To rocznica naturalnie wcale nie zapomniana, ale byle jak obchodzona. Póki żyli autorzy stanu wojennego, opinię publiczną elektryzowała sprawa ich bezkarności. Generałowie Wojciech Jaruzelski ani Czesław Kiszczak nie ponieśli konsekwencji decyzji sprzed 44 lat. A Polacy nie nauczyli tak świętować grudniowych dat, żebyśmy z tego wychodzili mądrzejsi. Zwłaszcza politycy używają ich w bieżących polemikach, co pokazuje, że niewiele rozumieją.
Nie chodzi tylko o 13 grudnia, zresztą milicja i wojsko w 1981 r. ruszyły się wcześniej i drzwi wielu mieszkań jeszcze 12 grudnia późnym wieczorem rozwalano łomami, by internować kryjących się za nimi lokatorów. Bardziej jeszcze na upamiętnienie zasługuje data 16 grudnia, kiedy to milicja zamordowała w trakcie pacyfikacji katowickiej Kopalni Wujek dziewięciu górników, broniących własnego zakładu pracy. Strajkowali, domagając się uwolnienia uprowadzonego wcześniej z mieszkania przez służbę bezpieczeństwa przewodniczącego związkowej komisji zakładowej. Właśnie na Śląsku opór przeciwko stanowi wojennemu trwał najdłużej. Dopiero przed Świętami złamano strajk w Hucie Katowice. W wigilię wyjechali na powierzchnię protestujący górnicy z Kopalni Ziemowit. Do 28 grudnia 1981 r. strajkowali pod ziemią ich koledzy z Piasta. – Mają wszystkich, wasz szyb jest ostatni – śpiewał wtedy bard opozycji demokratycznej Jan Krzysztof Kelus.
Znowu będą mówić: Grudzień – głosiły słowa innego ówczesnego protest songu. Bo przecież dopiero co, rok wcześniej, odsłonięto pomnik gdańskich stoczniowców, poległych w 1970 roku.
Białe rękawiczki M. F. Rakowskiego
Chociaż Mieczysław F. Rakowski, później ostatni sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej podsumował, że stan wojenny wprowadzano w białych rękawiczkach – nie ulega wątpliwości, że władza liczyła się z licznymi ofiarami jako następstwem własnej decyzji podjęcia “rozwiązania siłowego”, jak wówczas mówiono.
Udowadnia to francuski dziennikarz, erudyta i przyjaciel Polski Gabriel Meretik w “Nocy generała”. Jak opisuje, akurat 13 grudnia: “Gilberta Crepy postanowiła niezwłocznie odwiedzić w szpitalu swojego męża, Zygmunta Szymańskiego. Osiem dni temu miał poważną operację serca. Francuzka, mieszkająca od dwudziestu lat z mężem w Warszawie (..) przyjeżdża do szpitala na Spartańskiej, stwierdza ze zdziwieniem, że wiele łóżek jest pustych. Mąż opowiada jej, że wczoraj bez podania powodów, wielu chorych odesłano do domu. Podobnie miały się sprawy w większości szpitali w kraju, zwłaszcza na chirurgii i ortopedii; odsyłano do domów tych pacjentów, których stan na to pozwalał” [1].
Zaprzecza to wersji o strzałach w Kopalni Wujek jako “wypadku przy pracy”, czy błędzie w sztuce popełnionym przez siły przymusu. Sam Jaruzelski do końca życia przekonywał, że wiadomość o śmierci górników wywołała w nim głęboki szok. Jednak to nie odczucia dyktatora okazują się w tej sprawie najważniejsze.
“Kopalnia strajkuje. Gdzie twe czyste ręce, generale. Idą, idą pancry na Wujek”
Jak opisali sekwencję zdarzeń w książce “Solidarność w podziemiu” Jerzy Holzer i Krzysztof Leski: “Dowódca jednostki ZOMO, płk. Kazimierz Wilczyński, otrzymał wieczorem 15 grudnia rozkaz pacyfikacji kopalni Wujek. Podczas nocnej odprawy uzgodniono sposób działania. Użycie broni palnej mogło nastąpić tylko po uzyskaniu zgody komendanta wojewódzkiego milicji, na rozkaz płk. Wilczyńskiego. W akcji miała wziąć udział również kompania nadzwyczajna (..) Wojsko postawiło do dyspozycji czołgi, które miały wziąć udział w akcji” [2].
I wzięły “Przed samym południem (już 16 grudnia – przyp ŁP) czołgi dokonały kilku wyłomów w murze, przez które wtargnęło ZOMO wraz z kompanią nadzwyczajną. Milicja posuwała się, strzelając pociskami gazowymi. Górnicy rzucali w nią cegłami, kamieniami, śrubami. ZOMO nie odważyło się jednak podejść bliżej i nawiązać bezpośredniej walki z górnikami. Strajkujący odrzucali nieraz pociski gazowe w stronę ZOMO. Wreszcie doszło do walki wręcz, w której górnicy uzyskali przewagę. Milicjanci musieli się wycofać. Z obu stron byli ranni. Trzech funkcjonariuszy stało się jeńcami górników.
Wedle wersji przekazanej podczas procesu, dowodzący akcją płk. Wilczyński zwrócił się wówczas do wojewódzkiego komendanta milicji z prośbą o zezwolenie na użycie broni, ale otrzymał odpowiedź odmowną. Podobno przez radiostację zawiadomił o tym swoich podwładnych – funkcyjnych. Dowódca plutonu specjalnego przyznał się do oddania pierwszego strzału, ale w powietrze. Przyznali się też do strzelania wszyscy milicjanci z plutonu specjalnego, ale oni również twierdzili, że starali się strzelać na postrach, w powietrze. W sumie wystrzelili 156 naboi. Brak jakichkolwiek informacji o tym, co działo się z kompanią nadzwyczajną , która przecież dysponowała bronią palną. Od kul padło na miejscu sześciu górników, w szpitalu zmarło trzech dalszych. Ponadto 22 górników odniosło rany postrzałowe, przy czym niektórzy mieli więcej niż jeden postrzał. Każe to przypuszczać, że jeżeli strzelali tylko milicjanci z plutonu specjalnego, to wybierali jednak żywe cele, bo przecież tylko część strzałów mogła być w takiej sytuacji celna (..). Masakra zrobiła na górnikach piorunujące wrażenie” [3] – opisują Leski i Holzer. Przy czym tylko ostatnie z zacytowanych z ich pracy zdań nie wzbudza wątpliwości ani nie rodzi dodatkowych znaków zapytania. Nawet najwybitniejsi i znani w rzetelności historycy nie byli w stanie przedstawić przebiegu wydarzeń tak, by ułożyły się w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Co nie znaczy, że prawdy nie należy wciąż próbować dochodzić.
Bezcenne okazują się zwłaszcza relacje samych poszkodowanych zebrane przez Jacka Cieszkowskiego (“Użyto broni”):
“Stanisław Płatek: (..) Kiedy czołg został przez nas zatrzymany i doszło do krótkiego spięcia, oddziały ZOMO wycofały się. Jednak nie na tyle, żeby wejść w tę drogę, którą weszli, bo tam jest magazyn. Stanęli między płotem a tym magazynem, w takim kącie. W tym momencie wyciągnięto bramę, rozwalono nam barykadę z wózków górniczych, i w tym miejscu, gdzie dziś stoi krzyż, wjechał ciężki czołg. Były tam dwie bramy obok siebie, stał tam stary kasztan, był mur, wszystko to za jednym razem poszło.
Adam Skwira: To był potężny czołg, wywalił wejście na szerokość sześciu, siedmiu metrów.
Stanisław Płatek: Chyba T-54, duży, z potężną kopułą. W każdym razie wejście było. I w momencie, kiedy nikt się właściwie tego nie spodziewał, bo spodziewano się raczej, że ponownie ruszą ZOMO-wcy, usłyszałem strzały, krótkie serie. Wpierw wydawało mi się, że to są strzały ślepakami, bo nie zauważyłem, żeby ktoś padł. W dodatku cały czas był rzucany gaz, tak, że nie było dokładnego przeglądu sytuacji. Kiedy chmara gazu opadła, zauważyłem leżącego człowieka (..). Kiedy wyskoczyłem zza tego winkla do leżącego, nawet nie wiem, kto to był, najpierw dostałem petardą, a potem pochylając się nad nim poczułem lekkie szarpnięcie (..). Stanąłem za murem i zobaczyłem ściekającą mi z ręki krew. Wtedy sobie uzmysłowiłem i powiedziałem głośno: oni strzelają ostrą amunicją” [4]. Trudno nie przejąć się tą relacją, nawet jeśli opisuje ona tylko bezpośrednich sprawców masakry, bo “mordercy zza biurka” nie byli przecież znani jej ofiarom. Widać z niej, że milicjanci nie użyli broni w chwili bezpośredniego zagrożenia jak twierdziła ówczesna władza.
Na razie więcej w kwestii budowania pamięci o bohaterach z Wujka od historyków dokonali artyści. Zwłaszcza Kazimierz Kutz we wstrząsającym filmie “Śmierć jak kromka chleba”. Kiedy jednak jako współpracownik “Tygodnika Solidarność” po latach zgłosiłem za to kandydaturę reżysera do tytułu człowieka roku tej redakcji – spotkałem się z zupełnym brakiem zainteresowania. Co szokuje, bo polegli domagali się przecież wypuszczenia na wolność szefa Solidarności zakładowej.
Na żadne nagrody liczyć też nie mogli autorzy wszelkiego rodzaju twórczości ulotnej, a ona w znacznej mierze ukształtowała obraz tragedii w Wujku. Mocno i na zawsze zapadają w pamięć słowa protest-songów jak tego o pancrach idących na Wujek autorstwa Macieja Bieniasza, “żona z Wujka ma czarną sukienkę” z ballady Jana Krzysztofa Kelusa czy “tata z szuflą stał przy bramie, no to go zabili” z “Sierocińca” Jacka Kaczmarskiego.
Warto by wydać porządną i bibliofilską antologię tych przekazów w godziwym nakładzie, zamiast trwonić pieniądze na promocję kultury przeznaczone, na kroplówki dla hejterów wspierających obóz rządowy i pośredniczących w tym niecnym – to już określenie Normana Daviesa – procederze firm-krzaków. Z czego marszałkini Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska, sama z solidarnościowej tradycji się wywodząca (jej mąż Jan nakręcił kultową “Różyczkę”) tłumaczy się z gracją klientki Lidla przyłapanej przez ochronę z butelką perfum wrzuconą mimochodem do kieszeni płaszcza, wszyscy wiedzą, że przez roztargnienie tylko.
Kiedy wspólnie z Andrzejem Anuszem pisaliśmy książkę o Konfederacji Polski Niepodległej, jeden z jej wieloletnich śląskich działaczy opowiadał mi, że co roku już w nowej Polsce 16 grudnia w drodze na uroczystości wspomnieniowe “na Wujku” kupował kwiaty w dworcowym kiosku. Przestał to robić, gdy się dowiedział, że kiosk ten prowadzi emerytowany milicjant z plutonu specjalnego, tego samego, co przed laty strzelał do górników.
Przed kilkunastu laty zadzwoniłem do kancelarii Lecha Kaczyńskiego i spytałem o plany prezydenta na 13 grudnia. W głosie odpowiadającej mi urzędniczki wyczułem spore zakłopotanie: – 13 grudnia? A co to za rocznica? To wojna jakaś była, tak? – liczyła na podpowiedź pracownica prezydenckiego urzędu.
Obrońcy Helu co trzymali się przez miesiąc w 1939 r, żołnierze z Westerplatte, którzy wbrew słowom bzdurnego wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego wcale nie szli czwórkami do nieba, bo przez siedem dni oporu poległo ich dzięki roztropnej obronie piętnastu, podczas gdy straty atakujących Niemców były kilkanaście razy większe, nawet gdańscy pocztowcy przeciwko którym, gdy bronili swojego miejsca pracy, hitlerowcy skierowali miotacze płomieni – wszyscy oni pocieszać się mogli do czasu nadzieją na pomoc zachodnich aliantów i wierzyć, że dla niej budują przyczółek. Zresztą plany francuskie i brytyjskie zniweczone kunktatorstwem tamtejszych polityków rzeczywiście zakładały przerzucenie korpusów ekspedycyjnych do “polskiego korytarza”. Podobna i też iluzoryczna wizja desantu chłopców gen. Stanisława Sosabowskiego na stolicę przyświecała powstańcom warszawskim w 1944 r.
Górnicy z Wujka podobnej wiary żywić nie mogli, w Europie trwale rozdzielonej żelazną kurtyną. Tym większa okazuje się miara ich bohaterstwa. Zrozumiał je rosyjski poeta emigracyjny noblista Josif Brodski o czym świadczy jego “Kolęda stanu wojennego”. Wciąż czekać wypada, aż więcej z niego pojmą rodzimi politycy, na co dzień chętni do tropienia byłych komunistów ale wyłącznie w szeregach politycznej konkurencji. Słabiej im wychodzi wyciąganie wniosków z historii.
[1] Gabriel Meretik. Noc generała. W przekładzie Michała Radgowskiego. Wydawnictwo “Alfa”, Warszawa 1989, s. 151
[2] Jerzy Holzer, Krzysztof Leski. Solidarność w podziemiu. Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1990, s. 18
[3] ibidem, s. 18-19
[4] Użyto broni. Relacja górników kopalni “Wujek”. Oficyna Wydawnicza MOST, Warszawa 1991, zebrał i opracował Jacek Cieszewski, s. 137-138