Węgierski łącznik

0
98

Dawny koordynator służb specjalnych w węgierskim lewicowym rządzie Adam Ficsor znalazł w Akcji Demokracja, szemranej inicjatywie, zakulisowo wspierającej rządzących obecnie w Polsce, kompanów do – posłużmy się grą słów – akcji, mającej demokrację u nas skompromitować. A w planie maksimum doprowadzić do anulowania wyborów prezydenckich. To, że nie Węgrzy intrygę wymyślili, wydaje się oczywiste. Raczej Kreml na niej zyska, niż Budapeszt.

Cała  afera z nielegalnie finansowanymi spotami wyborczymi z mediów społecznościowych (Facebook), niby to promującymi Rafała Trzaskowskiego, niewybrednie zaś atakującymi Karola Nawrockiego, który zresztą sam w kampanii w środkach nie przebiera, a przy okazji także Sławomira Mentzena – prezentuje się nader ponuro. Nie chodzi nawet o to, że szkodzi tym, których jakoby miała wzmocnić, wspomoże za to pozornie hejtowanych. Tym niech się martwią Trzaskowski i jego sztab. Gorzej, że może posłużyć za pretekst do unieważnienia demokratycznych wyborów prezydenckich w Polsce. Analogie z wcześniejszą kampanią w Rumunii nasuwają się same i zdaje się, że właśnie o nie chodziło.

Celem okazuje się ugruntowanie u części ceniących spokój wyborców przekonania, że w kwestii ważności głosowania nic złego nie nastąpi w jednym tylko wypadku. Pod warunkiem, że wygra je Nawrocki. Wtedy przecież żadna izba, złożona z “neosędziów”, wyborów nie anuluje. Bo po co miałaby to robić.

Perspektywa głosowania pod szantażem, byle tylko uniknąć zimnej wojny domowej i chaosu prawnego akurat na znanego z krzywdzenia seniorów kandydata Nawrockiego z pewnością jednak znanym z przekory ale i umiłowania wolności polskim wyborcom zdecydowanie nie odpowiada. Chodzi więc raczej o wzniecenie destabilizacji niż realny wpływ na ich werdykt. 

Ośrodek wiedeński robi swoje

Zleceniodawca nielegalnych spotów w imieniu swojej mającej siedzibę w Wiedniu firmy Estratos Digital, używającej też wcześniej nazwy Datadat, Adam Ficsor był w 2009 r. ministrem koordynatorem służb specjalnych w węgierskim socjaldemokratycznym rządzie Gordona Bajnaia. Kolejnym premierem po Bajnaiu został już Viktor Orban.

Co uderzające, funkcję ministra, nadzorującego specsłużby w rządzie Węgier, Adam Ficsor objął mając wtedy 29 lat. Co oznacza, że był albo wybitnie zdolny albo znakomicie ustosunkowany. Lewica węgierska, również po Janosu Kadarze, sekretarzującym partii przez 32 lata, nie stała się formacją młodzieniaszków. Tym łatwiej na prawicy zachwycił wszystkich Viktor Orban, kiedy jako 26-letni stypendysta George’a Sorosa i liberał publicznie zażądał wycofania wojsk radzieckich z Węgier.

Co również nie bez znaczenia, także sam Bajnai, zanim premierem został sprawował wysokie stanowisko menedżerskie w okresie 1995-2000 w firmie CA IB Securities, której nazwa określa domenę zainteresowań, nawet jeśli nominalnie jest to fundusz powiązany z wielkim, inwestującym i u nas bankiem francuskim. Gdy jako dynamiczny choć postkomunistyczny ”yuppie” funkcję tam obejmował, Gordon Bajnai liczył sobie 27 wiosen. Kolejny przykład błyskotliwej kariery, związanej również z sektorami siłowymi.

Współpracownik Ficsora w Estratosie Viktor Szigetvari uchodzi za mistrza negatywnej reklamy politycznej, a przynajmniej w takich właśnie kampaniach się specjalizuje. Pracował dla b. premiera Węgier Ferenca Gyurcsanya, ale jakoś mu nie pomógł, gdy ten został nagrany, jak w zamkniętym gronie przyznaje: kłamaliśmy rano, nocą  i wieczorem też. Ogłoszenie taśm, podobnie jak tych ze spelunki Sowa w Polsce, przyczyniło się do zmiany władzy. Po chlebodawcy Szigetvariego na czele rządu stanął dobrodziej jego obecnego wspólnika Bajnai. Po nim zaś Orban, najbardziej prokremlowski lider w całej Unii Europejskiej. Rosją rządził już wtedy Władimir Putin. Poszlak znajdujemy więc wiele, ale o dowody trudniej. 

Ekstradycję Ficsora do Polski można wykluczyć, bo to nie pirat drogowy, którego udało się dzięki uprzejmości szejków Adamowi Bodnarowi ściągnąć ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Zresztą Wiedeń zawsze, także podczas zimnej wojny, pozostawał rajem i azylem dla szpiegów. Nie twierdzę, że Ficsor nim jest. Tylko, że zna się na rzeczy. I nie o zysk komercyjny tu chodzi, bo Polska w branży marketingu politycznego nie stanowi rynku zbyt atrakcyjnego.

Tym bardziej więc warto przyjrzeć się polskim pomagierom “węgierskiego łącznika” w tej sprawie.

 Jak demokraci bezinteresownie pomogą uczciwe wybory unieważnić

Głównym dorobkiem życiowym Jakuba Kocjana.  prezesującego Akcji Demokracja, pozostaje na razie zdjęcie z Rafałem Trzaskowskim. A także drugie z wicepremierem Krzysztofem Gawkowskim. Pod listem w obronie ukraińskiej aktywistki Natalii Panczenko podpisał się obok m.in. Janiny Ochojskiej i Agnieszki Holland. Wiadomo też, że był – chociaż już nie jest – “asystentem społecznym” posłanki Koalicji Obywatelskiej Iwony Karolewskiej. 

Niełatwo zrozumieć, dlaczego wspomniana Karolewska nie została dotychczas nawet zawieszona przez Klub Parlamentarny Koalicji Obywatelskiej.

Co zastanawiające, Jakub Kocjan bywał gościem w warszawskiej ambasadzie Austrii.

Zaś przedstawiciele Akcji Demokracja tłumaczą się w specyficzny sposób. Wyrządzili przysługę austriacko-węgierskiej firmie, z którą współpracują w innych sprawach i udostępnili jej swoje kontakty. Poza tym nie mają nic wspólnego ze sprawą spotów, finansowanych nielegalnie, bo poza budżetem, a więc i przyszłym sprawozdaniem komitetu jakiegokolwiek oficjalnego kandydata na prezydenta. Każdy, kto wie, jak rzadko w działaniach podobnych NGO’sów pojawia się wątek bezinteresowności, wie, jak wątłe to wyjaśnienie. Nielegalnie na inkryminowane reklamy przedwyborcze wydano w całej tej aferze prawie pół miliona złotych. Nie przypisanych do limitu żadnej kampanii.

W niektórych relacjach pojawia się nagrywający te reklamówki osobnik nie mówiący słowa po polsku, a przedstawiany jako Amerykanin. Skąd wiadomo, że nie Anglik albo Kanadyjczyk? Mowa też o jakichś “Demokratach z USA”, współpracujących z wiedeńską firmą węgierskiego eks-ministra i dysponujących w niej pakietem kontrolnym. Wszystko to przypomina tandetne “political fiction”. Ale nie przestaje przez to być niebezpieczne.  Demokracje upadały często z błahych z pozoru powodów, zwłaszcza, jeśli nie samymi tylko przyjaciółmi były otoczone.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 12

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here