Mieszkańcy zdecydowali: prezydentem Krakowa w wyborach przed terminem został Łukasz Gibała (62 proc poparcia) po pokonaniu Moniki Piątkowskiej (38 proc). Krakowianie odrzucili – po odwołaniu w referendum poprzedniego włodarza Aleksandra Miszalskiego – kolejną ofertę, o której sile decydowała nie troska o miasto, lecz wsparcie ze stolicy.
Po zwycięstwie w Krakowie Łukasz Gibała nie tylko rozdawał obwarzanki przy Rondzie Mogilskim – co wcześniej w kampanii robił tak on, jak jego rywalka, tyle, że późniejszy wygrany wstawał wcześniej, więc był pierwszy – ale obiecał przywrócenie biletu 20-minutowego w komunikacji miejskiej oraz zadbanie o finanse miasta na tyle, by długi nie rosły. Zapowiedział też ochronę Doliny Prądnika. Pokazuje to przesłanki, dla których mieszkańcy go wskazali. Nie po to, żeby utrzeć nosa Donaldowi Tuskowi i koalicji rządzącej krajem. To były wybory samorządowe. Triumfalizm prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego nie znajduje oparcia w faktach, tym bardziej, że kandydat tej partii przepadł w pierwszej turze – i z Gibałą ani Piątkowską nawet nie powalczył.
Demokracja działa więc w tym sensie, że weryfikuje jej beneficjentów. W Krakowie najpierw Miszalski został odwołany pomimo poparcia Tuska. Potem przegrała też wspierana przez premiera Piątkowska, senator rządzącej Koalicji Obywatelskiej. Nie włączył się poważnie do gry w 1. turze rekomendowany przez Kaczyńskiego radny Michał Drewnicki.
Głosują mieszkańcy, a nie turyści
Demokracja działa, bo ludzie głosują.
Najpierw rozczarowali się politycy partii rządzącej, liczący na brak wymaganej frekwencji w referendum, więc samobójczo lansujący jego bojkot: udział mieszkańców okazał się wystarczający do ważności głosowania, zaś prezydent Miszalski zapłacił posadą za brak wiary w aktywność mieszkańców.
Potem, w 2. turze wyborów nowego włodarza, przy urnach pojawiło się 44 proc uprawnionych: sporo, jeśli zważyć, że wybory nie odbywały się nigdzie poza Krakowem, brakowało więc ogólnopolskiego podsycanego w przekazach klimatu “święta demokracji”: ludzi wyciągnięto z domów specjalnie po to, żeby zdecydowali, kto rządzić będzie miastem, a niemal połowie uprawnionych nie okazało się to wcale obojętne.
Mieszkańcy wiedzą, co robią, bo teraz – po referendum i dwóch turach dodatkowego głosowania – trudniej przyjdzie zwycięskiemu Gibale, czy radnym, w większości z przegranego przy urnach układu, lekceważyć ich interesy.
Wszyscy mają doskonały przykład, jak mści się przedkładanie potrzeb turystów czy deweloperów nad oczekiwania samych Krakowian. Często zżymamy się, że polityka jest niemoralna. Ale akurat najnowsza opowieść o Krakowie swój morał znajduje. Co nie przesądza jeszcze o jakości lokalnej prezydentury Łukasza Gibały. Wybrano go nie tylko dlatego, że mieszka w Krakowie a nie podwarszawskim Nadarzynie i że nie optował za nim premier obecny (jak za Piątkowską) ani były (za Drewnickim). Wykazał w kampanii, że lepiej od konkurentów pojmuje problemy miasta. Teraz przyjdzie mu udowodnić, że potrafi je rozwiązywać. Przed nim trzy lata do kolejnych wyborów, już w zwyczajnym terminie. Wieloletni gospodarz miasta Jacek Majchrowski (prezydent w latach 2002-24) wspierający teraz Piątkowską i niezbyt elegancko rozgłaszający, że Gibała kupił sobie Kraków (na referendum odwołujące przeznaczył 1,9 mln zł a i na kampanii nie oszczędzał) – zapowiada zaskakującą zmianę: nowy prezydent znajdzie większość w radzie miasta. Dadzą mu ją dotychczasowi uczestnicy koalicji rządzącej miastem (KO plus Lewica). Frazes o odzyskaniu Krakowa przez mieszkańców wsparty więc będzie siłą głosów. Gibała, choć filozof, pięknoduchem nie jest. Liczyć potrafi, co oddaje stan jego majątku, pomimo chaosu w obowiązkowych deklaracjach go opisujących.
Wynik z Krakowa, najbardziej istotny dla jego mieszkańców, co oczywiste, ważny pozostaje też dla Warszawy i Wrocławia. Nie z tego powodu, że tamtejsi włodarze wywodzą się z tego samego obozu politycznego: to wcale w podobny sposób nie działa. Tylko dlatego, że Rafał Trzaskowski i Jacek Sutryk nagrabili sobie gorzej, niż w Krakowie Aleksander Miszalski a pomysłów na swoje miasta mają… jeszcze mniej niż Monika Piątkowska.
Odwołanego Miszalskiemu obciążają eksperymenty kosztem mieszkańców przeprowadzane, za to żeby było modnie i ładnie, stąd takie gusła jak strefy czystego transportu i wolnego ruchu, przez zwyczajnych Krakowian odbierane jako szykana. Zwłaszcza, jeśli towarzyszyły im wysokie ceny biletów komunikacji miejskiej (Trzaskowski, choć z tej samej partii, chwalił się, że po stolicy jeździ się taniej) przy równoczesnych obłudnych zachętach do korzystania z transportu publicznego. Piątkowska jak się wydaje w ogóle nie rozumiała, że nie chodzi o parozłotowe różnice na jednym bilecie ani zakazy wjazdu, tylko o poczucie, że Krakowianie rugowani są z własnego miasta a ograniczenia dotykają mniej zamożnych. Na to godnościowe zapotrzebowanie odpowiedział milioner Łukasz Gibała. Wstawał wcześniej, o czym była już mowa. A jego kolejne posłowanie w barwach Platformy – obecnej Koalicji Obywatelskiej oraz Ruchu Janusza Palikota albo nie było nawet znane jego zwolennikom albo stało się argumentem, że skoro mandat na Wiejskiej sprawował, dogada się tam łatwiej w sprawie środków dla miasta. Za to próba szantażu ze strony Piątkowskiej – przestrzegającej, że ich akwizycję utrudni wybór kandydata opozycyjnego – obróciła się przeciwko niej.
Nieprawości Miszalskiego czy Piątkowskiej w roli kandydatki zajmują uwagę psychologów społecznych czy politologów, bo w swoich rolach oboje wbili sobie rekordową liczbę bramek samobójczych. Za to Trzaskowski w Warszawie stać się może celem zainteresowania śledczych… nie tylko dziennikarzy, skoro uznanie, że dymisja dwóch jego zastępczyń kończy temat afery w Szpitalu Południowym wydaje się wersją nader naiwną. Lekarz bez specjalizacji zarabiający 1,6 mln zł rocznie i dawny szef partyjnej młodzieżówki Koalicji Obywatelskiej Dawid K. ma już postawione zarzuty.
Szeroko rezonują słowa, jakie Dawid K. wypowiedział do swojej przełożonej, prezes Szpitala Południowego Anny Łukasik. – Pilnuję szpitala w imieniu Rafała Trzaskowskiego.
Jacek Sutryk obciążony jest jeszcze bardziej, bo afery we Wrocławiu stał się osobistym beneficjentem. Dyplom z Collegium Humanum służył mu do czerpania zysków z zasiadania w radach nadzorczych spółek, a pozyskany został w sposób prawo naruszający, drogą korupcyjnych usług wzajemnych. Dyrektorka wydziału komunikacji społecznej wrocławskiego ratusza Agata Dzikowska wydzwaniała do redakcji miejscowego oddziału TVP i szarogęsiła się tam. jakby nim zawiadywała. Blokowała niewygodne dla szefa i KO materiały.
Bacznie warto teraz śledzić – także w dosłownym tego słowa znaczeniu – co dziać się będzie zwłaszcza w Warszawie ale także we Wrocławiu. Skoro za sprawą mieszkańców Krakowa niemożliwe stało się możliwe.
Oczywiście zdarzało się już odwoływanie przed upływem kadencji prezydentów, jak w Łodzi o głośnym nazwisku (Jerzy Kropiwnicki) czy jak w Częstochowie identyfikowanych z przeprowadzoną za rządów Jerzego Buzka reformą samorządową (Tadeusz Wrona, szef Ligi Krajowej Miejskiej i Wiejskiej, emanacji AWS na szczeblu władzy lokalnej).
Zmiana w Krakowie ma jednak zupełnie inny format i wymiar.
Nie święci garnki lepią
Uwaga skupić się teraz powinna na zwycięzcy, pokonani odejdą teraz w niebyt, bo kto w kolejnych wyborach zaryzykuje wystawienie Piątkowskiej (pomijam możliwą jej reelekcję do Senatu), Drewnickiego czy Miszalskiego a trzecia w ogólnopolskich sondażach Konfederacja w wyniku niesnasek frakcyjnych owocujących sabotażem przy zbieraniu podpisów w ogóle kandydata na prezydenta Krakowa nie zarejestrowała.
Kluczowy dla oceny, co się zdarzyło w tę październikową niedzielę, pozostanie efekt. Czy społeczne samopoczucie mieszkańców się pogorszy czy poprawi. Nie dowiemy się tego z dnia na dzień.
Nie ma natomiast powodu, żeby się martwić, że w Krakowie mitem okazało się przeświadczenie, że kandydat spoza wielkich partii nie ma czego na tym wielkomiejskim szczeblu szukać. Mieszkańcy woleli znanego im spod Wawelu Gibałę niż oddelegowanych do roli włodarza nominatów. Samo w sobie nie wystawia to zwycięzcy certyfikatu jakości ani nawet świadectwa moralności. Stwarza mu jednak dogodną pozycję wyjściową.
Łukasz Gibała okazuje się postacią typową dla postpolityki jak tę fazę zwykle się określa. Wyrobiony medialnie, lawirujący między partiami za to kaptujący ich elektoraty, filozof z doktoratem mający duże pieniądze (prowadził firmę produkującą filamenty: wkłady do drukarek 3D), siostrzeniec nobliwego Jarosława Gowina ale populista, kiedy zyskuje się na takiej postawie ilekroć wie, kiedy ją przybrać – z powodzeniem łączy sprzeczne z pozoru role i kreacje. Warto go bacznie obserwować, to zapewne początek drogi, dla wielu stanie się przykładem do naśladowania. Dowiódł jeszcze jednego: nie święci garnki lepią. Przynajmniej w polskim samorządzie na jego wielkomiejskim szczeblu. Przestał działać tu mechanizm, że wszystko biorą tu zawsze partie polityczne: policzone, zważone, rozdzielone.
Dotychczas hasłem potrzebnej alternatywy dla partii politycznych posługiwali się nieudacznicy pokroju Bezpartyjnych Samorządowców, przezywanych też pożytecznymi idiotami PiS, co w 2023 r. w historycznym dniu 15 października w wyborach do Sejmu uzyskali… 1 proc poparcia. To był galimatias: nominalnie bezpartyjni założyli partię polityczną, organizowali konferencje prasowe, na które przychodził jeden tylko dziennikarz, chociaż z czasem i on przestał być o nich zawiadamiany, bo widać w niełaskę popadł; w dodatku walczyli o parlament nie samorząd, ze skutkiem już znanym.
Jednak Gibała temu, z czego inni robili farsę i burleskę, nadał znamiona powagi przynajmniej takiej, że po krakowskim wyniku (prezydentem został za czwartym podejściem) nikt go już niczyim, nawet PiS-u pożytecznym idiotą nie nazwie. Co więcej, jeśli nawet w trakcie zwycięskiej kampanii zobowiązania wobec partii Kaczyńskiego powziął, nie musi ich dotrzymywać. Wyborcy go z podobnego wiarołomstwa rozgrzeszą, zwłaszcza, że głosowała na Gibałę większość zwolenników kandydatki partii Razem Aleksandry Owcy z pierwszej tury.
Zwycięskiemu Gibale nie powinna się jednak marzyć kariera podobna do tej Szymona Hołowni, bo po pierwsze finał tej ostatniej jest znany, po drugie nowy prezydent zapewne przez osiem lat (trzy lata tej kadencji i pięć kolejnej) nie będzie mógł zostawić Krakowa dla niczego nieznanego lub wątpliwego. Podczas gdy Hołownia pozostaje urodzonym celebrytą, Gibale da się przypisać raczej co najwyżej pewną medialną zręczność. Trzeba też przyznać, że niektóre zarzuty stawiane mu przez niechętnych (w tym b. włodarza Majchrowskiego) uznać można raczej za pochwałę: choćby to, że nagminnie wydaje bezpłatne gazetki dla mieszkańców. Konkurenci też mogli to robić, czyż nie tak?
Czarny koń się objawił, ale zapewne nie zmieni polskiego życia politycznego, bo nie taki wydaje się jego zamiar. Rządzenie drugim miastem w Polsce, to i tak wiele. Długo o to walczył. Gibała, chociaż doktor filozofii, prochu raczej nie wymyśli. Wprawił już jednak w sporą konfuzję klasę polityczną. A wyborcom udowodnił, że jak chcą – nie muszą być skazani na szczupłość oferty tej ostatniej. Przełamanie nastąpiło, nie dokonuje się ono w kategoriach wzajemnych relacji pomiędzy partyjnymi skrótowcami, zwykle niezmiennymi od lat. Wyborca w demokracji zawsze ma rację. Zresztą z sondaży od dawna wynikało, co zdarzy się w Krakowie w tą wyborczą niedzielę. Aparaty partyjne już straciły. Cała reszta wciąż ma szansę na tym zyskać, a jak słusznie powtarza się w kolejnych kampaniach, 99 procent społeczeństwa stanowią bezpartyjni. Tym razem pod Wawelem objawiła się więc zupełnie nie mityczna milcząca większość.
[1] por. Marcin Czekaj. Była prezes Szpitala Południowego przerwała milczenie… Interia.pl z 4 sierpnia 2026
