Afera, jaka wynikła z telefonicznej pogawędki wicemarszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego z jego odpowiedniczką w Senacie Gabrielą Morawską-Stanecką wiele mówi zarówno o obojgu rozmówcach, prominentnych postaciach Lewicy jak i o “Gazecie Wyborczej”, która ją rozpętała. Ale jeszcze więcej o jakości obecnego życia publicznego. 

Politycy, zwłaszcza pełniący funkcje w parlamencie nie powinni mieć problemów z aktywnością taką,  jaka wzbudziłaby aprobatę ich wyborców: rząd nie radzi sobie z pandemią, chaos towarzyszy budzącej nadzieje akcji szczepień, a oficjalny program Polski Ład aż prosi się o krytyczne recenzje w sytuacji, gdy następstwa ponad rocznych już ograniczeń związanych z COVID-19 odczuwa cała gospodarka.

Politycy jednak zajmują się sobą. Czarzasty zadzwonił do Morawskiej-Staneckiej, wicemarszałek Sejmu do osoby pełniącej tę samą funkcję w Senacie, ale bardziej była to rozmowa partyjnego lidera z podwładną. Postraszył, że ją odstrzeli, bo za często pojawia się w mediach, a to co mówi nie powoduje jego entuzjazmu. Zaś Morawska-Stanecka – jak ma to w zwyczaju, jak rozumiem – niemal natychmiast treść całej pogwarki ujawniła “Gazecie Wyborczej”. Postępowa opinia publiczna rzuciła się do krytykowania Czarzastego za podejście do kobiet i podwładnych równocześnie. Słusznie bez wątpienia, tyle że to diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę wydzwania.

Niewiele ponad rok temu ta sama “Gazeta Wyborcza” histerycznie atakowała ówczesną szefową kampanii wyborczej Andrzeja Dudy, mec. Jolantę Turczynowicz-Kieryłło za to, że napadnięta w środku nocy w ustronnym miejscu przez dusiciela z Milanówka broniąc się ugryzła agresora w rękę. A przecież chodziło wtedy o przemoc fizyczną a nie werbalną. Trudno o lepszy – czy raczej gorszy – przykład podwójnych standardów, jakie stosuje gazeta Adama Michnika. Przed stuleciem Henryk Sienkiewicz przedstawił podobny system ocen jako mentalność Kalego: gdy Kalemu ukraść krowę to źle, ale gdy Kali ukraść… dobrze. Ale przecież dla publicystów “Wyborczej” pierwszy polski laureat literackiej nagrody Nobla to rasista i piewca kolonializmu, niedawno agorowe łamy udostępiono bowiem głoszącej podobne dyrdymały polonistce z Sochaczewa co zapewne nie czytała “W pustyni i w puszczy”, bo gdyby to zawczasu uczyniła zwróciłaby uwagę na piękną scenę miłosną z udziałem murzyńskich przyjaciół (nie niewolników wcale) Stasia i Nel, gdy na pustyni zabrakło wody (“- Mea chce umrzeć razem z Kalim; Nastało głuche milczenie”) albo na pouczający wątek ułaskawienia przez Kalego wodzów konkurencyjnego plemienia po zwycięskiej z nim bitwie.  

Tak dbająca o standardy “Gazeta Wyborcza” milczała, gdy liderka ruchu ośmiu gwiazdek Marta Lempart słowami “Wyp…ć” usuwała z wynajętej siedziby dziennikarki, które przyszły na jej konferencję prasową a więc pozostawały jej gośćmi – wyłącznie dlatego, że reprezentowały telewizję rządową a nie “naszą” TVN, chociaż jako kobietom szacunek im się należał. Nie w tym wypadku jednak, zdaniem agorowych mędrców. Z czasów pracy w “Gazecie Wyborczej” zapamiętałem niewybredny żart samego Adama Michnika dotyczący dawnego związku jego podwładnej Joanny Szczęsnej ze Stefanem Niesiołowskim, rzucony bez żenady w obecności większej grupy osób. Seksizm pozostaje przywarą nie tylko parlamentarzystów. W korporacjach – a taką stała się już wtedy Agora – szerzy się również. Warto więc czasem zacząć krucjatę moralną… od samego siebie. 

Oprócz problemu o co kłócą się lewicowi politycy pozostaje drugi istotniejszy: jaki to ma sens a przede wszystkim za czyje pieniądze to robią.

Czarzasty odniósł się do Morawskiej-Staneckiej w sposób prostacki nie dlatego, że zawsze tak się zachowuje (wobec dziennikarzy – i dziennikarek również – bywa ujmująco uprzejmy) ale z tego powodu, że traktuje ją jako swoją nominatkę, co go oczywiście nie usprawiedliwia. Ale znów wiele mówi o polskiej polityce. Pielegnującej feudalne relacje na zasadzie wasal – suweren (to drugie słowo pozostaje zresztą modne wśród rządzących chociaż niby do elektoratu ma się odnosić) czy wręcz patron-klient.

To z partyjnego wskazania Czarzastego nieznana aż do momentu, gdy wybrano ją do Senatu polityczka (lewica uwielbia to słowo, zaś ja je toleruję, gorzej z reżyserką bo wiem, że tak się mówi nie na panią reżyser lecz na pomieszczenie w telewizji) Gabriela Morawska-Stanecka z marszu została wicemarszałkiem tej izby.

Chociaż Lewica ma w Senacie… dwoje senatorów. To nie żart. 2 mandaty na 100 możliwych.

Jednak w sytuacji gdy formowano demokratyczną większość liczył się każdy głos, PO-KO ciułała jak mogła, żeby marszałkiem został Tomasz Grodzki, więc wicemarszałkowskie fotele znalazły się w pakiecie nieformalnej zresztą umowy koalicyjnej. Wtedy właśnie Czarzasty wskazał Morawską-Stanecką. Chociaż w Senacie jest… we dwoje z kolegą, do funkcji wicemarszałkini wystarczyło.

Stuosobowy Senat ma marszałka i czworo jego zastępców. Wiele nie potrzeba jak widać by tę ostatnią funkcję objąć, chociaż – jak incydent z Czarzastym wskazuje – czasem przyjdzie też z tego powodu pocierpieć.

Kiedy za czasów gdy I sekretarzami KC PZPR byli Stanisław Kania i Wojciech Jaruzelski w biurze politycznym tej partii znalazła się pierwsza na tym szczeblu kobieta – Zofia Grzyb, pozostali towarzysze odnosili się do niej z należnym szacunkiem. Paradoksalnie więc tradycja z której wywodzi się obecna formacja Czarzastego okazuje się pod tym względem bardziej postępowa od jej obecnej praktyki. 

Żeby jednak nie widzieć w Morawskiej-Staneckiej wyłącznie ofiary męskiej i partyjnej przemocy słownej warto przyjrzeć się lepiej standardom, jakimi się kieruje w swoich działaniach.

W poniedziałek 10 maja w Senacie odbył się panel dyskusyjny w sprawie Konwencji Stambulskiej. Klub Lewicy go organizował, a pani marszałek pełniła honory gospodyni. Debatowano dostojnie o tolerancji i godności, do czasu jednak gdy do głosu nie dorwała się nawiedzona feministka. W pierwszych słowach publicznie ucieszyła się, że wśród uczestników panelu są same panie, zaś mężczyźni siedzą z tyłu i dała do zrozumienia, że tak powinno być. 

– Jako support techniczny – sprecyzowała feministka. 

Wicemarszałek Morawska-Stanecka nie zaprotestowała ani słowem, chociaż słuchała uważnie. Odczekałem jeszcze chwilę dając jej szansę na reakcję. Wstałem:

– Support techniczny wychodzi… – oznajmiłem i udałem się do wyjścia, obojętnie mijając dzbanki z kawą i tace z ciastkami z cateringu, bo w Senacie przecież wiadomo, żyć nie umierać… jeśli tylko ma się cierpliwość do wysłuchiwania obraźliwych głupstw. 

Zostali tylko koledzy przy kamerach, bo przedtem kazano im filmować i nikt tego nie odwołał. Po minach jednak też widziałem, że żadnym supportem się wcale nie czują. 

Burza w szklance wody? O nic? Pewnie tak, ale jakże pouczająca. I jak wiele wniosków z niej płynie. Pomarzyć można tylko o nadejściu czasów, kiedy to moraliści z “Wyborczej” czytać zaczną choćby starsze numery własnej gazety, zaś politycy dostosują mniemanie o sobie i pewność siebie do realnego poparcia społecznego, jakim się cieszą. Ale to perspektywa tyleż kusząca co odległa. Na razie politycy prawią sobie impertynencje za nasze pieniądze (z podatków utrzymujemy bowiem 460 posłów i 100 senatorów, chociaż w 1935 r. Konstytucja Kwietniowa przy podobnym jak dziś zaludnieniu państwa i bez porównania gorszej sieci dróg i kolei zredukowała ich liczbę odpowiednio do 208 i 96), co ludzie mediów zamiast krytykować jeszcze nagłaśniają i podsycają. Jedni i drudzy kultywują własne oderwanie od rzeczywistości. 

Jak oceniasz?

kliknij na gwiazdkę, aby ocenić

średnia ocen 3.7 / 5. ilość głosów 3

jeszcze nie oceniano

jeśli uznałeś, że to dobre...

... polub nas w mediach społecznościowych

Nie spodobało się? Przykro nam...

Pomóż nam publikować lepsze teksty

Powiedz nam, jakie wolałbyś teksty na pnp24.pl?

Łukasz Perzyna (ur. 1965) jest dziennikarzem „Opinii”, Polityczni.pl i „Samorządności”, autorem filmu o Aleksandrze Kwaśniewskim (emisja TVP1 w 2006 r.) oraz dziewięciu książek, w tym. „Uwaga, idą wyborcy…” i „Jak z Pierwszej Brygady”. Pracował m.in. w „Wiadomościach TVP” i „Życiu”, kierował działem krajowym „Obserwatora Codziennego”. W latach 80 był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej i redaktorem prasy podziemnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here