Zaklinacze deszczu, jak uczy nas mądra etnografia, najczęściej kończą do suchej nitki przemoczeni. Wszelka polemika ze sposobem pojmowania polityki i Polski przez Grzegorza Brauna toczyć się powinna w taki sposób, by nie obrażała 1,2 miliona jego wyborców. W każdym innym wypadku – zwielokrotni tylko ich szeregi. A Sławomir Mentzen ma tych wyborców jeszcze więcej – 2,9 mln. Tylu, co ludności średnie województwo w Polsce.

Szamani budowali swój autorytet wśród plemion indiańskich – gdzie niejeden z nich znaczył więcej od wodza – na niezawodnej skuteczności celebrowanego przez siebie, a życiodajnego dla ich społeczności, tańca “przybądź bizonie”. W dobrych dla Indian amerykańskich czasach liczne i ogromne stada tych zbliżonych do naszego żubra ssaków przemierzały prerie. Tańczono więc pod wodzą szamana, dopóki któreś z nich nie pojawiło się w pobliżu. Kiedy czujki doniosły, że przybyło – myśliwi ruszali na polowanie i mieli czym nakarmić swoje squaw i potomstwo, a nawet psy, w tej społeczności jako pożyteczne niezmiernie dobrze traktowane. Problem pojawił się, gdy przybyli zza Oceanu biali ludzie przetrzebili stada. Zabijali bizony nie dla skór i mięsa, ale tylko dla trofeów i niskiej przyjemności.

Szamani inicjowali więc swoje korowody nadaremno. Tak upadł ich autorytet mędrców i liderów społeczności. To jedna z przyczyn fatalnego losu rdzennych mieszkańców Ameryki, których prawnuki dziś jeszcze w rezerwatach kończą zwykle edukację na szkole podstawowej, a trudnią się po niej wyrabianiem etnicznych gadżetów dla potomków zwycięskich zdobywców.    

Zanim żubry nas zadepczą

Zaklinaniem rzeczywistości bawią się dziś – w tym wypadku raczej, by stado żubrów odegnać niż zwabić, co oczywiste – liczni rodzimi demokraci, przestraszeni zwyżką sondażowej popularności obu Konfederacji: Brauna i Mentzena, wykraczającą dalece poza podane w pierwszych słowach tego artykułu liczby, odnoszące się do miernika najpewniejszego, jakim pozostaje poparcie w wyborach prezydenckich w maju 2025 r.

Uznawanie Brauna i Mentzena za wcielenia zła samego w sobie okazuje się fałszem podobnym jak przed ćwierćwieczem pryncypialna krucjata przeciwko Samoobronie Andrzeja Leppera przy równoczesnym tolerowaniu w salonach postkomunistów, nawet jeśli Sojusz Lewicy Demokratycznej stosował w demokratycznych już warunkach metody równie naganne i paskudne jak jego partia-matka PZPR przed 1989 rokiem. A czynił to, czego dowodzą afera Lwa Rywina i Świętokrzyska czy sposób działania protegowanych tej formacji (od Jacka Snopkiewicza i Karola Sawickiego po Milana Suboticia co dziennikarzom Teleexpressu kazał się bawić w knajpie z gangsterami) w TVP. 

Kto wyhodował stadko Frankensteinów

Wysoka i w znacznej mierze – przyznać to trzeba – brudna fala obu Konfederacji nie jest zjawiskiem samym w sobie, lecz efektem porażki PiS w 2023 r. i oddania władzy przez tę partię. Skoro narracja Jarosława Kaczyńskiego przestała być skuteczna, ci co czują się skrzywdzeni i poniżeni poszukali lepszej a w wypadku młodych wyborców fajniejszej. 

Zaś dojście Prawa I Sprawiedliwości do układu rządowego, najpierw w 2005 potem w 2015 r. stało się w znacznej mierze efektem hołubienia przez formację demokratyczno-liberalną pisowskiej świadomości jako alternatywy dla silniejszej wcześniej, a przy tym cywilizowanej i reformatorskiej (nowy podział wojewódzki i demokracja samorządowa to jej zasługa) Akcji Wyborczej Solidarność.

Pamiętamy, jak Piotr Zaremba z partyjnego “Nowego Państwa”, współautor wywiadu-rzeki z braćmi Kaczyńskimi pisanego na kolanach jakby to Pana Boga malował niezrównany Jan Styka – mądrzył się na łamach “Gazety Wyborczej” chętnie tam do komentowania zapraszany. W tym samym czasie dawny założyciel tegoż pisma Grzegorz Lindenberg publicznie cieszył się w studiu telewizyjnym z upadku “Życia” Tomasza Wołka bardziej niż tylko formację reprezentującego umiarkowaną myśl centroprawicową. 

Codzienna gazeta Wołka padła ofiarą biznesowej intrygi na pograniczu afery, jej charyzmatycznego redaktora naczelnego zastąpił anemiczny i bezwolny Paweł Fąfara, pozostający przedmiotem niezliczonych żartów środowiskowych (gdy wcześniej był zastępcą Wołka, do jego obowiązków należało dbanie, aby pracownicy pisma na czas zrobili obowiązkowe badania lekarskie i w potocznej opinii do tego najlepiej się nadawał). Cywilizowaną prawicę cięto wówczas równo z trawą, hodowano za to tę, co przypominała jej karykaturę rodem z najbardziej zapiekłych broszur marksistowsko-leninowskich. Bossowie z Czerskiej (siedziba Agory, co wydaje “Wyborczą”) i Wiertniczej (adres TVN) prostodusznie uznawali, że z tą drugą łatwiej sobie poradzą, ponieważ jest niemądra. Przeliczyli się. Bo czasem nie na mądrość się głosuje, lecz za zmianą.

Sami więc wszystkie te potwory wyhodowali, jak dowiódł rok 2015 (podwójne zwycięstwo wyborcze PiS), poprzedzony aferą z taśmami ze spelunki Sowa, gdzie prominenci obecnej Koalicji Obywatelskiej po alkoholowym dopingu wygadywali rzeczy niegodziwe i gorszące – oraz ten, który właśnie się kończy, kiedy to w drugiej turze wyborów prezydenckich nastąpiło złowrogie dla liberalnej demokracji połączenie elektoratów Karola Nawrockiego, Brauna i Mentzena. Tyle, że mleko nie rozlało się jeszcze do końca. Jesteśmy dopiero w pół drogi. Rządzi wciąż koalicja o dumnej nazwie wywodzącej się od 15 października, daty najpoważniejszego od lata 1980 r. przebudzenia obywatelskiego w Polsce. Frekwencja w tamtych wyborach z 2023 r. przewyższyła nawet obecność przy urnach 4 czerwca 1989 r. (74 proc wobec raptem 62!). Jest więc o co walczyć.

Receptę znajduję paradoksalnie na łamach wcześniej w moim artykule krytykowanej “Gazety Wyborczej”, bo nie tylko szamanów ona drukuje. Również roztropnych profesorów. Co, synem rozumnego profesora pozostając (Ojcu mojemu Jan Józef Lipski proponował w 1976 r. w gmachu Instytutu Podstawowych Problemów Techniki PAN przystąpienie do KOR; nie dogadali się, bo poszło o stalinowskie zaangażowanie innych sygnatariuszy, co zrozumiałe, skoro przyszły profesor termodynamiki Piotr Perzyna nie przyjęty w 1950 r. na Politechnikę Warszawską pomimo trzeciej lokaty na egzaminie wstępnym, potem przez rok niewolniczo budował Nową Hutę w ramach przymusowego zaciągu do Służby Polsce) – doceniam, zwłaszcza, że zawsze miło pochwalić własne dawne miejsce pracy (z 1990 i 1992 roku). Ad rem jednak…      

Czesław Sikorski, emerytowany profesor Uniwersytetu Łódzkiego radzi na łamach “Gazety Wyborczej”, żeby przeciwstawić się: “(..) praniu mózgów. Nie ulega wątpliwości, że sposobem najbardziej skutecznym, choć wymagającym największego wysiłku, jest przeciwdziałanie poczuciu krzywdy, niesprawiedliwości różnych grup społecznych, które czyni je otwartymi na prawicową manipulację. Chodzi więc o ścisły kontakt przedstawicieli władzy z grupami społecznymi, w których ludzie mają poczucie wykluczenia i lekceważenia swoich aspiracji. Słuchanie ludzi i zaspokajanie ich potrzeb, a przynajmniej jasne tłumaczenie powodów, dla których nie mogą być w pełni zaspokojone, to jedyna droga, aby ograniczyć skuteczność fałszywej narracji (..)”  [1]. Czwartej władzy zresztą też ten imperatyw dotyczy. Aby potem nie skamlała, że Jacek Kurski znów staje na czele TVP a szefowie spółek Skarbu Państwa wynajmują detektywów, by inwigilować dziennikarzy śledczych. Zapobiec temu może tylko nie dopuszczenie do powrotu partii Kaczyńskiego do władzy. Postulaty wielu grup społecznych da się spełnić, skoro właśnie rozsypuje się Zielony Ład unijny jako projekt nieżyciowy i napędzający zysków chińskiej konkurencji. Podobnie ma się rzecz z patologią masowego przyjmowania fałszywych uchodźców, na czym z kolei korzystają podsyłające ich nam reżimy rosyjski i białoruski. Presja Brukseli maleje, bo ona sama w strachu. Zwiększa się pole do działania. Lepiej zawczasu wziąć się do pracy.

Walczyć warto, byle nie po omacku

Nie za późno wcale, by zacząć to robić. Do wyborów pozostaje przecież ponad półtora roku. Mniej więcej podobnego czasu potrzebował Józef Piłsudski, by przejąć władzę po zaborcach, rozpisać demokratyczne wybory do Sejmu i odegnać bolszewików spod Warszawy. A w bliższych nam czasach mec. Jan Olszewski wykorzystał jako premier pół roku zaledwie, by osiągnąć pierwszy po zmianie ustroju wzrost gospodarczy (dla wielu dowód, że warto było porzucić socjalizm realny) oraz wyznaczyć euroatlantycki kierunek polskiej dyplomacji i polityki bezpieczeństwa narodowego. Wystarczyło, bo premier-Mecenas dobrał sobie znakomitych współpracowników, z rozmaitych tradycji i szkół myślenia się wywodzących.

Jak ministrowie: finansów Andrzej Olechowski i pracy Jerzy Kropiwnicki, główny doradca ekonomiczny Dariusz Grabowski czy wiceminister obrony narodowej Radosław Sikorski, wtedy zajadle atakowany przez “Gazetę Wyborczą”, chociaż najrozumniejszy z polemistów Edward Krzemień bezstronnie przyznawał, że czas takich jak on nadejdzie. Aczkolwiek nie wiemy, czy kiedy pisał, że niebawem Europą rządzić będą koledzy Radka ze stypendium w Oksfordzie – miał na myśli konkretnie jednego z nich, autora znakomitej zresztą i wnikliwej pracy dyplomowej o polskiej Solidarności, Węgra Viktora Orbana…         

Nie pojawi się znienacka wiedźmin Geralt, co jak w sadze niedoścignionego Andrzeja Sapkowskiego i jej ekranizacjach za nas potwory poskromi. I nawet zapłaty nie zażąda, kontentując się tym, że odniesione rany opatrzą mu empatyczne mniszki. Z kolei u Zbigniewa Herberta Pan Cogito ze swoim potworem walczy desperacko i na ślepo. Wychodzi na jego poszukiwanie, nie znajduje, chociaż gotów pozostaje do walki. Wiersz ten jednak powstał przed ponad półwieczem, kiedy komunizm wielu wydawał się ustrojem danym nam – czy ściślej nadanym niczym aleksandryjska konstytucja Królestwa Polskiego z pierwszej ćwiartki XIX wieku –  na zawsze. Teraz nakaz chwili wydaje się brzmieć: walczyć warto, ale roztropnie.        

Zasadna wydaje się lekarska dewiza: primum non nocere, po pierwsze nie szkodzić. Medycy wierność jej przysięgają od czasów Hipokratesa. Kto chce uzdrawiać życie publiczne, ten musi ją wziąć pod uwagę. W walce na inwektywy toczonej, zwolennicy demokracji nie wygrają z jej oponentami, za to zrażą wielu potencjalnych sprzymierzeńców. Nie ma wroga wśród ludzi dobrej woli, chciałoby się powiedzieć. A tego, że ludzi dobrej woli jest więcej, uczył nas znakomity Czesław Niemen. Pamiętam, jak słuchałem go po raz ostatni w Pałacu Kultury, na koncercie z którego dochód przeznaczono w 100 proc na pomoc poszkodowanym w trakcie Powodzi Stulecia (1997 r.). Organizowała go demokratyczna centroprawica, a konkretnie Akcja Wyborcza Solidarność, która niedługo potem wygrała wybory, bo ówczesny postkomunistyczny premier Włodzimierz Cimoszewicz poniewczasie radził powodzianom, by się ubezpieczyli, o czym też pamiętać warto… 

[1] Czesław Sikorski. Irytująca uległość demokratów wobec ciemnogrodu. “Gazeta Wyborcza” z 19 grudnia 2025

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 2

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here