Z Robertem Bombałą, autorem powieści “Koniec, którego nie znacie” o Dwudziestoleciu Międzywojennym, rozmawia Łukasz Perzyna
– Pana książka, wcześniej zapowiadana w PNP24.PL [1] i prezentowana we fragmentach pod roboczym tytułem “Śmierć na ulicy Foksal” w “Opinii” [2] stała się już faktem i teraz przymierza się Pan do jej wydania. Opowieść kończy się zabójstwem sanacyjnego ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego, dokonanym w czerwcu 1934 roku przez nacjonalistów ukraińskich. Jakie są w niej proporcje historii i fikcji?
– Dla ścisłości doprecyzujmy, że akcja kończy się na trzy-cztery godziny przed zamachem na ulicy Foksal, samego wydarzenia już nie opisuję. Wszyscy wiedzą, jak zakończył się atak terrorysty na ministra spraw wewnętrznych, więc nie ma co się bawić w suspens, to nie kryminał. Dzień wcześniej i w nocy przeprowadzono aresztowania członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w Krakowie i Lwowie, następnego dnia wielu ich wyłapały czechosłowackie służby po drugiej stronie granicy. Polska policja wkroczyła do laboratorium, gdzie terroryści przygotowali przeznaczoną dla Pierackiego bombę, która w chwili ataku nie wybuchła, ale minister i tak zginął, od strzałów. W mojej powieści zamach na Foksal stanowi kulminację, ale wśród pozostałych opisanych w niej zdarzeń przeważa fikcja.
– Spytam jednak o Pana ocenę sekwencji faktów historycznych. Czy minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki, o którym wymagający Andrzej Micewski napisał, że “posiadał niewątpliwie nieprzeciętną inteligencję” [3], zaufany bardzo już wtedy chorego Marszałka Józefa Piłsudskiego zginął dlatego, że zmierzał do politycznego porozumienia z umiarkowanymi działaczami ukraińskimi? Gdyby mu się powiodło, terroryści straciliby rację bytu, nikomu nie byliby już potrzebni, a tego bali się najbardziej, stąd wybór celu?
– Nie o to chodziło raczej, wedle tego, co dzisiaj możemy ustalić, terroryści długo rozważali, kto stanie się przedmiotem ataku. Zależało im na rozgłosie, na tym, żeby uderzyć w ministra, bliskiego Piłsudskiemu, w grę wchodzili Bronisław Pieracki i Janusz Jędrzejewicz, Zabójstwo ministra spraw wewnętrznych musiało jednak zyskać rezonans bez porównania większy niż zamordowanie ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego, stąd wybór ofiary taki a nie inny. Pyta mnie Pan jednak o sprawy, które trudno mi rozstrzygać, skoro spierają się o nie zawodowi historycy.
– A Pan snuje własną opowieść?
– Autentyczni bohaterowie historii pojawiają się tam, gdzie ich obecność okazuje się niezbędna. Ale już dialogi toczą się bez ich udziału. Skupiłem się na miejscach, jak słynny Kercelak, restauracje, kluby… Bohater jedzie na Kercelak, bo szuka seryjnego zabójcy kobiet, wolskiego apasza. Jedna z potencjalnych ofiar tego ostatniego mieszka na Płockiej, a pracuje w Wytwórni Mydła i Świec Majde na rogu Okopowej i Leszna, która znana była z mydła „rewolwer” i produkt swój reklamowała neonem właśnie rewolweru, co dla toku akcji okazuje się bez znaczenia, ale trafnie oddaje ówczesne nastroje.
– Ale to nie na Kercelaku Pana bohater uzyskuje niezwykłe nawet jak na niego zlecenie? Bo podobnie jak jeden z bohaterów “Pulp Fiction” Ωuentina Tarantino specjalizuje się w rozwiązywaniu spraw trudnych. Był w Legionach, walczył jako podporucznik z bolszewikami, po służbie w kontrwywiadzie odszedł do cywila w randze kapitana, założył agencję detektywistyczną, mieszkał i pracował niemal dokładnie w tym miejscu, w którym teraz rozmawiamy, teraz znajduje się tutaj całkiem gościnna Green Caffe Nero na rogu Wareckiej i Nowego Światu. Czy los Pana bohatera przekonuje o prawdziwości powiedzenia, że ze służb specjalnych nigdy się nie odchodzi?
– Nie wiem, czy wszystkich to dotyczy, ale rzeczywiście mój bohater to najtrudniejsze zlecenie otrzymuje za pośrednictwem swojego dawnego dowódcy. Fabrykant spod Lwowa poszukuje córki. Wiadomo, że z powodów tak romansowych jak romantyczno -buntowniczych znalazła się w środowisku młodych Ukraińców, co nie kochają II RP ani jej nawet za swoją ojczyznę nie uznają. Mój bohater, chociaż dawno przekroczył trzydziestkę, musi udawać studenta, jeśli zamierza ją odnaleźć. Do Krakowa poleci samolotem, wtedy właśnie otwarto port lotniczy na Okęciu, a taka podróż była tańsza niż na tej samej trasie koleją, chociaż wiązała się z emocjami, którym mój bohater też ulega, mimo że odkąd jako piętnastolatek uciekł z domu do Legionów wraz z końmi z ojcowskiego majątku i sługą czy przyjacielem a właściwie przybranym bratem chłopskiego pochodzenia, który cały czas jak wierny cień mu towarzyszy – wiele razy i na niejednym froncie swoje męstwo przekonująco udowodnił.
– Ale i tak nie zapobiegnie najgorszemu? Szanujemy inteligencję Moich Państwa Internautów i Pańskich Czytelników, oni z góry wiedzą, że ministra Pierackiego nie uda się uratować, bohaterowi zresztą nie za to płacą, żeby bieg historii odmienił, a Pan nie pisze historii alternatywnej, jak Edward Redliński w “Ktfotoku” (dokładnie taka ortografia tytułu), gdzie generał Wojciech Jaruzelski nie wprowadza w grudniu 1981 r. stanu wojennego, wysadzony za to zostaje Pałac Kultury i wybucha antykomunistyczne powstanie, na czele którego staje Janusz Waluś. U Pana raczej jest tak jak u Alfreda Hitchcocka, najpierw wybucha bomba, a potem napięcie stale rośnie?
– Bomba nie wybucha, o czym była już mowa, Pieracki zginie od strzałów z broni palnej. U mnie w powieści dziewczyna czeka ze swoim partnerem – Ukraińcem na rogu Foksal i Nowego Światu. Zamachowiec od nich odbierze paczkę. Tak się książka kończy. A zaczyna się wskazaniem, że 1934 rok był w Europie czasem przemocy. W Związku Radzieckim zabójstwo Siergieja Kirowa posłuży potem Józefowi Stalinowi za pretekst do wielkich czystek. W Niemczech Adolf Hitler przeprowadza Noc Długich Noży, masowo eksterminując oponentów w ramach ruchu narodowo-socjalistycznego. Właśnie w czerwcu 1934 r, kiedy zginie Pieracki, do Polski przyjeżdża z wizytą Goebbels. Wtedy przez pewien czas kontakty polsko-niemieckie okazują się poprawne, do tego stopnia, że kiedy jeden z tych, co stali za zamachem schroni się w Niemczech – gospodarze wydadzą go Polsce. Deklaracje OUN otwarcie wtedy głoszą przemoc. Terroryści zabijają również swoich pobratymców, nie tylko Polaków. Na pewno zamach na Pierackiego to po zabójstwie prezydenta Gabriela Narutowicza dokonanym dwanaście lat wcześniej przez Eligiusza Niewiadomskiego najbardziej dramatyczne polityczne morderstwo z międzywojnia. W obu wypadkach znamy sprawców – Pierackiego zabił na polecenie Stepana Bandery niejaki Hryhoryj Maciejko, ale o ile malarz Niewiadomski działał sam, to w wypadku śmierci ministra spraw wewnętrznych wszystkich, tak rzecz ujmijmy, morderców zza biurka, do dziś nie poznaliśmy. Nie napisałem książki zwróconej przeciw Ukraińcom, ani takiej, co miałaby usprawiedliwić tych z nich, co się terrorystycznych metod chwytali. Nie tylko o nich zresztą wtedy chodziło. Część opinii publicznej z góry przypisała odpowiedzialność środowiskom Obozu Narodowo-Radykalnego. Zresztą jeden z jego liderów Jan Mosdorf wtedy zachowywał się dziwnie, skoro wcześniej desperacko próbował się do Pierackiego dodzwonić – a przynajmniej tak donosił ówczesny Kurier Poranny, czyli gazeta rządowa. Sekretarz ministra nie chciał go połączyć, powiedział, że dopiero w poniedziałek. A Mosdorf na to: – Za trzy dni będzie za późno. Trudno się dziwić, że gdy dowiedział się o zamachu, przez pewien czas się ukrywał. Nie wiem, czy go szukano. Ale po śmierci Pierackiego tłum zebrał się na ulicy Zgoda, gdzie mieściła się administracja narodowo-demokratycznego pisma “ABC”, wybito tam szyby.
– W latach 90. kręciliśmy razem dla Wiadomości TVP materiał, który potem kupiła także niemiecka telewizja publiczna: o tym, że Piłsudski nie ma szczęścia do godnych upamiętnień, bo ani “Dziadek parkingowy” sprzed Hotelu Europejskiego ani posąg przy Belwederze nie zaliczają się do najbardziej udanych pomników stolicy. Pojechaliśmy na zdjęcia do Muzeum Niepodległości, akurat 11 listopada i dyrektor nam oznajmił, że każdy zwiedzający, co się w dniu święta narodowego urodził, dostanie pamiątkowy album. I wtedy Pan wyjął dowód osobisty i pochwalił się taką właśnie datą urodzenia, a dyrektorowi pozostało Panu album wręczyć. Czy ma to znaczenie dla Pana zainteresowań?
– Oczywiście w żadną numerologię nie wierzę, a tamtą wizytę w dawnym Muzeum Lenina doskonale pamiętam. Nie wzięlibyśmy się wtedy wspólnie za ten materiał o niefortunnych upamiętnieniach Piłsudskiego, a byliśmy też wówczas w Sulejówku i na Cytadeli, gdyby nie moje zainteresowanie historią. Jednak nie ma ono związku z żadną ideologią. W powieści interesuje mnie odtworzenie realiów dawnej Warszawy. Fascynuje mnie to, pomimo że pierwsze lata życia spędziłem w Płocku, nie jestem więc rodowitym warszawiakiem. Bezcenne dla wyczucia tamtego klimatu i próby oddania go okazują się mapy stolicy, stare gazety, fotografie, pamiętniki, skłaniające do próby porównania, jak dzisiaj te same miejsca wyglądają. Ksawery, mój bohater wsiada do taksówki w miejscu naszej obecnej rozmowy, przy Wareckiej, gdzie po śmierci rodziców i sprzedaży pozostałego po nich majątku ziemskiego kupił mieszkanie, służące również jego dającej pracę jeszcze czterem osobom agencji detektywistycznej, z piwnicą, którą zamienił w salę treningową, gdzie ćwiczy savate, znaną wtedy odmianę boksu francuskiego. Zanim opisałem jego kurs na Kercelak, starannie zbadałem, jak wyglądały wtedy taksówki w Warszawie, ile trzeba było zapłacić za kilometr jazdy, nawet jakich taksometrów wtedy używano.
– Czy dla czytelnika to ma jakiekolwiek znaczenie?
– Jeśli jest warsawianistą, albo hobbystą czy pasjonatem zainteresowanym historią transportu publicznego w stolicy czy choćby szperaczem – zorientuje się, że jest traktowany poważnie. Skoro dbam o szczegóły, wszystko dokładnie posprawdzałem, to może moja opowieść warta jest wzmożonej uwagi. W trakcie kursu na Kercelak bohater najpierw na wysokości Placu Napoleona i Ogrodu Saskiego dostrzega przez okno taksówki eleganckie kobiety i dobrze ubranych mężczyzn. Im dalej na zachód – tym więcej zabiedzonych przechodniów w chałatach i gości w cyklistówkach, których lepiej ominąć.
– Gdyby kapitan Ksawery kazał szoferowi pojechać w stronę Wisły, efekt byłby podobny. Czesław Miłosz pisał w “Traktacie poetyckim”: “od Tamki stuka obcasem dziewczyna, wabi półgłosem na zarosłe place”. Mieszkam niedaleko, chociaż już u góry Skarpy, przy Kopernika, wiem, że obraz Powiśla zmienia się dopiero teraz, za sprawą stacji metra, Centrum Nauki Kopernik i nowej Biblioteki Uniwersyteckiej, apartamentowców, które teraz tam się w plombach wznosi, bo miejsc w ścisłym Centrum już na nie brakuje?
– W tamtym kierunku uciekał zresztą zabójca Pierackiego, z nadzieją, że przyjdzie mu tam dużo łatwiej w tłum się wtopić. W chwili zamachu był w płaszczu, pomimo ciepłego czerwcowego dnia, ale niczyjej uwagi to nie zwróciło. Przy Okólniku wpadł do bramy. Tam płaszcz pozostawił. Ponownie na ulicę wyskoczył już bez niego. W kieszeni płaszcza odnaleziono kokardę w narodowych ukraińskich barwach żółto- niebieskich. Kiedy podano wiadomość o tym, wielu uznało, że to zbyt grubymi nićmi szyte, oczywiste i czytelne wskazanie proweniencji sprawcy. Stąd wzięła się nieufność opinii publicznej wobec oficjalnej wersji zamachu. Bezpośredni sprawca nie poniósł odpowiedzialności karnej, bo zbiegł za granicę i tam pozostał. Za to w Krakowie sądzeni byli prowodyrzy z OUN. Stepana Banderę i innego lidera Mykołę Łebedia, tego, którego na osobiste polecenie Adolfa Hitlera wydali nam wcześniej Niemcy, skazano na karę śmierci, ale później ułaskawiono.
– Decyzja o tym prezydenta Ignacego Mościckiego, zresztą wybitnego chemika, okazała się roztropna, bo i tak zbyt wielu ludzi ginęło w ówczesnej targanej przemocą Europie?
– Zapewne tak, chociaż przyznam, że mnie w kontekście powieści bardziej interesuje inny chemik: ta specjalność była w cenie w walczącej z ochraną PPS, bo pozwalała na produkowanie profesjonalnych bomb. Jak chłopaki z Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej otoczyli opieką ubogiego chłopaka z Tomaszowa Mazowieckiego, bo im się zasłużył, to zmienili mu żydowskie imię i nazwisko na Józef Łokietek, bo był niewysoki i z czasem wysłali na studia do Szwajcarii,. gdzie doktorat z chemii zrobił. Mocno zainspirowała mnie książka Jerzego Rawicza, zresztą dawnego dziennikarza “Trybuny Ludu”: “Doktor Łokietek i Tata Tasiemka”. Tasiemka to Łukasz Siemiątkowski, równocześnie bojowiec PPS i herszt mafii, ściągającej haracze na Kercelaku. Ale trzeba moją książkę przeczytać, żeby wyłapać, jakie ma to znaczenie dla wydarzeń o 30 lat późniejszych niż walka z caratem. Dla mnie nie jest bez znaczenia, że Pierackiego wcześniej śledzono w Hotelu Europejskim. I w co była zawinięta bomba, dla niego przeznaczona. W papier z Cukierni Gajewskiego.
– Wciąż jeszcze działającej w naszych czasach…
– Po przyjeździe z Płocka zamieszkałem w Warszawie w kamienicy przy Marszałkowskiej 66, jednej z nielicznych, jakiej nie tknęła wojna. Zachowanej w zburzonym mieście. To pewnie bardziej niż data urodzenia, o którą Pan pytał, bo pokrywa się ze świętem narodowym, przyczyniło się do rozwoju moich zainteresowań. Wiele interesujących rzeczy znajdujemy w zasięgu ręki prawie. W Muzeum Woli prawie nikogo nie ma, a tam wiele można się dowiedzieć o losach dawnej robotniczej dzielnicy czy masakrze ludności dokonanej podczas Powstania Warszawskiego przez Niemców, największej zbrodni przeciw cywilom w całej II wojnie światowej. Przed wojną Warszawa nazywana była Paryżem Północy, ale inna prawda kryła się w jej podwórkach czy bramach. Wiele rzeczy da się przedstawić przez analogię, objaśnić, że Kercelak to był pewnie największy bazar Europy podobnie jak 30 lat temu Stadion Dziesięciolecia. Ale kto nawet tego drugiego nie pamięta, porównania nie zrozumie. Warto więc dbać o dogłębne odtworzenie szczegółów, zanim zanikną. Jajko wtedy kosztowało 7 groszy, a herbata była cztery razy droższa od kawy, dla przykładu. Ksawery, kapitan, legionista, weteran wojny z bolszewikami i mój bohater, zagląda do Bliklego, co istnieje także dzisiaj, ale też do klubu „Cordial” w Hotelu Savoy po którym śladu nie ma. A kiedy wpada do Cafe Clubu, nie wie jeszcze, że ten lokal w osiem lat później już jako “nur fur Deutsche” stanie się znany za sprawą zamachów, dokonanych przez Gwardię Ludową. Chce się to wszystko weryfikować, gdy towarzyszy temu ciekawa opowieść, taka dla ludzi przeznaczona. Sensy polityczne historii mniej na taką pieczołowitość zasługują. Na zabójstwie Bronisława Pierackiego skorzystały służby specjalne. Schorowany Józef Piłsudski dał się przekonać do utworzenia ośrodka odosobnienia w Berezie Kartuskiej, gdzie bez wyroku sądowego, na podstawie nakazu administracyjnego tylko, umieszczano odtąd komunistów, ukraińskich nacjonalistów i rodzimych oenerowców. Ludzie czytali wtedy masowo gazety, na których czołówkach znalazło się zabójstwo na Foksal, ale zapewne wielu zwykłych Polaków bardziej trapiły inne problemy: kończył się światowy kryzys gospodarczy, najbardziej przewlekle dotykający sektor rolny, a w tym samym 1934 roku w kraju miała miejsce katastrofalna powódź… Nie da się odtworzyć z matematyczną precyzją, co wtedy ludzie myśleli, możemy się tylko starać do tej prawdy przybliżyć…
[1] por. Muzy nie milkną, PNP 24.PL z 21 grudnia 2022
[2] Robert Bombała. “Śmierć na ulicy Foksal” (fragment), “Opinia” nr 47 (145) lato 2024, s. 229 i nast; Ł. Perzyna. Wprowadzenie do konspektu książki Roberta Bombały “Opinia” op. cit, s. 223 i nast; zob też ihoo.pl (strona internetowa Instytutu Historycznego Nurtu Niepodległościowego im. Andrzeja Ostoi-Owsianego; por. Pokażę Warszawę, której już nie ma. Rozmowa z R. Bombałą “Samorządność” nr 49, czerwiec 2020, s. 10
[3] Andrzej Micewski. W cieniu marszałka Piłsudskiego. Czytelnik, Warszawa 1969, s. 355