– Jak to się stało, że to co uznawano za niemożliwe, stało się jednak realne i Viktor Orban po 16 latach rządzenia traci władzę na Węgrzech?
– Zawsze dzieje się tak, że pewne układy polityczne ulegają zmęczeniu: w przypadku Węgier sytuacja w świecie i wewnętrzne problemy gospodarcze przyczyniły się do takiej a nie innej reakcji wyborców. Oczywiście te drugie łatwiej zmierzyć. Węgry odnotowują jeden z najniższych w świecie wskaźników wzrostu gospodarczego wśród państw najlepiej rozwiniętych. A przecież nawet pod koniec komunizmu uchodziły za jeden z najzamożniejszych “krajów demokracji ludowej”, mówiło się o “socjalizmie gulaszowym”. Większość Węgrów teraz w dniu głosowania kierowało się oceną własnej sytuacji ekonomicznej. Portfele obywateli chudły w stosunku do cen, wbrew buńczucznym zapowiedziom rządzących.
– Ale przecież zwycięzca wyborów, Peter Magyar, także z rządzącego przez 16 lat Fideszu się wywodzi, jeszcze przed paru laty zaliczał się do grona jego prominentów?
– To zostało rozegrane ciekawie. Jeśli popatrzymy na historię kariery Petera Magyara, widzimy, że to nie outsider, lecz insider. Wykorzystał wiedzę o mechanizmach władzy, jaką posiadł w trakcie sprawowania różnych funkcji.
– To w ogóle fenomen, skoro przedtem partie demokratyczne najpierw szły z zapowiedzią utworzenia po wyborach koalicji, potem z jedną wspólną listą, a wygrywał… zawsze Orban? Powracamy więc do pytania, dlaczego tym razem stało się inaczej. Czy odpowiedzi wypada szukać również w sferze symbolicznej?
– Magyar to nazwisko znaczące, więc sprawy potoczyły się trochę tak, jakby u nas o urząd premiera ubiegał się kandydat noszący nazwisko Polak. Rozumiem Pana sugestię, na pewno ułatwiło to w kampanii budzenie pozytywnych skojarzeń, takich, że chodzi o jednego z nas, wyborców, co przy postępującym wyobcowaniu otoczonego oligarchami Orbana miało z pewnością znaczenie, zwłaszcza przy nierównomiernym dostępie do mediów, na Węgrzech silnie, jak pewnie w żadnym innym państwie Unii Europejskiej, zdominowanych przez rządzących. Takie nazwisko daje siłę wobec ataków, bo jeśli ktoś się nazywa po prostu “Węgier”, trudniej mu zarzucić, że jest sterowany z Berlina. Podobnie TISZA to skrót zwycięskiej, jak się przy urnach okazało, partii ale i nazwa rzeki. Znajdujemy kolejne skojarzenia pozytywne dla wyborców, więcej warte niż slogany.
– Nie ma Pan wrażenia, że bardzo łagodnie to wszystko przebiega, wbrew licznym obawom?
– Oczywiście może nawet pojawić się interpretacja po części spiskowa, że to układ władzy wokół Orbana nim się zmęczył i postanowił wykonać pewną woltę. Dlatego obawy, jakie wcześniej żywiliśmy, się nie potwierdzają. Oczywiście nie ma powodu, by narzekać, że tak się dzieje. Patrzymy na miękkie oddawanie władzy. Jednak niektóre deklaracje Magyara, na przykład o twardym kursie wobec imigrantów, szły dalej, niż przedwyborcze zapowiedzi Orbana. Ciekawi to niezmiernie, resztę poznamy po czynach. Mam nadzieję, że zwycięzca, jak się tego spodziewamy, pójdzie drogą proeuropejską i demokratyczną.
– Ogólne nastroje i oceny Węgrów, odzwierciedlane w sondażach innych niż mierzące popularność polityków i partii, wskazywały na stosunkowo niewielkie obawy przed Rosją i znaczną niechęć do Ukrainy. To nie sprzeczność, że pomimo podobnych przekonań obywateli, TISZA odniosła tak miażdżące zwycięstwo nad Fideszem?
– Ujawnienie taśm z rozmowami, jakie z Rosjanami prowadził szef dyplomacji u Orbana, Peter Szijjarto, pokazało, że Węgry Fideszu stają w pozycji pariasa w polityce międzynarodowej, pozwalają się traktować instrumentalnie za rządów tej ekipy. Dotknęło to poczucie dumy narodowej Węgrów. Pamiętać trzeba, że wielka kariera Viktora Orbana zaczęła się od jego przemówienia z 1989 roku, kiedy jako 26-letni wtedy polityk w trakcie wiecu zażądał wycofania z Węgier wojsk radzieckich. A teraz nagle słyszy się “taśmy prawdy”, dokumentujące wyjątkowo gorszącą uległość czy uniżoność jego ministra spraw zagranicznych wobec Kremla. Władzę na tak długie lata Orban zdobył też dzięki nagraniom, za sprawą których okazało się, że lewicowy premier Ferenc Gyurcsany wyznaje współpracownikom: “kłamaliśmy rano, wieczorem i w nocy”. Zapis ten ogłoszono w podobnych okolicznościach, jak te, kiedy u nas pojawiły się nagrania z restauracji Sowa, z rozmów polityków Platformy Obywatelskiej, która wtedy rządziła. Skandal z taśmami na Węgrzech wydarzył się kilka lat wcześniej niż w Polsce, ale w tej samych realiach międzynarodowych, określanych m.in przez tendencję Władimira Putina do odbudowy dawnej pozycji Kremla. Teraz Orban przegrał z powodu tej samej broni, która mu wtedy władzę dała. Nagrania z podsłuchu się pojawiają, obywatele czują oszukani i od władzy się odwracają. Sztuczna inteligencja typuje w stosunku 7:3, że Orban trwale uzależniony od Rosji wykonywał jej polecenia, a nie, że prowadził samodzielną politykę lub chociażby starał się to robić. A Węgrzy to dumny naród, o czym była już mowa, pozostają po historycznych doświadczeniach zarówno z 1956 jak 1989 roku niezwykle czuli na kwestie własnej suwerenności…