Skazanie Krzysztofa Kwiatkowskiego, senatora Koalicji Obywatelskiej za domniemane ustawianie konkursów na stanowiska, gdy prezesował Najwyższej Izbie Kontroli, ma dodatkowo istotny aspekt: skłoniło obecną władzę do przyznania, że wymiar sprawiedliwości nie działa jak należy. A przecież miała dwa lata, by go naprawić po rządach Zbigniewa Ziobry. Dalece bardziej dotkliwe okaże się na pewno objęcie prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka aktem oskarżenia w sprawie korupcji w aferze Collegium Humanum. Jego w roli poszkodowanego raczej przedstawić się nie uda.
Czujnością w sprawie Sutryka nie wykazał się sam Donald Tusk, który lekkomyślnie poparł go przed ubiegłorocznymi wyborami samorządowymi, chociaż już wtedy liczne jego naganne zachowania pozostawały znane. W tym publicznie objawiana w sieci pogarda wobec mieszkańców, jeśli włodarza krytykowali. Premier mógł zdecydować inaczej, skoro przeciwko Sutrykowi wystartowała popularna we Wrocławiu Izabela Bodnar z sojuszniczej Polski 2050.
Pomimo faktu, że Tusk poparł urzędującego prezydenta miasta, na rywalkę Sutryka zagłosował w drugiej turze co trzeci wrocławianin. W dodatku posłanka Izabela Bodnar wypisała się późnej z klubu Polski 2050 i zbliżyła do Koalicji Obywatelskiej, co wskazuje, że ewentualne poparcie dla niej nie łączyło się z żadnym ryzykiem. Ale go nie otrzymała. Premier ma więc teraz problem, który sam sobie stworzył.
Plama na honorze demokratycznego Wrocławia
Afera z udziałem Sutryka, owocująca aktem oskarżenia, wiele może kosztować rządzących krajem. Z perspektywy Koalicji Obywatelskiej Wrocław nie jest zwykłym miastem. Miejscowi zwykle głosowali tam na Platformę Obywatelską, nawet jeśli w wyborach samorządowych zwyciężał wiele razy Rafał Dutkiewicz jako niezależny, to we wszystkich innych PO a potem KO mogła na wrocławian liczyć. Teraz okazuje się, że poparty przez nią prezydent dawał zarobić rektorowi Collegium Humanum w miejskich firmach w zamian za własny, uzyskany bez studiów dyplom. Dzięki któremu z kolei sam mógł wyciągnąć spore pieniądze (prawie ćwierć miliona złotych) za zasiadanie w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa.
Stawia to Sutryka w jednym rzędzie z objętym również aktem oskarżenia wieloletnim eurodeputowanym Prawa i Sprawiedliwości Ryszardem Czarneckim. Ich spotkanie na ławie oskarżonych przemówi do wyobraźni i zrodzi oczywiste koszty nie dla PiS, lecz dla KO. W aferę zamieszani są jeszcze inni politycy m.in. kolejny b. europoseł PiS Karol Karski czy dawny rzecznik prezydenta Andrzeja Dudy – Błażej Spychalski. Żaden z nich nie rządzi jednak trzecim miastem w Polsce, symbolem rozwoju i sukcesu.
Znacznie lepszą reputację od Sutryka a także niekwestionowane zasługi dla demokracji (jego głos w Senacie poprzedniej kadencji umożliwił sformowanie większości z udziałem KO, Nowej Lewicy i Polskiego Stronnictwa Ludowego) – ma Krzysztof Kwiatkowski. Tyle, że został już skazany, chociaż na razie tylko w pierwszej instancji, za ustawianie konkursów w czasie, gdy przed laty prezesował Najwyższej Izbie Kontroli. Przyszłe odrzucenie apelacji oznacza koniec politycznej kariery Kwiatkowskiego, który za pierwszych rządów Tuska był u niego ministrem sprawiedliwości. Skazanie prawomocnym wyrokiem za przestępstwo umyślne równa się automatycznie utracie mandatu.
Dostrzegą problem dopiero, gdy dotknie senatora
Przy okazji nieprawomocnego wyroku na Kwiatkowskiego (osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata plus grzywna), sam senator i inni politycy Koalicji Obywatelskiej zmuszeni byli przyznać, że polski wymiar sprawiedliwości również za ich rządów wcale nie działa idealnie. Co od dawna zresztą powtarzają zwyczajni ludzie: obywatele, klienci sądów, podatnicy. Okazuje się, że i władza teraz zaczęła o tym mówić, gdy odczuła, że budzące sprzeciw praktyki dotknęły jednego ze swoich.
Senator Kwiatkowski został skazany na podstawie materiału dowodowego w postaci stenogramów zmontowanych nagrań podsłuchanych rozmów, których oryginały zaginęły. Oczywiście za pisowskich rządów. Nagrań jakimi sąd dysponował, nie odsłuchał, wystarczyły mu ich stenogramy. Zarazem okazało się, że sędzia nie została wyłączona ze sprawy, chociaż jej mąż pozostaje w innym, korporacyjnym postępowaniu obrońcą byłego pisowskiego wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebiaka, który zresztą na rozprawy dot. senatora ostentacyjnie przychodził… jako publiczność.
Kafkowska z lekka wizja procesu Kwiatkowskiego, powielana przez niego samego i jego obrońców w politycznym a nie prawnym tego słowa znaczeniu pokrywa się z odczuciami wielu zwykłych klientów wymiaru sprawiedliwości. I wiąże z oczywistą refleksją: przecież władza miała dwa lata na to, by podobne praktyki z sądów wyeliminować.
W obu sprawach – byłego prezesa NIK senatora Krzysztofa Kwiatkowskiego oraz rządzącego od siedmiu lat Wrocławiem Jacka Sutryka i jego licznych współoskarżonych – wypada wierzyć w niezawisłość sądów kolejnych instancji, gdy będą je rozstrzygać. Ale nie tylko do werdyktu, zerojedynkowego: winien-niewinny, sprowadza się problem. Władza przekonała się teraz naocznie, z jak misterną materią ma do czynienia i jakie demony wyłażą z sądowych kątów. Znaczące, że media głównego nurtu koniecznie potrzebują prominenta – jakoby pokrzywdzonego lub przynajmniej sensacyjnie oskarżonego w szokującym towarzystwie, żeby to stwierdzić.