W polskiej polityce siły centrowe już nie tyle się kurczą, co zanikają. Gdyby wynik przyszłych wyborów okazał się podobny, co niedawnego sondażu Opinii 24 – to wzajemnie spolaryzowane jak nigdy przedtem KO i PiS reprezentowałyby w Sejmie umiarkowane centrum, z jednej strony mając obie Konfederacje (Mentzena i Brauna), z drugiej zaś kilkuosobowe i bez znaczenia koło posłów Lewicy. To nie żart, lecz konkluzja ze świeżego badania opinii publicznej.
Co więcej, to radykałowie – w tym wypadku z prawa, nie z lewa – dysponują wtedy złotą akcją, czyli poprzez wybór koalicjanta decydują, kto rządzi Polską.
Do Sejmu nie weszliby bowiem faktyczni zwycięzcy poprzednich wyborów z 15 października 2023 r, których dopiero trzeci arytmetycznie ale kluczowy dla rozstrzygnięć 14-procentowy wtedy wynik przesądził o odsunięciu Prawa i Sprawiedliwości od władzy, bo sama Koalicja Obywatelska ani nawet wspólnie z Lewicą nie były w stanie tego zrobić: startujące wówczas razem pod marką Trzeciej Drogi, Polska 2050 i Polskie Stronnictwo Ludowe, chociaż pierwsza z tych partii ma marszałka Sejmu Szymona Hołownię, do kolejnego już by nie weszły, idąc osobno po ogłoszonym przez ludowców rozwodzie. Ale też o końcu Trzeciej Drogi postanowiono dlatego, że w sondażach poparcie dla niej nie sięgało przewidzianych dla koalicji 8 proc, pozwalających na obecność w kolejnym Sejmie. Teraz formacja Hołowni ani PSL nie potrafiłyby samodzielnie pokonać niższego progu pięcioprocentowego wymaganego dla partii. I tak koło się zamyka.
Co powie Michnik, gdy Braun zostanie wicepremierem
Jak się wydaje medialne zaplecze Koalicji Obywatelskiej – od nie przebierającej w środkach “naszej telewizji” TVN po bardziej subtelną “Gazetę Wyborczą”, przy czym różnica dotyczy używania przez pierwszy z tych środków przekazu cepa, a drugi raczej skalpela, ale nie celu operacji – poprzez ataki na PSL i jego prezesa Władysława Kosiniaka-Kamysza za umiarkowane podejście do postulowanych przez radykałów z lewicy zmian regulacji aborcyjnych i w innych kwestiach obyczajowych, zaś na Szymona Hołownię za rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim – przyczynia się do stopniowego wyzerowania sojuszników tak przez siebie ulubionego i cenionego Donalda Tuska. Co może przesądzić o tym, że w kolejnej kadencji obecny premier, pełniący tę funkcję przez czas rekordowy w historii polskiej demokracji – będzie mógł zostać już tylko liderem opozycji parlamentarnej. Ze względu na brak partnerów do sojuszu. Całkiem jak PiS jesienią 2023 r.
Żaden sondaż nie jest oczywiście wyrocznią, jak uczą nas socjologowie każde badanie opinii publicznej stanowi tylko fotografię nastrojów społecznych, w chwili, gdy jest przeprowadzane, nie zaś politologiczną prognozę na przyszłość. Efekt, o jakim była przed chwilą mowa, rejestrują jednak notowania wszystkich ważniejszych ośrodków demoskopijnych. Dla przykładu w najnowszym z nich liderują zgodnie na co dzień mocno skłócone: Koalicja Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość, każde z poparciem po 29 proc społeczeństwa. Gdyby wybory odbywały się już teraz, 15 proc z nas zagłosowałoby na Konfederację Sławomira Mentzena zaś 6 proc na jej imienniczkę z dodatkiem: Korony Polskiej, kierowaną przez Grzegorza Brauna. Zaledwie 5 proc na Lewicę, o czym była już mowa. Podobnie jak o losie Polski 2050 (mniej niż 5 proc), Partii Razem (niecałe 4 proc) oraz PSL (niespełna 2 proc), które znalazłyby się poza przyszłym Sejmem, chociaż każde z nich ma posłów w obecnym [1]. Do wyborów pozostały ponad dwa lata, jeśli jednak obecna tendencja się utrzyma, kiedy ten czas upłynie, będziemy mogli zadawać sobie oczywiste pytanie.
Co powie Adam Michnik, kiedy o tym, kto ma rządzić Polską, decydować będzie Grzegorz Braun. Ze świadomością, że do podobnego stanu rzeczy przyczynili się publicyści “Gazety Wyborczej”, kiedy jak na komendę w artykułach na jej łamach i w studiach telewizji także subtelniejszych od wspomnianej już TVN – dojeżdżali i rozjeżdżali Hołownię i Kosiniaka-Kamysza oraz wszystkich, co nie uważają Tuska za proroka ani kwestii imigrantów, których powinniśmy wraz z Agnieszką Holland chlebem i solą witać, gdy nam ich podsyła przez zieloną granicę znany z zamiłowania do praw człowieka białoruski lider Aleksander Łukaszenka, za najpoważniejszy społeczny problem Polski. Przy czym entuzjastom podobnej narracji wcale nie daje do myślenia, że sam Tusk, jak na pragmatycznego polityka przystało uszczelnia granice, zamiast dbać o dobrostan wciskanych nam przez miński reżim lub niemieckich biurokratów nieproszonych gości.
Zaś w kwestii aborcji niedoskonały ale jednak kompromis obowiązujący przez ćwierćwiecze, do którego odwołują się Kosiniak-Kamysz i Hołownia, wynegocjowany został przed laty przez ulubieńców “Wyborczej”: Stefana Niesiołowskiego i nieżyjącego już Bronisława Geremka, naruszony zaś za rządów PiS przez niesławną wykładnię Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej, przezywanej nie tylko przez prawników “kucharką Jarosława Kaczyńskiego”. Pisowscy sędziowie wspomniany kompromis aborcyjny zniweczyli, na rzecz regulacji, zmuszających kobiety do rodzenia dzieci niezdolnych do samodzielnego życia. W tej sytuacji powrót do sytuacji sprzed decyzji TK okazuje się wyrazem przyzwoitości ale i zdrowego rozsądku. Tym bardziej, że wcale tego otwarcie nie wykluczył prezydent elekt Karol Nawrocki. Oczywiste za to, że zawetuje każdą próbę legalizacji “aborcji na życzenie”, podobnie jak uczyniłby to jego poprzednik Andrzej Duda. Tyle, że ustępujący już prezydent nic takiego przez półtora roku “kohabitacji” z rządem Donalda Tuska na biurko nie dostał. Koalicja 15 Października wolała się bowiem zajmować wszystkim, tylko nie uchwalaniem ustaw.
Rząd Donalda Tuska nie jest nawet wbrew tradycji sternika ekipą liberalną, bo nie przeprowadził żadnych zmian wzmacniających wolny rynek po pisowskim rozdawnictwie adresowanym do swoich. Nie jest też dla odmiany prospołeczny, choć niby KO ma takich właśnie koalicjantów, skoro utrzymał tylko odziedziczony po PiS socjal (z 500 / 800plus na czele), ale nie wdrożył regulacji służących polskiej przedsiębiorczości ani rodzimej marce gospodarczej, chociaż sporo o takiej potrzebie mówi. Wreszcie, pomimo symbolicznego znaczenia zwrotu z 15 października, dla wielu oznaczającego dzień, kiedy Polacy odrzucili autorytaryzm – rząd Tuska nie okazuje się nadzwyczajnie demokratyczny, w tym sensie, że główna jego w tej kwestii zasługa – odbicie TVP z rąk PiS, dokonała się za sprawą zastosowania rozstrzygnięć na krawędzi prawa. I nie prowadzi to do ustanowienia trwałej i mocnej telewizji publicznej. W palących społecznie kwestiach, takich jak dotkliwa drożyzna, rządzący żadnej inicjatywy nie przejawiają.
Ziemniaki Gajewskiej i przegrane wybory
Ziemniaki, zawiezione przez nieroztropną posłankę Koalicji Obywatelskiej Kingę Gajewską jako prezent dla pensjonariuszy hospicjum Domu Pomocy Społecznej w Nowym Dworze Mazowieckim stały się symbolem podejścia rządzących do społeczeństwa, a wynik wyborów prezydenckich, które poprzedzała kampania, kiedy ta kartoflana wizyta miała miejsce – pierwszym poważnym ostrzeżeniem.
Rafał Trzaskowski przegrał je z Karolem Nawrockim jako kandydat obozu władzy, zastępca premiera Tuska w partii Platforma Obywatelska, głównej sile KO, reszta jej sygnatariuszy to partie kanapowe, których nazwy mylą czasem nawet przechadzający się po parlamencie dziennikarze. Nie przypadkiem wywodząca się z jednej z nich Barbara Nowacka jako szefowa resortu edukacji okazała się najgorszym ministrem rządu Donalda Tuska w świetle jednoznacznych w tej kwestii badań opinii publicznej.
Trzaskowski poniósł porażkę również dlatego, że nie tylko nie wsłuchał się w nastroje społeczne, a tym bardziej za nimi nie podążał, ale nawet tego nie próbował.
Zabrakło miękkiego populizmu, jaki swego czasu Rafał Grupiński podpowiadał Donaldowi Tuskowi. Czyli pogodzenia rozbudzonych w związku z 15 października 2023 r. społecznych oczekiwań z wymogami dobra państwa czy racji stanu po prostu.
Wybory prezydenckie przegrał kandydat i aparat Koalicji Obywatelskiej. Późniejsze wzmożone ataki jej zaplecza medialnego na koalicjantów KO stanowią, podobnie jak promowanie byłego wicepremiera w rządzie Jarosława Kaczyńskiego mecenasa i posła KO Romana Giertycha na głównego audytora wyborów – próbę odwrócenia uwagi od przyczyn porażki i rozliczeń za nią. Efekty okazać się mogą opłakane. Tracą bowiem w porównaniu z wynikiem wyborów sprzed dwóch lat wszyscy koalicjanci: KO miała wtedy 31 proc, teraz tylko 29 proc, o Trzeciej Drodze (wtedy 14 proc) była już mowa, zaś Nowa Lewica przekonała wtedy do siebie 9 proc głosujących masowo jak nigdy przedtem Polaków (frekwencja przekroczyła 74 proc) a teraz może liczyć na poparcie 5 proc. Obecne spadki – jeśli okażą się trwałą tendencją – oznaczają przejście Koalicji Obywatelskiej po kolejnych wyborach do opozycji, marginalizację Lewicy i wykluczenie obu sojuszników z dawnej Trzeciej Drogi z parlamentarnej polityki. To wymarzony scenariusz dla PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Co ciekawe – bez wielkiego wysiłku z ich strony. W ostatnim czasie zaskoczył nas wprawdzie występujący jako kandydat obywatelski Karol Nawrocki, ale nie partyjni baronowie z Nowogrodzkiej. Demokraci sami sobie to zrobili.
Chcieli, to mają
Chcieli to mają, powiedzieć można o hejterach zmierzających do wyeliminowania z polskiej polityki jej umiarkowanego centrum. Teraz z jednej strony będzie Roman Giertych, z drugiej zaś Przemysław Czarnek. A nawet układny do niedawna serialowy Adrian, prezydent Andrzej Duda, niespodzianie w ostatnich tygodniach drugiej kadencji nam się radykalizuje. Trudno mu się dziwić, skoro powtórzyć warto: polityczne centrum już nie tyle słabnie, co znika, ludzie stamtąd uciekają, jak pokazuje niedawna wolta ubiegłorocznej kandydatki na prezydenta Wrocławia Izabeli Bodnar, która odeszła z Polski 2050, chociaż wtedy z jej poparciem zdobyła nad Odrą jedną trzecią głosów jako uosabiająca umiarkowanie rywalka uwikłanego w afery korupcyjne i obyczajowe urzędującego włodarza z Koalicji Obywatelskiej Jacka Sutryka. Teraz sama zmierza w stronę KO, chociaż ta nie rozstrzygnęła jeszcze, czy ją zechce. To też kolejna symboliczna sekwencja zdarzeń.
Bo przecież Jagodno, znane z kolejek do urn do drugiej w nocy i dowożonej stojącym w nich wyborcom przez ludzi dobrej woli pizzy, znajduje się we Wrocławiu właśnie. Podobnie wysokiej frekwencji w kolejnym głosowaniu już nie będzie, jeśli ludziom każe się wybierać między Czarnkiem o Giertychem, bo oni uznają, że to jak między dżumą a cholerą. A reżyser Braun w roli dżokera czy akuszera kolejnego układu rządzącego (zna się na tym, jeśli wziąć pod uwagę jego europoselską interwencję na ginekologii szpitala w Oleśnicy) też zbyt wielu z nas do pójścia do urn nie przekona.
[1] sondaż Opinii 24, z 7-9 lipca 2025