Donald Trump wysłał na placówkę do Polski autora wzruszającej książki o wielorybach, żeby wysondować, na jak wiele może sobie wobec nas pozwolić.
Odwołania z ambasadorskiej posady w Warszawie Thomasa Rose’a zażądał nawet republikański kongresmen z Nebraski, jednego ze stanów najbardziej masowo głosujących na obecnego prezydenta, weteran interwencji w Iraku i Afganistanie, Don Bacon. Amerykanie po raz kolejny w fatalny sposób uchybilii polskiej suwerenności. Za pierwszej kadencji Trumpa nagminnie wtrącała się w nasze sprawy jego przedstawicielka w Polsce Georgette Mosbacher.
Ogłoszony przez ambasadora Rose’a bojkot marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego za to, że nie tylko odrzucił ale wykpił możliwość poparcia wniosku o przyznanie Trumpowi Pokojowej Nagrody Nobla – oddaje sposób myślenia Amerykanów o europejskich sojusznikach i ich domniemanych powinnościach.
W roli samozwańczego adwokata Amerykanów ustawia się Prawo i Sprawiedliwość. Gdy rządzili politycy tego ugrupowania – rzeczywiście czapkowali jankesom ile wlezie. Pod ich naciskiem zmieniono treść nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, rezygnując z penalizacji kłamliwego przypisywania Polakom odpowiedzialności za Holocaust, co miało wedle sprawców tej presji posłużyć wolności badań naukowych. Podobnie PiS wycofał się z pomysłu ograniczenia dozwolonych udziałów w stacjach telewizyjnych, gdy Amerykanie ujęli się za swoją TVN.
Pani Georgette Mosbacher, ambasador USA w Warszawie za pierwszej prezydentury Trumpa, dała się zapamiętać z wielu bulwersujących wypowiedzi. W trakcie sprawowania funkcji ta republikanka i konserwatystka wbrew faktom obwiniała Polskę, że u nas dyskryminuje się gejów.
Zdaniem wielu znawców tematyki międzynarodowej kierowały panią ambasador nie tyle uprzedzenia, co pospolita ignorancja. Od dawna wiadomo, że Amerykanie placówki dyplomatycznej w Warszawie nie zaliczają do prestiżowych ani kluczowych dla własnej polityki zagranicznej. Nominacjami na nią prezydenci wynagradzają tych, wobec których zaciągnęli zobowiązania w kampanii wyborczej. Chlubny wyjątek stanowił tylko wysłany do nas przez demokratę Joe’go Bidena syn Zbigniewa Brzezińskiego, Mark. Za to wspomniana Mosbacher wywodzi się z kręgów biznesu kosmetycznego, jej rodzina hojną ręką wspomagała Trumpa.
Z kolei Tom Rose to przyjaciel zastępcy Trumpa za jego pierwszej prezydentury, Mike’a Pence’a. W sprawach historycznych wobec Polski zachowywał się przyzwoicie. W trakcie przesłuchań w Izbie Reprezentantów zastrzegł, że bezpodstawne pozostaje oskarżanie Polaków o współudział w dokonanym przez Niemców Holocauście. Kiedy żurnalistka telewizji NBC paplała, że polskie podziemie pomagało w likwidacji getta warszawskiego, Rose uczciwie sprostował, że to wierutne kłamstwo.
Rose to jednak druh byłego wiceprezydenta, żaden zawodowy dyplomata a tym bardziej polityk z profesjonalnym wyczuciem. Kiedyś pracował dla telewizji japońskiej. Przez dziesięć lat mieszkał w Izraelu, gdzie był dyrektorem “Jerusalem Post”. Pochodzi z Indiany, nie z Waszyngtonu, Nowego Jorku ani Kalifornii. Kto nas nie lubi, ten mógłby powiedzieć: życiorys i referencje w sam raz na miarę placówki w Warszawie. Dużym dzieckiem nazywa Toma Rose’a Andrzej Celiński, niegdyś główny organizator historycznej wizyty Lecha Wałęsy w Stanach Zjednoczonych.
Znaczną grupę wyborców Trumpa stanowią tacy amerykańscy obywatele, co za granicą byli dwa razy w życiu: raz w Meksyku i raz w Kanadzie. Nie mają szczególnie sprecyzowanych wymagań dotyczących polityki zagranicznej. Rosji się boją, Europie nie ufają. Polak to dla nich sąsiad albo kolega z pracy. Ale już na globusie wskazać jego ojczyzny nie potrafią. Wierzą natomiast, że uda się uczynić Amerykę ponownie wielką (“MAGA”), jakkolwiek ogólnikowe pozostają wyobrażenia tej supremacji..
Musimy się przyzwyczajać do tego, że nie jesteśmy dla Amerykanów najważniejsi. Ale nie możemy im pozwalać wtrącać się w nasze sprawy.
Wiele wskazuje zresztą na to, że Rose tylko prostodusznego udaje. Jak wtedy, gdy umieszcza wpis z zapytaniem, czy Stany Zjednoczone powinny zabrać z Polski swoich żołnierzy i sprzęt wojskowy, a następnie sam to usuwa. Jankesi testują, jak daleko mogą się posunąć wobec nas. Trwałe zezwolenie im na podobne zabawy byłoby taką samą naiwnością, jak uznanie, że stacjonowanie tu 10 tysięcy amerykańskich chłopców stanowi niezawodną gwarancję bezpieczeństwa Polski. Trzeba też pamiętać, że lepszego sojusznika niż Stany Zjednoczone, przynajmniej wśród mocarstw tego świata, nie mamy.