede wszystkim nakręcając wyścig zbrojeń doprowadził do krachu radziecką gospodarkę, a z czasem i państwo, co dopełniło się już za jego następcy George’a Busha Seniora. 

Za faktycznego zwycięzcę Zimnej Wojny trzeba jednak uznać raczej Demokratę Billa Clintona, który przyjął do NATO Polskę ale i inne dawne kraje z radzieckiej strefy wpływów w jedynym momencie, kiedy okazało się to możliwe – w marcu 1999, a więc w pół roku po rosyjskim kryzysie gospodarczym mającym globalne skutki, ale również na pół roku przed objęciem urzędu premiera przez Władimira Putina.

Gdy Clinton studiował w Oksfordzie, na stypendium Rhodesa, z którego skorzystał, aby wymigać się od służby wojskowej – nie chciał bowiem mordować wietnamskich dzieci ani samemu zostać zabitym przez komunistów z Vietcongu – jego mentorem pozostawał wykładowca nauk politycznych Zbigniew Pełczyński, w czasie II wojny światowej uczestnik ruchu oporu w okupowanym przez Niemców kraju i żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Zwrócił jego uwagę, że blok wschodni nie jest monolitem. Clinton w tym czasie specjalnie pojechał na granicę obu państw niemieckich, by obejrzeć dzielące Europę zasieki i wieże strażnicze. Z kolei Carter, w swoim zainteresowaniu promowaniem obrony praw człowieka w Europie Środkowej i Wschodniej pozostawał pod oczywistym wpływem swojego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Zbigniewa Brzezińskiego. W otoczeniu Trumpa nie brakuje Polaków. Za najbardziej wpływowego uchodzi Corey Lewandowski, współtwórca obu jego zwycięskich kampanii prezydenckich. Wiadomo, że o swoich korzeniach nie zapomniał. Alarmująco przedstawia się natomiast stan wiedzy o Polsce wiceprezydenta D. H. Vance’a, chociaż też o innych krajach wie on niewiele. Symptomatyczne jednak, że Trump po wenezuelskiej wiktorii wstydził się z zastępcą pokazać publicznie, żeby nie psuć nastroju sobie i widzom. 

Zresztą głównym autorem sukcesu “operacji specjalnej” okazał się raczej sekretarz stanu Marco Rubio. Jako syn kubańskich emigrantów zdaje sobie sprawę z geopolitycznego znaczenia polskich buntów z lat 1980-88 dla późniejszej o rok zmiany układu sił w świecie i rozpadu ZSRR w 1991 r. Zapewne ta wiedza wpłynie jakoś na jego sposób wnioskowania i decyzje. Na fali znajduje się też na pewno dyrektor CIA John Ratcliffe, dla którego Polska priorytetu nie stanowi. Przez osiem lat pełnił swego czasu funkcję burmistrza małego miasteczka w Teksasie, 7-tysięcznego Heath. Oczywiście nie przesądza o niczym fakt, że diabeł tam mówi dobranoc, a Polacy w większej liczbie nie mieszkają. Chociaż dla sympatii dla nas, ale i potwierdzonych po 24 lutego 2022 r. przez Demokratę i praktykującego katolika Joe’go Bidena zobowiązań do wspólnej obrony – spore znaczenie miały dobre doświadczenia z dzieciństwa spędzonego w stanie Delaware z polskimi kolegami.  Mieszkało ich tam tylu, że czasem małemu Joemu dokuczano z tego powodu, że jego nazwisko nie kończy się na -ski.  Ale go to nie zraziło.

Natomiast Trump kieruje się bardziej impulsami niż sentymentami. Wymigał się od służby w Indochinach pod pretekstem ostrogi pięty, dolegliwości ortopedycznej, która nie przeszkadzała mu jednak grać w futbol amerykański. Zyskanego w ten sposób czasu, nie spożytkował, w odróżnieniu od Clintona (obaj są z tego samego rocznika 1946) na poszerzanie horyzontów ani pozyskiwanie wiedzy geopolitycznej. Przez lata obracał się w środowisku deweloperów, windykatorów, inwestorów raczej pośledniej reputacji. Z czasem doszedł do celebryckiego statusu. Wszystko to nie czyni obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych politykiem niepodatnym na wpływy. Korzystali już z tego Rosjanie w pierwszej jego kampanii i kadencji, co potwierdzają poważni biografowie, jak Michael Wolff (“Ogień i furia”). Nie ma co żartować, czym mielibyśmy ich przebić.

Carterem na początku kadencji w kwestiach polityki zagranicznej powodowały racje moralne. Dlatego wziął do współpracy prof. Brzezińskiego, który wprowadził w życie jego marzenie o trwałym pokoju między Izraelem a Egiptem (układ z Camp David w 1978 r.) i zaraził swoim własnym o stopniowym rozmiękczaniu żelaznej kurtyny, a i pod koniec urzędowania demokratyczny lider próbę odbicia zakładników amerykańskich w Iranie (1980 r.), podjął zarówno dla zasad jak po to, by kolejne wybory wygrać (nie udało się, więc zwyciężył wtedy Reagan). 

Reagan szczerze wierzył, że walczy z imperium zła, chociaż nie przeszkodziło mu się to później, w czas odwilży na Kremlu, spotykać z Michaiłem Gorbaczowem w Genewie (1985 r.) i Reykjaviku (1986 r.). 

Osiem lat Clintona przypadło na czas “końca historii” ogłaszanego wobec upadku ZSRR przez Francisa Fukuyamę, co pozwoliło demokratycznemu prezydentowi zmieniać podział świata, na co nie ważyli się poprzednicy. I zaowocowało przyjęciem nas do NATO. Kolejny Demokrata Barack Obama postawił na “reset”, co Putina tylko rozzuchwaliło, ale to za rządów pierwszego ciemnoskórego prezydenta USA, komandosi dopadli wreszcie Osamę bin Ladena, sprawcę ataków na World Trade Center. 

Do Bidena, z początku przekonanego, że Ukraina nie jest w stanie się przed Rosją obronić (stąd oferta ewakuacji dla Zełenskiego), przemówiły nie tylko okropności wojny i świadomość, że Putin zbrojnie zmienia porządek świata ustalony za Clintona, przy którym sam Biden pozostawał szefem senackiej komisji spraw zagranicznych. Wrażenie wywarła na nim niewątpliwie “miękka siła” Polski, którą wykazaliśmy się, gdy masowo i siłami całego społeczeństwa gościliśmy ukraińskich wojennych uchodźców. Dlatego Biden dwukrotnie wybrał Warszawę jako miejsce potwierdzenia aktualności Artykułu 5 Traktatu Waszyngtońskiego, który wszystkie państwa Sojuszu Atlantyckiego zobowiązuje do solidarnej obrony wzajemnej w razie ataku na którekolwiek z nich. Mocniejszej gwarancji bezpieczeństwa po 24 lutego 2022 r. nie dostaliśmy, chociaż swoją wartość ma również układ z Francją, umożliwiający skorzystanie z jej parasola atomowego, co jednak traktować można tylko jako wariant rezerwowy na wypadek załamania się amerykańskiego zaangażowania w NATO. Co za Trumpa trzeba brać pod uwagę poważnie. Z geografii wiemy, że Wenezuela leży po przeciwnej stronie Atlantyku. Zaś z wielu przekazów również to, że skoro o oceanach mowa, dla Trumpa coraz ważniejszy staje się Pacyfik. Obrona Tajwanu ale przede wszystkim rywalizacja globalna z Chinami. Nie udaje, że przyjaźni się z Xi Jinpingiem, jak przez chwilę z Putinem.                

Kategorie skuteczności i zysku wydają się dla Trumpa kluczowe. Skoro nie udało mu się wymusić pokoju w Ukrainie na rosyjskich warunkach, bo nie godzi się na nie prezydent Wołodymyr Zełenski, a sojusznicy europejscy zasadnie obawiają się powtórki Układu Monachijskiego (1938 r.), która tylko rozzuchwali agresora i do dalszych podbojów zachęci – pozostaje próba wdrukowania prezydentowi USA przekonania, że twarde podejście do Władimira Putina po fiasku dyplomatycznego flirtu bardziej się opłaca.       

Otwarcie natomiast zauważyć wypada, że odkąd ambasadorem w Waszyngtonie przestał być zręczny i charyzmatyczny dyplomata Ryszard Schnepf, co nastąpiło w 2016 roku –  nie ma co liczyć na żaden realny lobbing na rzecz uwzględnienia przez kolejne administracje polskich interesów. Nominaci pisowscy (następcą błyskotliwego i skutecznego Schnepfa został Piotr Wilczek, wybitny specjalista, ale… od kultury arian polskich i innych innowierców z czasów I RP, a nie stosunków międzynarodowych) nie zapobiegli nawet przyjęciu osławionej “ustawy 447”, domagającej się zwrotu majątku pozostałego po zamordowanych przez Niemców w trakcie Holocaustu obywatelach Polski – powstałym już w trakcie pokoju organizacjom z USA. Co nie tylko stanowi pogwałcenie naszej suwerenności, ale uwłacza pamięci ofiar i przyczynia do fałszowania historii. Zaś Trumpowi wypomnieć można, że bez zastrzeżeń za niesławną regulacją optował. 

Z drugiej strony nie żywi on na pewno w kwestii Polski czy nawet całej “wschodniej flanki NATO” ugruntowanych przekonań. Tym samym łatwiej przyszłoby na niego wpłynąć. Pozostaje to jednak poza zasięgiem placówki dyplomatycznej w Waszyngtonie, stanowiącej ofiarę “wojny na górze” w jaką na polu dyplomacji przekształca się “kohabitacja” premiera Donalda Tuska z prezydentem Karolem Nawrockim. Zaś co do możliwości, jakimi dysponują formalne reprezentacje pracowitej przecież i twórczej Polonii amerykańskiej – to szkoda czasu, żeby o nich pisać.  Tytanami lobbingu z dnia na dzień się nie staniemy.                     

Wybór należy do Trumpa, w jakim towarzystwie zamierza się znaleźć. Eisenhowera, rejterującego z Korei i Nixona uciekającego z Wietnamu, czy tych prezydentów, co wygrywali wojny światowe i tę najdłuższą – Zimną. Podobno Trump ma naturę zwycięzcy, podkreślają to wszyscy, co znają jego biografię.                              

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 9

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here