4 czerwca 1989 r. to dziwne wybory, skoro wygrani przestraszyli się własnego zwycięstwa i pospiesznie oddali komunistom 33 mandaty z listy krajowej. Rubikon wolności został jednak przekroczony, chociaż głosowało zaledwie 62 procent z nas. W Polsce – inaczej niż później w Pradze Czeskiej czy Lipsku nie było radosnych tłumów na ulicach. Zabrakło też na szczęście snajperów na dachach jak w Bukareszcie i czołgów jak w Pekinie na Tienanmen.

Im więcej czasu upływa od wyborów 4 czerwca 1989 r, tym bardziej krytyczna staje się ocena ich następstw. Wbrew nadziejom – demokracja nie okazała się zdobyczą na tyle trwałą, że nie musimy się o nią martwić. Gdy obecną frekwencję w wyborach europejskich (46 proc.) entuzjastycznie uznaje się za wysoką, warto pamiętać, że wciąż oznacza ona nieobecność przy urnach większości uprawnionych. Dobrowolna abdykacja tak znacznej części obywateli z ich praw stanowi zagrożenie dla demokracji równie silne, jak autorytarne zapędy władzy, które już znalazły wyraz w wasalizacji telewizji i sądownictwa oraz kompromitacji Sejmu w pamiętnych grudniowych dniach 2016 r. (uchwalanie budżetu w Sali Kolumnowej zamiast planarnej, bez porządnego policzenia głosów). Frekwencja z 1989 r. – 62,7 proc. zapowiadała te kłopoty, zważywszy że poprzednie wolne wybory odbyły się w Polsce w 1928 roku, więc urok nowości powinien zadziałać. Tymczasem mimo historycznej wyjątkowości sytuacji ponad jedna trzecia z nas została w domach.

Wybory czerwcowe nie stały się aktem dobrej woli władzy, została do nich przymuszona, gdy zawiodły próby rozbrojenia opozycji (bezwarunkowa amnestia dla politycznych, ogłoszona przez gen Czesława Kiszczaka we wrześniu 1986), nie nabrały życia naprędce powoływane ciała fasadowe (Społeczna Rada Konsultacyjna przy Przewodniczącym Rady Państwa, którym był wówczas gen. Wojciech Jaruzelski), a ludzie nie poszli na referendum, w którym rządzący zapytali obywateli o zgodę na reformy gospodarcze i polityczne, nawet za cenę przejściowego pogorszenia poziomu życia (listopad 1987).

W maju i sierpniu 1988 r. przez kraj przetoczyły się dwie wielkie fale strajków, organizowane przez młodych robotników i studentów. W tej sytuacji doszło najpierw za pośrednictwem Kościoła do spotkania Lecha Wałęsy z Kiszczakiem 31 sierpnia 1988 r, potem zaś do zakulisowych rozmów w Magdalence z udziałem m.in. Lecha Kaczyńskiego i Adama Michnika ze strony opozycyjnej, a Kiszczaka i Andrzeja Gduli z rządowej. W debacie telewizyjnej z 30 listopada 1988 r. Wałęsa pokonał lidera oficjalnych związków zawodowych Alfreda Miodowicza. Zaś obradujący od lutego do kwietnia 1989 r. Okrągły Stół wyznaczył ramy kontraktu politycznego, którego częścią stały się wybory czerwcowe: całkiem wolne do odrodzonego Senatu i częściowo do Sejmu, gdzie swobodnej konkurencji podlegało 161 z 460 mandatów, resztę zarezerwowano dla kandydatów strony – jak ją wówczas określano – koalicyjno-rządowej.

Kandydatów opozycji wskazywał Komitet Obywatelski, wcześniej powołany przy Wałęsie. Zabrakło miejsca na ich listach dla KPN, która wystartowała samodzielnie i jak się później okaże – bez powodzenia. Władza miała nikły kontakt z rzeczywistością, skoro sekretarz KC PZPR Zygmunt Czarzasty w partyjnych gremiach dzielił się troską, że jeśli porażka Solidarności okaże się zbyt wyraźna, Zachód nie uwierzy w demokratyczny przebieg głosowania.

4 czerwca 1989 r. przyniósł zdecydowane zwycięstwo Solidarności. W Warszawie do Sejmu Ryszard Bugaj i Zbigniew Janas dostali poparcie ponad 80 proc. głosujących, jeszcze lepszy wynik uzyskał w Nowej Hucie Mieczysław Gil. W Nowosądeckiem na Zofię Kuratowską do Senatu oddało głos 82 proc. uprawnionych. Na aktora Gustawa Holoubka – 76 proc. wyborców z Krośnieńskiego. Większości kandydatów obywatelskich druga tura nie była potrzebna, parlamentarzystami zostali już w pierwszej.

Ostatecznie do powołanego pierwszy raz po wojnie Senatu weszło 99 kandydatów Solidarności i miliarder z Pilskiego Henryk Stokłosa. Do Sejmu Solidarność uzyskała wszystko, co mogła zdobyć. Padła niemal w całości lista krajowa, obejmująca prominentów PZPR i ich sojuszników. Z 35 kandydatów wyborcy zaakceptowali tylko dwóch. Miarą przestrachu zwycięzców stała się zgoda, aby pozostałe 33 mandaty obsadzono w drugiej turze z puli PZPR, chociaż żadne porozumienie tego nie przewidywało. To dowiodło, że politycy nie nadążają za swoimi wyborcami. Pokazał to późniejszy wybór Jaruzelskiego na prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe czyli Sejm i Senat.

W sytuacji, gdy przeciw generałowi zagłosował nawet jeden poseł PZPR Marian Czerwiński, Jaruzelski został prezydentem dzięki matactwom części Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego (reprezentacji Solidarności), którzy swój głos specjalnie unieważnili (jak Andrzej Wielowieyski) lub nie byli obecni (jak Marek Jurek), czym też generałowi pomogli. Otwarcie poparł Jaruzelskiego jeden senator OKP Stanisław Bernatowicz. Manewr z unieważnianiem głosów podpowiedzieć miał zwycięzcom ambasador USA John R. Davis.

Szybko okazało się jednak, że inne, dotyczące rządu rachunki zawiodły, bo sporządzając je, kierownictwo PZPR nie wierzyło, że usamodzielnią się dotychczasowi jego satelici. Tymczasem Zjednoczone Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Demokratyczne zawarły koalicję z Solidarnością, umożliwiając utworzenie rządu Tadeusza Mazowieckiego. Weszli do niego również generałowie Kiszczak (wicepremier, MSW) i Florian Siwicki (MON), choć PZPR formalnie nie stała się koalicjantem, a jej głosy do utworzenia rządu nie były potrzebne. Sternikiem polityki gospodarczej został Leszek Balcerowicz.

Polska uniknęła losu Chin, gdzie tego samego 4 czerwca, gdy u nas zamykano urny wyborcze, czołgi na placu Tienanmen rozjechały protestujących studentów – oraz Rumunii, gdzie obalenie dyktatury Nicolae Ceausescu stało się możliwe dopiero po krwawych walkach w grudniu 1989 r. Symbolem przemian w Europie Środkowo-Wschodniej stało się jednak późniejsze zburzenie muru berlińskiego, a nie wybory czerwcowe. Nie było też w Polsce radosnych, wiwatujących na ulicach tłumów, jak w Pradze czeskiej jesienią 1989 czy później w krajach nadbałtyckich. Nie doszło też jednak do recydywy komunizmu, uniknęliśmy losu Białorusi czy Ukrainy. Nie potrafiliśmy za to obronić pozycji lidera przemian, którą cieszyliśmy się w oczach zachodniej opinii publicznej od sierpnia 1980 r. Gdy prezydentem w Czechosłowacji był już Vaclav Havel, u nas wciąż Jaruzelski. Pierwsze w pełni wolne wybory do Sejmu odbyły się jesienią 1991 r.

Zapomniany został dorobek pierwszej dziesięciomilionowej Solidarności. Jej projekt Samorządnej Rzeczypospolitej i równościowe hasła zastąpione zostały liberalnym i monetarystycznym kursem, który przyniósł zarówno wymienialność waluty, pełne półki w sklepach i niespożytą aktywność handlową Polaków (słynna sprzedaż uliczna z polowych łóżek i „szczęk”), jak trzymilionowe wkrótce bezrobocie, zamykanie fabryk i wykluczenie całych grup społecznych. Czasu ani nawet celu zmian ustrojowych nie określono, transformacja wciąż trwa. Nie jest to oczywiście winą tych, którzy rozwieszali plakaty „W samo południe” z kowbojem i dyżurowali w kawiarni Niespodzianka.

Warto przypomnieć, żeby historyczna prawda nie kapitulowała przed teraźniejszą propagandą, że przy Okrągłym Stole, który przygotował kontrakt wyborczy, zasiadali obaj Kaczyńscy, Grzegorz Bierecki, Krystyna Pawłowicz, młody nauczyciel z Wybrzeża Jarosław Sellin oraz działacz NZS UW Mariusz Kamiński. Nie było tam natomiast Donalda Tuska ani Grzegorza Schetyny. Dzisiejsze podziały nie odwzorowują tych z 1989 r. i żaden z braci Kurskich tego nie zmieni.

Drogę do zwycięstwa Solidarności utorowali jednak nie okrągłostołowi negocjatorzy, tylko gdańscy stoczniowcy, krakowscy hutnicy i górnicy śląskich kopalń, którzy swoim oporem w 1988 r, wymusili na władzy podjęcie rozmów, płacąc za to niekiedy utratą własnych miejsc pracy już w nowej Polsce. Wsparli zaś ich studenci UW, podejmujący strajk natychmiast, gdy władza rozbiła protestującą Nową Hutę, dziś zaś wciąż walczący o godne płace w szkolnictwie czy kulturze. To im należy się miano prawdziwych autorów pierwszego w historii Polski bezkrwawego odzyskania wolności, niezależnie od tego, co z nią potem uczynili zawodowi politycy…

Inne teksty Łukasza Perzyny:

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen / 5. ilość głosów

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here