Polacy za jawnością i suwerennością
O tym, że Włodzimierz Czarzasty powinien odejść ze stanowiska marszałka Sejmu przekonanych jest więcej Polaków, niż uważa, że powinien nim pozostać. Z drugiej strony prawie połowa z nas krytycznie ocenia zerwanie z nim kontaktów przez ambasadora USA Toma Rose’a, a tylko mniej niż jedna czwarta postawę Amerykanina aprobuje.
To z pozoru tylko sprzeczny wynik dwóch przeprowadzonych w jednym czasie sondaży tego samego ośrodka badania opinii publicznej. Konkluzja bowiem okazuje się całkiem logiczna: Czarzasty ma jej poparcie, kiedy sprzeciwia się naciskowi Amerykanów w kwestii poparcia przyznania Pokojowej Nagrody Nobla Donaldowi Trumpowi. Surowo natomiast Polacy oceniają marszałka Sejmu za jego kontakty biznesowe z rosyjską businesswoman bliską tamtejszemu sektorowi państwowemu Swietłaną Czestnych, nawiązane i pielęgnowane zanim obecną funkcję objął.
Nie ma sprzeczności, bo przedmiotem oceny były tu konkretne kwestie: amerykański bojkot drugiej osoby w polskim państwie i zdolność czy potrzeba dalszego sprawowania przez marszałka jego funkcji. Ten drugi problem jak widać postrzegany jest w kontekście ryzykownych kontaktów biznesowych Czarzastego na kierunku wschodnim.
Zwykli ludzie wiedzą, czym się w ocenach kierują. A politycy?
W obu wypadkach Polacy konsekwentnie i logicznie optują za szeroką suwerennością państwa. Szkodzi jej zarówno amerykański bojkot drugiej osoby w państwie z błahych przyczyn, jak opór Czarzastego przed ujawnieniem wszystkich okoliczności interesów, jakie prowadził ze Swietłaną Czestnych i jej zapleczem putinowsko-rządowym.
Jeśli o szczegóły chodzi, okazują się tak jednoznaczne, że aż dziw bierze, iż nikt dotychczas obu sondaży nie zostawiał. Jasna bowiem płynie z nich nauka.
Decyzję ambasadora USA Toma Rose’a o zerwaniu kontaktów z marszałkiem polskiego Sejmu Włodzimierzem Czarzastym pozytywnie ocenia 23,5 proc zapytanych, a więc mniej, niż w partyjnych sondażach popiera Prawo i Sprawiedliwość. Za to krytycznie do amerykańskiego bojkotu odnosi się aż 45 proc z nas [1].
36 proc Polaków uważa, że Czarzasty powinien być odwołany z funkcji marszałka Sejmu, sprzeciwia się temu 34 proc, pozostali nie mają zdania w tej kwestii [2].
Egotyzm polskich polityków, właściwy zarówno Włodzimierzowi Czarzastemu jak premierowi Donaldowi Tuskowi i w oczywisty sposób cechujący prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – szkodzi niewątpliwie rzetelnej ocenie przez nich społecznych postaw i zachowań oraz wyciąganiu z nich wniosków. Paradoksalnie, chociaż chory i hospitalizowany – najszybciej zareagował w tej sprawie Kaczyński. Prezes PiS powściągnął ataki podwładnych na Czarzastego za to, że stawia się Amerykanom i zarazem polecił im je wzmocnić w innej kwestii: relacji biznesowych wokół Hotelu Mościcki w Spale z Rosjanką Czestnych i jej domniemanymi mocodawcami.
Niedźwiedzia przysługa ambasadora
Nie oznacza to wcale, że PiS i wywodzący się z tej partii prezydent Karol Nawrocki okażą się głównymi beneficjentami obecnego kryzysu. Ma on bowiem zbyt wiele wymiarów, by już teraz o jego bilansie wyrokować.
PiS zyska być może na zmianie akcentów, jeśli o ataki na Czarzastego chodzi. Straci natomiast niechybnie na ujawnieniu faktu sondowania przez Amerykanów możliwości zbudowania koalicji rządowej z udziałem PiS i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Bo to znowu wtrącanie się w polskie sprawy.
Z kolei Tusk straci zapewne na innej ingerencji Amerykanów: publicznemu głoszeniu przez ambasadora Toma Rose’a, że włączenie Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej do przyszłej koalicji rządowej zaszkodzi stosunkom Polski ze Stanami Zjednoczonymi. Dziś wydaje się to oświadczenie dogodnym paliwem dla obecnie sprawujących władzę. Na dłuższą metę okaże się, że na enuncjacjach ambasadora raczej oni stracą, bo słowa Rose’a wykraczają poza zasady przyzwoitości respektowane zwykle w dyplomacji, gdzie szanuje się prawo partnera do powołania rządu w sposób w miarę zgodny z wolą wyborców. Być może najwięcej zyska na tym Braun, a PiS otrzyma doskonałe alibi do kombinowania z nim, które nie wzbudzi sprzeciwu jego własnego elektoratu. Bo skoro Amerykanie zabronili, pokażemy im, że robimy po swojemu…W tym wypadku okaże się, że Tom Rose oddał niedźwiedzią przysługę polskiej demokracji, nawet jeśli wcale nie taka była intencja amerykańskiego ambasadora…
Mocarne stworzenie w składzie porcelany
Jednak gdy bacznie prześledzi się jego słowa, mówić można nie tyle o wejściu smoka, co raczej wejściu słonia ze strony przedstawiciela USA w Warszawie. I to do składu porcelany. Skoro o niedźwiedziu i jego przysługach była już tu mowa, nie od rzeczy przypomnieć, że właśnie słoń pozostaje od 150 lat symbolem Partii Republikańskiej, z której wywodzi się obecnie rządząca Stanami Zjednoczonymi ekipa, w tym bezpośredni zwierzchnik Rose’a sekretarz stanu Marco Rubio, odpowiednik ministra spraw zagranicznych. Warto oczywiście pamiętać, że amerykańskie bestiarium polityczne znacznie na emblematycznym poziomie różni się od polskiego. Symbolem Partii Demokratycznej jest tam bowiem osioł, zwierzę u nas kojarzone z głupotą, a przez Amerykanów postrzegane jako pracowite, wytrwałe i przydatne człowiekowi. Osła tam cenią za silną wolę i dążenie do celu, zaś słonia, który w Ameryce tylko w ZOO występuje oczywiście nie za delikatność ani kurtuazję, lecz za moc i odwagę.
Odłóżmy jednak żarty na bok, gdy padają ważkie słowa. Jak te wypowiedziane przez szefa warszawskiej placówki USA Toma Rose’a dla “Rzeczpospolitej”:
Ambasador indagowany o przyszły udział Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej w rządzie, odpowiada: “Dla nas byłby to poważny problem (..). Braun jest jednak bardzo antyamerykański (..). Byłoby trudno coś podobnego zaakceptować”.[3].
Niezależnie od faktu, jak duże zagrożenie stanowi Braun na razie dla przyjaznego obrazu Polski w wolnym świecie i jak dalece wzrost poparcia dla jego partii przyczynia się do zacierania rąk przez decydentów na wschodzie – rolą Stanów Zjednoczonych nie jest na pewno akceptowanie rządów krajów sojuszniczych.
Zaś fakt, że na razie przekazy telewizyjne z płonących ulic Minneapolis pokazują, że to Ameryka ma teraz kłopot z demokracją, nie Polska – nie musi mieć dla tej sprawy rozstrzygającego znaczenia. Jak się wydaje, polska opinia publiczna orientuje się w tych wszystkich zawiłościach bez porównania lepiej, niż rodzimi politycy.
[1] badanie SW Research dla Onetu z 11 lutego 2026
[2] sondaż SW Research dla Wprost z lutego 2026
[3] Ambasador USA dla “Rzeczpospolitej”… Rozm. Jędrzej Bielecki rp.pl z 10 lutego 2026
