Gwizdy i armaty

0
43

Wygwizdanie urzędującego ministra obrony – w trakcie uroczystości przejęcia przez nowego prezydenta zwierzchnictwa nad armią – stanowi problem nie tylko ze sfery kultury politycznej. To dowód, jak zanika poczucie odpowiedzialności u sterników polityki, którzy nastroje owocujące podobnymi zachowaniami podsycają. 

Władysław Kosiniak-Kamysz wybuczany został przez pisowskich klakierów, ale problem nie sprowadza się wyłącznie do ich macierzystej partii. Wszystko. co względnie umiarkowane i spokojne – mowa tak o formacjach i politykach, jako konkretnych inicjatywach – staje się celem wzmożonej agresji. Wcześniejszym jej przykładem pozostaje niewybredna kampania prowadzona przeciwko marszałkowi Sejmu Szymonowi Hołowni i wicemarszałkowi Senatu Michałowi Kamińskiemu za spotkanie z liderem opozycji Jarosławem Kaczyńskim – wszczęta przez polityków Koalicji Obywatelskiej, a zwłaszcza uległe im media.

Nie chodzi wcale o ocenę roztropności rozmów ani ewentualnego ich efektu, ale ich odbywanie w sposób oczywisty mieści się w marszałkowskich obowiązkach, co wynika z samej istoty parlamentarnej demokracji. Podobnie nie ma znaczenia, że szefa MON w obecności żołnierzy najemni krzykacze zagłuszali akurat wtedy, gdy mówił o potrzebie apolityczności armii. Gdyby akurat wypowiadał poglądy dalece bardziej kontrowersyjne – lumpenproletariacka reakcja publiki stanowiłaby ten sam  problem. Wykraczający poza granice Polski i nie bez znaczenia dla szans ich obrony.

Na Wschodzie zacierają ręce

Nietrudno sobie wyobrazić, jak politycy w Mińsku Białoruskim i na Kremlu zacierają ręce, oglądając przekazy telewizyjne z Placu Piłsudskiego, na którym – niemal w przeddzień 105. rocznicy Bitwy Warszawskiej – klakierzy pogwizdują ile wlezie na polskiego ministra obrony narodowej i czynią to w obecności wojska.

Sami sobie to robimy, da się podsumować. Nawet jeśli kibolskie ekscesy w sytuacjach, wymagających raczej powagi i majestatu, są dziełem nielicznych tylko sprawców – nie widać dyskredytowania ich przez polityków ich własnego obozu, paradoksalnie akurat w niedawnych wyborach prezydenckich zwycięskiego, co nie oznacza oczywiście, że przegrana podobne zachowania usprawiedliwia.          

Gwizdy pod adresem ministra obrony, gdy mówi o apolityczności armii, podobnie jak medialne opluwanie marszałków z parlamentu za to, że spotykają się z opozycją chociaż na tym ich praca polega – stanowią część tego samego zjawiska propagandowego rozpasania, w którym zanikają jakiekolwiek wyższe, w tym wypadku wspólne, racje.  

Do czego służy racja stanu

Ostatnim polskim politykiem, odwołującym się do pojęcia racji stanu, pozostawał mecenas Jan Olszewski. Przekładał je również skutecznie na własne decyzje i publiczne zachowania. Nie przypadkiem to właśnie za rządów mec. Olszewskiego Polska osiągnęła pierwszy po zmianie ustrojowej wzrost gospodarczy, o czym zakomunikowano w kwietniu 1992 r. Dla milionów Polaków wiadomość ta stanowiła oczywisty dowód, że warto było odejść od komunizmu. A dodatnia dynamika produktu krajowego brutto stała się faktem dlatego, że premier, co sam deklarował, że na ekonomii się nie zna, dobrał sobie do współpracy wielobarwną, jeśli chodzi o rodowody i poglądy ekipę.

Ministrem pracy został zapamiętany z więziennych głodówek w PRL Jerzy Kropiwnicki, finansów – robiący karierę w poprzednim ustroju Andrzej Olechowski, zaś głównym doradcą gospodarczym Dariusz Grabowski, występujący także jako ekspert Regionu Mazowsze Solidarności w czasach, gdy tą związkową strukturą kierował Maciej Jankowski. 

Zapewne dla radykalnych zwolenników dekomunizacji, popierających tamten rząd, obecność w nim Olechowskiego, przed 1989 r. pełniącego wysokie funkcje w sektorze finansowym i dyplomatycznym, stanowiła większy dyskomfort, niż teraz dla entuzjastów Karola Nawrockiego przemówienie w trakcie przejmowania przez niego zwierzchnictwa nad wojskiem wygłoszone przez Władysława Kosiniak-Kamysza jako szefa MON. Jednak oni również stali się beneficjentami przełamania kryzysu gospodarczego, na które tamten zróżnicowany zespół zapracował. Na tym polega racja stanu właśnie. 

Jej przejawem stało się również wskazanie przez premiera Olszewskiego kierunku euroatlantyckiego jako głównej opcji strategicznej w polityce obronnej Polski. Korzystamy z tego w sposób oczywisty najbardziej po 24 lutego 2022, kiedy to Rosja Władimira Putina rozpoczęła “pełnoskalową” inwazję na sąsiadującą z nami Ukrainę. Nie zmienia tego również wybór na prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, do którego we wrześniu z wizytą ma się udać Karol Nawrocki. Tyle, że jednoznaczne deklaracje od obecnego lokatora Białego Domu trudniej przyjdzie uzyskać, niż od jego demokratycznego poprzednika Joe’go Bidena, otwarcie deklarującego aktualność artykułu 5. Traktatu Waszyngtońskiego, zobowiązującego państwa Sojuszu Atlantyckiego do solidarnej obrony wzajemnej w razie ataku na którekolwiek z nich.

Dla Amerykanów gwizdy pod adresem ministra obrony z Polskiego Stronnictwa Ludowego ze strony entuzjastów pisowskiego prezydenta, jako dowód antagonizmu między rządem a głową państwa, stanowią być może sygnał dla ich interesów obojętny. Dla dyktatur Władimira Putina czy Aleksandra Łukaszenki – bezsprzecznie radosny. Na pewno natomiast wprawiają w konfuzję polskiego żołnierza, od którego wymaga się przecież nie tylko, aby szturmowanej przez nielegalnych imigrantów granicy wschodniej bronił, ale jeszcze czynił to w zgodzie z procedurami, wyznaczanymi przez międzynarodowe pakty praw człowieka, również w sytuacji, gdy on sam spotyka się z fizyczną agresją, w tym atakiem z użyciem śmiercionośnych narzędzi ze strony nieproszonych gości. 

Znaczące, że problem ten stwarzają ci sami, którzy jeszcze niedawno ochoczo rymowali: murem za polskim mundurem. Nie chodzi jednak o patriotyczne wiersze. Zdrowy rozsądek wystarczy. Tyle, że jego właśnie zabrakło. Gwizdami i buczeniem na Placu Piłsudskiego nie da się – jeśli pominąć sektę najbardziej zacietrzewionych – zagłuszyć odgłosów dział i rakiet, dobiegających z sąsiedniej Ukrainy. Odpowiedzialność pozostaje wspólna, ponad krajowymi podziałami.  Czasem warto wstrzymać się nieco z komentowaniem zdarzeń, by dać politykom czas na pożądaną reakcję. W tym zaś wypadku wiele mówi również fakt, że zupełnie jej zabrakło.

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 5 / 5. ilość głosów 3

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here