Pożegnanie Krzysztofa Piesiewicza (1945-2026)
Człowiek o szerokich, bez przesady renesansowych zainteresowaniach, stał się postacią, która przeszła nie tylko do historii polskiej palestry i filmu. Jego nazwisko wymieniano często w odpowiedzi na pytanie o społeczne autorytety współczesności. Jedni zapamiętają Krzysztofa Piesiewicza jako obrońcę w procesach politycznych lat 80, inni jako scenarzystę filmów Krzysztofa Kieślowskiego, które jak “Bez końca” stały się sumieniem polskiej inteligencji.
Zawsze okazywał się ciekawym rozmówcą, na każdy temat. Markę wyrobił sobie jeszcze w poprzednim ustroju jako jego inteligentny a czasem błyskotliwy oponent. Nie uchylał się również w demokracji od udziału w życiu społecznym: przewodniczył radzie programowej TVP w najlepszych dla telewizji publicznej czasach. Przez pięć kadencji w Senacie nie tylko zasiadał, ale rzeczywiście pracował. Znano go z gotowości do pomocy zwyczajnym ludziom.
W stanie wojennym bronił przed sądem robotników Ursusa czy Huty Warszawa, oskarżonych o wzniecanie strajków. Niewielu prawników wtedy angażowało się w politykę, zwłaszcza po stronie przeciwnej niż rządząca. Odwagi dowiódł po raz kolejny, gdy w procesie zabójców ks. Jerzego Popiełuszki został pełnomocnikiem rodziny zamordowanego przez funkcjonariuszy komunistycznej służby bezpieczeństwa duchownego. Realia tego procesu, toczącego się w pierwszych tygodniach 1985 r. pozostawały niezwykłe. Nad Toruniem, gdzie odbywała się rozprawa, kołowały milicyjne helikoptery. Wcześniej w PRL niczego podobnego nie pamiętano. A Piesiewicz się nie bał.
Wypytywany o trudne wybory polskiej historii, chętnie przytaczał własnego autorstwa dialog z filmu “Bez końca” Krzysztofa Kieślowskiego. Uwięziony robotnik rozmawia z adwokatem.
– Nie poszliście na czołgi – mówi ten drugi.
Aresztant potwierdza.
– To teraz trzeba będzie wiele wytrzymać – podsumowuje mecenas.
W DNA polskiej inteligencji wpisały się mocno i inne ich filmy, nie stanu wojennego już dotyczące, lecz spraw uniwersalnych. Jak “Krótki film o miłości” łączący artyzm przekazu z niezrównaną prostotą opowiedzianej historii i “Krótki film o zabijaniu”, który w znacznej mierze wpłynął na podejście Polaków do kary śmierci. “Trzy kolory” dawały do myślenia widzom na całym świecie.
Godził ze sobą nawzajem działania w dziedzinach z pozoru odległych. Wiedza z jednej branży przydawała się w innej. Kiedy poprosiłem go o wypowiedź dla Wiadomości TVP, umówił się na nagranie w ogródku śródmiejskiej kawiarni Ambasador. Ekipa miała gotowy plener, nie musieliśmy kombinować, jaki kadr okaże się optymalny.
W polityce umiał łączyć a nie dzielić, zdarzało się, że na senatora popierała go więcej niż jedna partia polityczna. Bo dla szefów Unii Wolności pozostawał warszawskim inteligentem z krwi i kości, a więc “jednym z nas”, dla związkowców z Akcji Wyborczej Solidarność – mądrym panem znanym z napisów z filmu oglądanego w kinie, ale i dzielnym obrońcą robotników w politycznych procesach lat 80. W wiele lat później z dużym przekonaniem walczył o dobre imię pułkownika Ryszarda Kuklińskiego: nie o honoraria pełnomocnika wtedy chodziło, tylko o jego przekonanie o miejscu w historii, które w przekonaniu mecenasa należało się pośmiertnie jego klientowi.
Zapraszał do domu, podawał herbatę, kawy jakoś nigdy u niego nie było. Toczyły się tam długie rozmowy w oparach papierosowego dymu.
Ostatnie lata życia zatruli mu szantażyści, jeden z brukowców opublikował zdjęcia, które miały go ośmieszyć. Ale nawet z nich wynika niezbicie, że jeśli nawet imprezował bez sensu i w marnym towarzystwie – nikomu poza sobą samym krzywdy przy tej okazji nie wyrządził. Kiedy zwykle opowiadano o nim anegdoty, w czym lubują się zarówno aplikanci jak ich patroni, bo palestra nie rozmawia zawsze przecież tylko o paragrafach – zwykle były to pogodne i wyrafinowane historie. Dotyczyły czasem nawyku oszczędności, którą się wykazywał, kiedy indziej swoistego wrażenia nieobecności w realnym świecie, co mogło wynikać z mnogości sfer jego działania. Ale zarówno scenariusze jego autorstwa, jak mowy obrończe i rozmaite publiczne wystąpienia dowiodły, że przy podobnych pozorach, rozumiał ten świat dużo lepiej niż inni. Teraz będzie go nam brakowało.